O HENRYKU WAŃKU

HENRYK WANIEK - w niektórych biogramach publikowanych w mediach oraz internecie jestem przedstawiany jako osoba „znana głównie z twórczości malarskiej”. Taka jest prawda? Możliwe. Usiłuję ten pogląd podważać pisząc, publikując i wydając teksty literackie. Ale też wykorzystuję tę dwoistość, jako że słowo obrazowi nie szkodzi, a nawet przeciwnie.


Jacek Durski: Twoja pierwsza książka DZIADY BERLIŃSKIE - metafizyka, polityka, kabała, symbole... Proszę, powiedz dlaczego taki aliaż? Aliaż Henryka Wańka.

Henryk Waniek: To stare dzieje, rok chyba 1979. Świat był wówczas mniej realny niż dzisiaj. Gdy się na przykład przekroczyło żelazną kurtynę, już trochę podrdzewiałą, otwierał się widok na obie strony politycznej paranoi. Właśnie dogasał ogień zimnej wojny. Oczywiście, strzelano również ostrą amunicją, ale zasadniczo była to wojna na słowa, obrazki, szlagiery, towary konsumpcyjne i idee. A także - i może najbardziej - na fikcje. Tego się nie dałoby opowiedzieć bez pomocy groteski, której jest w DZIADACH BERLIŃSKICH najwięcej. Przechodziłem wówczas kryzys wyobrażeń o świecie. Czego dotknąłem, okazywało się być tylko ładnie (albo nieładnie) pomalowaną tekturą. Co dotąd brałem poważnie nagle demaskowało się jako teatr - w złym znaczeniu tego słowa - pozorem, grą, iluzją. Tak mi się objawił świat. Zacząłem go opisywać. Polityka, symbole i mity narzucały się same, ale to tylko przyprawa. W gruncie rzeczy była to przypowieść o wydobywaniu się ze snu. Pisałem ją z góry wiedząc, że nie jest przeznaczona do druku. Nie miałem jeszcze pojęcia, że będzie inaczej.

OPIS PODRÓŻY MISTYCZNEJ Z OŚWIĘCIMIA DO ZGORZELCA 1257-1957, nominowana do Nagrody Literackiej Nike (1997) z reprodukcją twojego obrazu „Śląsko- Silesia-Schlesien”. A w nim droga, którą podróżujemy prowadzeni przez Ciebie. Odważniejsi przemierzają sami. Jesteś wyjątkowym pisarzem, który rozmyśla o macierzystej ziemi w kontekście całej Europy, któremu obraz ziemi śląskiej, Ziemi Świętej, nie przesłania prawdy. Prawdy tak trudnej dla zakochanego. Uważam, ze od tej książki idziesz drogą najczystszą dla artysty i człowieka. W tej książce wytyczyłeś i zaprojektowałeś podróż mistyczną od krańca Śląska do krańca. Dlaczego tędy biegnie? Dlaczego akurat zaczyna się w tym miejscu a w tym się kończy? Nie kończy. 

No właśnie. Na DZIADACH BERLIŃSKICH wyczerpała się moja skłonność do figlowania ze słowem i obrazem. W ogóle, do figlowania. Później był jeszcze HERMES W GÓRACH ŚLĄSKICH, którego oba wydania zostały życzliwie przyjęte przez zorientowanych, lub przynajmniej chcących się zorientować w jakim krajobrazie żyją. I tak już zostało. Posłużyłem się krajobrazem śląskim, bo ten znałem najlepiej i ciągle jeszcze poznawałem. Pewnie by się zdziwił Wiesław Myśliwski, gdyby usłyszał, że trochę u niego terminowałem, a przynajmniej miałem szansę regularnego publikowania tekstów. Byłem malarzem (podkreślam ten czas przeszły) szukającym ratunku w słowie. A wyrazić obraz środkami literackimi jest znacznie trudniej niż wypacykować go na płótnie. Zaczynałem więc pisać nie krępując się żadnymi dogmatami literatury. Zależało mi tylko na jednym - nie być nudnym. Ale to niełatwy warunek. Szczególnie dużo dała mi współpraca z kwartalnikiem REGIONY, który był szeroko otwartą trybuną literacką, wyłamującą się z „warszawskich” standardów życia umysłowego. No i trochę douczałem się współpracując z SYCYNĄ. Przy tej okazji nauczyłem się swobody pisania. Ale przede wszystkim odkrywałem własną „amerykę”. Znalazłem swój kosmos. OPIS PODRÓŻY MISTYCZNEJ... jest swego rodzaju mapą tego kosmosu. Jest to niby tylko Śląsk, ale przecież chodzi tam o „wszystko", „wszędzie" i „zawsze". Bo to jest - mogłaby być - nasza najbliższa Europa. Wybrałem Śląsk, bo to co o nim wiem, jest "z pierwszej ręki". To znam i wiem o czym piszę. Poza tym, jest to świat porównywalny z ruinami jakiejś Troi czy Herkulanum. Ciekawy jest taki krajobraz, po którym przejechał się gigantyczny potop. Ale nie czuję się ograniczony w tej przestrzeni. Jest wystarczająco bogata i niezgłębiona. Rzecz w tym, że to jest istotnie kosmos. Przestrzeń kulista, gdzie nie ma początku ani końca. Wszystko nieskończenie kręci się wokół sedna. A sednem tym jest prawda.

