O JANINIE ŁUCKOSIOWEJ

Publikacja sZAFa 38/2011

 

Arkadiusz Frania w książce Lipton story. Esencje krytyczne o sztuce pisarskiej Jacka Durskiego napisał: Nie waham się także zaliczyć dwóch fragmentów Roku o Łuckosiowej do pereł polskiej poezji religijnej…
 

(fragmenty większej całości)  

Pierwszy raz widziałem chorą Łuckosiową. Zawsze była zdrowa, żyła dla innych jak pracowity anioł. I można jej było wszystko powiedzieć, wszystko, co kłuje w duszy. O Eisengraeberku z pogrzebaczem, o ojcu ze skrzypcami, o matce z butelką. O tym, że mnie nie kochali. „Zaraz zawiozę panią na dyżur”, powiedziała Ewa wyjmując z szafy dwie nocne koszule, ręcznik, ręczniczek. „Trzeba będzie zostać w szpitalu, zrobić...”, odwróciła się na chwilę plecami.

I robiono do dzisiaj. Przez ten długi tydzień. Szedł do tyłu z czarnym światłem. „To rak. Chyba”, powiedzieli lekarze.  Dla niej rak? Dla Łuckosiowej?, pomyślałem wściekły na Pana Boga. To co będzie dla złych? Dla takiego Musiała, przestępcy z SB, który mnie nagrywał i…

„Nie życzę sobie takiej śmierci. Żadnej sobie nie życzę”, powiedziałem w domu do największego lustra. „Dziękuję Ci, Boże, że nie jestem chory i mogę pisać”, wyszeptał strach nad kubkiem z herbatą. Zatelefonowałem do Henryka. Bez niego czuję się w środowisku bardzo samotny. I w ogóle samotny. Zbyszek wyjechał do Stanów, a Łuckosiowa umiera. Jakbym stał na stromej podłodze.

  Jakbym nie miał duszy, tylko mózg.  Źle mi tu! Gram w cymbergaja i odwiedzam Łuckosiową. Tak mi jej żal. Jednak masz duszę, roześmiał się Anioł. Dzisiaj w szpitalu, w myślach, uklęknąłem pod czarnymi chmurami, żeby pomodlić się za Łuckosiową. O cud. Jeszcze nie tak dawno temu pisałem w jej ogrodzie. Przemieniałem listki w słowa, a długopis w promień.

 …pojechałem do Łuckosiowej. Patrzy tylko. Szuka w naszych oczach jakiejś nadziei. Przypomniałem sobie ten zimny chłodnik pod wielkim orzechem. Zimny, a ciepło podany. I te zdania z 52 scenki Wśród krzywych luster, o ogrodzie Łuckosiów. ...dobrze byłoby umrzeć w tej cudownej zieleni. Odejść bez bólu. A ona tak cierpi. Za co? Gdzie jest Bóg Pan? Myślałem, że siedzi na wieży Mariackiego kościoła. A On siedzi wyżej.

…więcej teraz o Bogu. Że dobry. Nie, On wcale taki nie jest, powiedział we mnie gniew. Obszedłem to zdanie z daleka.

Boję się tych słów, tego, co czuję. Stale mi się to śni. Nie ma nocy bez zwidów. Palą się schody w Poznaniu. Płonie siostra matki, moja chrzestna i jej pies, na którym zjechałem do schronu. Z naczynia do naczynia przelewa się krwawy ogień.

…zacząłem zasypiać. Przypłynął ogród Łuckosiowej. Zafalowały pod szarą czaszką zielone cisy. „A może lekarze się mylą i ona pożyje dłużej?”, powiedziało drzewo do drzewa. „Jeszcze z pięć słoi?

„Nie boję się śmierci, nie boję”, powtarzała Łuckosiowa nieprawdę. Można zwariować patrząc w ten strach.

Noc. Lęki jak świecący lód. Pomodliłem się  za chorych na raka i wlazłem wystraszony pod dywan. Łóżko tak zimne, że nie położysz ciała na srogim. Tylko cień.