PITAGORAS NA TRAWIE - zbiór kunsztownych esejów. Pierwszy z nich, dla mnie najpiękniejszy DO CIEMNOŚCI. Czytałem go wielokrotnie. Znam Henryku wszystkie twoje książki, tak dobre, ale te strony są dla mnie wyjątkowe w twojej twórczości, w literaturze. Jest w nich, pod znakami szczególna czułość do świata, do słowa. Delikatność mężczyzny? A może środek Kuli?

Nie zapędzajmy się jednak w komplementy. Po pierwsze, PITAGORAS... jest dowodem nędzy edytorskiej. Do dziś nie mogę otrząsnąć się ze wstydu. W książce przeszło 250 literówek (wydawca oszczędzał na korekcie). Układ stron - kompletna amatorszczyzna. A do tego, zachciało mi się dopisać zupełnie zbędne POST SCRIPTUM do tego twojego ulubionego eseju-gawędy DO CIEMNOŚCI. Przyznam, że ja również lubię ten tekst, więc go powtórzyłem w następnym zbiorze, wydanym w 2001 przez PWN - INNY HERMES. Pierwotnie miał się ukazać w Wydawnictwie Uniwersytetu Wrocławskiego. Jego ówczesny redaktor naczelny, Jan A. Choroszy zaproponował mi jakieś trzy lata wcześniej, że coś by chętnie wydali. Gdy już zebrałem garść tekstów, pan Choroszy niespodziewanie stracił tę pracę. Myślę, że to wielka strata, bo zarówno jako wydawca, jak i literaturoznawca, pan Choroszy był głównym skarbem WUW. Przeszedł do PIW-u z postanowieniem, że właśnie tam wyda moje eseje. I tak się stało.
Wracając do PITAGORASA..., to choć wstydzę się tej mizerii redaktorsko-edytorskiej, niemniej wcale nie wypieram (z wyjątkiem wspomnianego "post-scriptum") ani jednego słowa tam napisanego. Że nie jest to zwykła próżność (bo chyba nie mam jej więcej niż każdy autor) trochę świadczy fakt, że dostałem za nią nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego. Żałuję tylko, że on sam ich nie czytał, bo wśród ludzi, których w życiu spotkałem, o niewielu myślałem z takim szacunkiem jak o Kijowskim.

INNY HERMES. Dolny Śląsk. Ponad dwadzieścia miejsc przez ciebie wybranych. I dróg między nimi. W rozumieniu tej książki pomogły mi na pewno moje miejsca południowej Wielkopolski, gromada miast i miasteczek, od Leszna, do Jutrosina. Sądzę, że czuję mocno twoje pragnienie pisania TEGO. Chodzenia, a nawet błądzenia po labiryntach przeszłości-teraźniejszości. Po ziemi, wybranej. Czy przez lata sieć twoich Dróg na Dolnym Śląsku będzie gęstnieć? Czy ukaże się nowa książka-mapa?

Mam w zapasie kilka książek, mniej lub bardziej gotowych. Czekają na swoją chwilę, a w międzyczasie wracam do nich, coś tam dodaję, usuwam, przebudowuję. Wśród nich przeważają te ze śląskim miejscem akcji, współczesnym lub historycznym. Trochę też nazbierało mi się esejów związanych ze Śląskiem, ale nieco zabrudzonych "politycznym" kątem widzenia. Ująłem ten przymiotnik w cudzysłów, bo w samej rzeczy brzydzę się polityką i w tym sensie są one "anty". Ale, jak wiesz, lubię Śląsk umieszczać w szerszych kontekstach historycznych, dawnych i niedawnych, także współczesnych, i w ogóle humanistycznych. Jest to poniekąd moja odpowiedź na cały bagaż kompleksu polskiego - niższości w absurdalnym mezaliansie z megalomanią. Chciałbym te eseje uporządkować i również zebrać w jednym lub dwóch zbiorach. Więc widać, że moje doświadczenie Śląska jest poniekąd stymulowane warszawską perspektywą. To dobry punkt spojrzenia na naszą polską całość. Znakomite pole do rozważań nad stosunkiem centrum do peryferiów. Jego zaletą jest też uczucie wyobcowania. Z Warszawą nie sposób się utożsamiać. We własnym kraju czuję się jak w obcym, lub, jak to znakomicie kiedyś ujął Artur Międzyrzecki: „jeśli nie wychodzę z domu, jestem w Europie”. Zresztą bo ja wiem, gdzie właściwie mieszkam. W Brwinowie? W Warszawie? Katowicach? Na Śląsku w ogóle? Zmuszony jestem więc umieszczać w moim życiu ten Śląsk jako najbliższy mi krajobraz, który równocześnie jest pismem, jest księgą zaszyfrowanej i niepopularnej wiedzy. Należy ją odczytywać i przekazywać do publicznej świadomości. Tak właśnie definiowałbym siebie jako pisarza - jestem czytelnikiem tej księgi i sporządzam z niej rozmaite ekscerpty, wyciągi, piszę suplementy, odcyfrowuję zniszczone partie zapisu. Jestem więc bardziej czytelnikiem niż pisarzem.

Finis Silesiea nominowana do Literackiej Nagrody Nike (pierwsza siódemka) wzbudziła w środowisku śląskim wiele emocji. Od zachwytu do potępienia. I wzbudza. Osoby będące Kimś w przestrzenie literackiej bardzo skrajnie oceniają książkę. Być może docierają do ciebie same zachwyty. Ale tak nie jest. Ja sam mam duże trudności z rozumieniem ideowym FINIS SILESIAE. Muszę to wyznać będąc twoim przyjacielem. Artystycznie Rzecz jest piękna. Ideowo nie mam jeszcze zdania, ponieważ tak wiele różnych odczuć nakłada się na siebie. Jak sądzisz, dlaczego, tu, na Śląsku, Twoją książkę, moim zdaniem najlepszą, postrzegamy tak krytycznie? 

Trudne pytanie. Przede wszystkim chciałbym wiedzieć, co to jest “środowisko śląskie”? Znam kilka takich środowisk, które miałyby prawo za takie się uważać, choć są poróżnione w wielu istotnych szczegółach. Znam też kilka, które się za takie uważają, choć znalazłbym dla nich lepsze określenie. Jednym słowem, nie jestem ciekaw emocji środowiskowych. Znacznie bardziej ciekawi mnie czytelnik, czyli pojedyncza osoba mająca stosunek do moich słów, pozytywny czy nie, to już osobna sprawa. Byleby miał klepki na swoim miejscu i był ciekaw prawdy. Pisząc Finis Silesiae miałem oczywiście świadomość, że czynię zamach na pewien rodzaj zakłamania, który na Śląsku święcił swe dobre czasy pod polską flagą. Czułem, że piszę to także w imieniu ludzi, którzy powierzali mi swoją prawdę, choć sami nie wyrazili by jej na głos. Już wielokrotnie mówiłem o tym publicznie, więc nie chciałbym się powtarzać. Tym bardziej, że oponenci o skamieniałych mózgach i sercach i tak nie pozwolą sobie niczego wyjaśnić. Oni wiedza swoje, wiedzą lepiej i nie ma z nimi żadnej dyskusji. Niech wiedzą. Masz trudności ze zrozumieniem idei tej książki? Chodzi ci może o tak zwaną “tezę”. Nie ma jej. Nie piszę niczego “pod tezę”. Moim interesem nie jest przekonywanie lub uwodzenie pięknym bajerem. Może zabrzmi to niemądrze, a już na pewno naiwnie, ale jedynym moim jako pisarza interesem jest prawda. Ta która rzadko, a w naszych czasach szczególnie, widnieje wśród artykułów największego popytu. Także wśród piszących, którzy wiedzą, że efekt literacki bardziej pobudza “środowisko” niż pokazywanie nagiego króla. Powiadasz ”tu na Śląsku... postrzegamy książkę tak krytycznie”. Nie wiem. Możliwe. Jeśli to może być miarą oddziaływania, to przyznam się, że otrzymałem kilka anonimów. Jeden kończył się pytaniem: „na czyje zamówienie pisał Pan tę książkę?” Komu odpowiedzieć, mnie mam pojęcia. W każdym razie widzę, że są ludzie przekonani, że pisać można tylko na czyjeś zamówienie. Więc też i pewnie za czyjeś pieniądze. Chciałbym żyć w takim kraju. A jedyny publiczny wyraz tego krytycyzmu jaki znam był tak nieskończenie głupi, że aż mi wstyd za autora. O czym chroboczą szczury pod podłogą, wiedzieć przecież nie muszę.