Od rana na Porąbce. Trzymaliśmy się długo za ręce. Pocięte losem wnętrza dłoni. Szept wsunął się w szept. Kiedy zasnęła, zacząłem myśleć o moim Oknie. Nagle przeszło przeze mnie światło, bo zajrzał do mnie Bóg. Przyszedł i włożył błękit do serca. Popatrzyłem na umierającą Łuckosiową. Jak ona schudła przez ten tydzień. Zapada się w głąb. Kawałeczek pani Janiny. Odechciało mi się wszystkiego, nawet Okna powieści z przeszłością, przyszłością. Opuściły mnie słowa. Odesłałem Bergelową do Eisengraeberów. Zaprowadźcie się sami do piekła. Opuściły mnie nawet myśli. Został tylko pierwotny strach. Kula z gardła w głowie. Ja też umrę. Będę musiał jak ona przejść stąd Tam. A jak Tam nie ma Tam? W rogach salonu gęsta czerń.

Marzec. Z Ewą na Porąbce. Ogród taki ciemny, bez wiosny. Z dwoma czarnymi psami. Obchodzą się z daleka. „Z matką coraz gorzej. To już koniec”, powiedział Stachu. Ciało Łuckosiowej lżejsze od duszy. Nad ciemny ogród napływa ciemna mgła. Nie ma słów w takim mroku. Położyłem na ziemi nienarodzone zdanie.

Chora odzyskała przytomność i nie chce umierać. Nie chce. O Jezu, jak ona się męczy. Strach i ból. Muszę dla tego strachu znaleźć krzyk. Żebym mógł wyrazić, co ona... Ból wielki, owszem. Bardzo boli, ale jaki on mały przy tym czarnym lęku. Ogarniającym całość. „Niech mi Ewa pomoże, w szpitalu albo tutaj”, prosiła jak dziecko.  Ten strach,  kiedy  otwiera się ziemia. Strach, czy otworzy się niebo.

W szarym dniu czarny telefon. Szybko do Otrychów. Pani Janina ma „rzucawkę”.

Patrzyła na nas milczących, stojących. Stary sznaucer położył się w progu i płakał jak człowiek. Byliśmy z Łuckosiową do późnej nocy. Z nią, z białym strachem. Naraz zrobiło się niebiesko. Niebieskie słońce z czarnego ogrodu. Odskoczył lęk. Jakby mi wyrwał plecy. Weszła we mnie niebieskość. Usłyszałem ojca skrzypce. Z ciszą. Coraz więcej światła. Przy pani Janinie usiadł Bóg. Mówił tylko do niej.

„Widziałeś?”, zapytała Ewa idąc do samochodu. „Tak przez moment było inaczej. W pokoju i za oknem. Tak jakoś błękitnie. Nie potrafię tego opisać”, włączyła samochód.

Sobota na Porąbce. Ciepły ogród z fotelem. Można pisać w promieniach, gotować pod kartką zielone słówka. Piec zieleniznę na blaszkach liści, na blachach nieba. Ale co to za radość, kiedy niedaleko umiera człowiek. Już nie wie, że umiera, usłyszałem czyjeś łzy. Słychać takie krople, jeśli płyną z bólu. Ciekną przez ciało zimnymi igłami. Od karku do kolan metalowy deszcz. Zajrzałem do Łuckosiowej. Spała po morfinie cicho pojękując. Boże, to tak płacisz za uczciwe życie? A może jesteś tylko Losem w Przestrzeni?

Blisko Łuckosiowej – śmierć. Na zielonej trawie płachta mgły. Przesuwa się ku domostwu ciągnąc ogród do okien. Snuje w szybach gałęzie orzecha. Przy chorej – najbliżsi. I ten ogród zielony. Chcą pomóc, chociaż nie potrafią. Dobrzy ludzie, natura, w tym Rzecz. Nad łóżkiem niebieskie kręgi. Widzą już Tamto.

6 maja 1999. Umarł Dobry Człowiek – Janina Łuckosiowa. Dla niej niebo niskie. Nie potrzeba Drabiny. Wejdzie do Niebieskiego nie wstając.