Zostawmy jednak środowisko śląskie, które rzeczywiście jest podzielone. I niestety dzieli się coraz więcej. Oczywiście wiesz, że napisałeś dzieło - FINIS SILASIAE. O takich pracach mówi się dzieło życia. Na koniec rozmowy jeszcze dwa pytania. Czy w następnych latach napiszesz dzieło o podobnym ciężarze? I jak sądzisz, czy FINIS SILESIAE będzie ci w tej pracy pomagać, przeszkadzać? 

Nie, chyba jednak nie dzieło życia. W każdej ze wspomnianych książek, z wyjątkiem może tylko DZIADÓW BERLIŃSKICH, które bazgrałem bez żadnej nadziei, byłem zatopiony w pisaniu po uszy i bez reszty. O każdej książce mógłbym powiedzieć więc, że to było "dzieło
życia", ale też po każdej uznawałem sprawę za zamkniętą. Oczywiście - jak sam dobrze wiesz - gdy książka jest już wydrukowana i czytana, zawsze wyłażą z niej różne braki, niewykorzystane możliwości, zwykłe wióry zasługujące może na ponowne wykorzystanie, nie mówiąc o uchybieniach wydawniczych. Ale sprawa jest zamknięta, skończona i nic już nie da się zrobić. Zdarza się czasem na spotkaniach publicznych, że - z braku lepszych pomysłów - przeczytam jakiś fragment swojego tekstu, ale sam raczej nie czytam swoich, już wydanych
książek. Jestem nimi zmęczony i wytchnienie widzę tylko w ewentualnym pisaniu następnych. W nich także jest miejsce na wykorzystanie wszelkich negatywnych doświadczeń, zalegających idei, niespełnionych intencji. Od lat plącze mi się w myśli, ciągle nie dość jasna wizja książki, którą może uznałbym za "dzieło życia", ale obawiam się, że jeśli ją napiszę i jeśli zostanie wydana, to okaże się, że to jeszcze nie ta. Że może następna. Nie chcę tu powiedzieć, że pisanie zawsze jest tylko zwykłym wykonaniem roboty. Przeciwnie. Za każdym razem jest to
przeżycie cudu - nawet nie użyję cudzysłowu - niepowtarzalnej, zawrotnej przygody, trudnej do wytłumaczenia osobom postronnym, coś takiego jakby tekst przychodził z nieba, albo jakby stamtąd trzeba go było, kawałek po kawałku wykradać, samemu przysposabiając go tylko do wymogów przyziemności. W tym sensie FINIS SILESIAE było szczególną przygodą, bo to moja ostatnia książka. A właściwie nie, bo przecież już jest następna - MARTWA NATURA Z NICZYM, a tamta powoli wtapia się w szereg. Miałaby mi przeszkadzać? Niby jak? Że czegoś pożałuję? Że chciałbym się jej wyprzeć? Wstydzić się, jak Marian Brandys swej powieści o Nowej Hucie? Czegoś w tym pytaniu nie rozumiem i w związku z tym podejrzewam, że nie rozumiem całego "moralnego" zaplecza kondycji pisarstwa polskiego, jego publicznych powołań, iluzji i zamroczeń. Tak, istotnie, wielu rzeczy nie rozumiem, choć widzę je i słyszę jako sprawy potoczne. Ale cóż, nie cała rzeczywistość przechodzi mi przez gardło. 

Życzę Ci z całego serca kolejnego dzieła i dziękuję za rozmowę.