MARIACKA

Za stołem, obok pijanej matki, pijany wuj Szymek. Dwa popiersia przy trzecim półlitrze. Przyjechał z Poznania do Katowic na sympozjum psychiatrów. „Napuśćcie zaraz wody do wanny i wlejcie tam atrament”, powiedział w progu pięć razy. „Muszę się uspokoić po kłótni z kolegami. Dyskutują o toksycznych psychozach zamiast sadzić drzewa przed swoją kliniką na ulicy Francuskiej”, postawił mi na nodze walizkę. „A jacy frechowni. <<Drzewa to mamy na cmentarzu po prawej stronie kliniki. Zagląda nam do okien Korfanty>>”, wypił na stojąco pierwszy kieliszek i zdjął mi bagaż z paluchów.

Wuj Szymon — brat matki. Bliźniak. Mile widziany przez siostrę. „Zamiast atramentu dostaniesz <<Starowin>>”. Starszy brat, Wincenty, ma drzwi zamknięte po tych karykaturach. Dlatego dla Szymka wszystko otwarte podwójnie. Dwie butelki „Starowinu” i dwie „Przepalanki.” Siedzi więc nagrzany przy wystygłej siostrze. I gada do... krzeseł.
 *Postawił na stole fotel i krzyczy do profesora: — Umiesz tylko podłączać pacjentów do prądu, rozpuszczać ich w zimnej wodzie, robiąc z nadzdrowych ludzi przeziębionych i pokopanych. Nie słyszałeś o nowej psychiatrii. Ryczysz ino „warioty łokumpane” i głaszczesz tyłeczki świeżych doktórek, które właśnie zaczęły robić karierę naukową.

Szymon Billewicz — cały psychiatra i kawał neurologa. Docent. Nie cierpi profesorów. „Cierpi” stażystki. Gdyby nie te zepsute zęby i grube szkła, to ideał mężczyzny. Tylko go rozwodzić i żenić, żenić i rozwodzić, aby każda zakosztowała ciupinkę. Na razie między kochanką a żoną w terapeutycznym kole. Podnosi pacjentów na duchu, a podniesionych przewraca, aby podnieść zupełnie. Wmówił sobie, że on, docent Billewicz, jest mądrzejszy niż sam Bilikiewicz. Śmieją się z zarozumialca koledzy psychiatrzy, pukają wesoło młoteczkami. Ale za to w przychodni panie pielęgniarki i panie rejestratorki zaczynają już wierzyć w wyższość „ich” Billewicza nad Bilikiewiczem. — Nasz docent podzielił chorych na zdrowych i nadzdrowych — cieszą się przy słoju ze spirytusem.

— Czy wuj podpisał habilitację w pięć el? Billlllewicz — zawołałem zza niebieskiej matki.

— Tak, Jacusiu. Gorzej leczę, niż się nazywam — przetarł twarz pięścią i uśmiechnął się smutno. Do mnie? A może do tej odlatującej muchy? Znowu się skrzywił i jeszcze trzy razy. — Najpierw sondujesz, czy pacjent z zamożnej famili — zakrzyczał do fotela na stole — a jeśli tak, to krewnych do gabinetu, chapnąć kopercisko i wysłuchać pragnień rodzinki: „...a jak już wyjdzie, to żeby był ubezwłasnowolniony.” I spełniają się u nas takie życzenia. Trzyma się nadzdrowego latami, niszcząc wspaniałą omamicę czy też ciekawy autyzm. Wychodzi robot z kliniki. A profesor zaciera łapska. Postawił willę w Puszczykówku wytrzepując prądem wesołość z hebafreników zamiast z siebie szwarccharakter.

Wuj Billewicz — prawdziwy Judym z rozdartą sosną.

Odrzucił chemikalia, wstrząsy i inne kopyta, a książki z psychiatrii wyniósł na śmietnik. Będzie leczył śpiewem i tańcem. Jeśli coś czyta, to tylko Maslowa. Organizuje wystawy „Sztuki nadzdrowych” na złość poznańskim socrealistom. Jest znacznie lepszy od swego eegie. Zachwycony swoim mózgiem niczym astronom wszechświatem: — Tyle tego w tej miękkiej kupce.

Rzucił taboret na stół i rozmawia o profesorze z porozpinaną stażystką. — To ten, który wołał „warioty na spacyr.” Nie, nie ten. To salowy, wielki byk, udaje ordynatorów. Nasz profesor to ten mały w cyklistówce. Wychodził akurat z ubikacji „dla pana prof.”, kiedy wchodziłaś do ubikacji „dla lekarzy.” Miesiąc temu skonfrontował swoje rozpoznanie z rozpoznaniem sekcyjnym. „Ach, to dlatego, a nie dlatego”, dziwił się przez tydzień.

Spoglądam na wuja zza niebieskiej matki. W coraz większym napięciu. Tak naprężony aż gładko wszędzie. Nigdzie nie słyszałem podobnego gadania. Jakby ktoś wylewał duszę. Mózg z głowy. Strumień z ziemi. Patrzę na pijanego z podziwem.

Wbił w fotel taboret i rozmawia z jakimś pacjentem o profesorze: — Traktuje on wszystkich anormalnych jak chorych. Pan na przykład jest nienormalny. To prawda. Ale „do przodu.” A profesor traktuje pana „do tyłu”, chociaż jest pan inteligentniejszy od niego o dziewięć punktów. Obliczyłem testując was tymi samymi pytaniami. Profesora oczywiście dyskretnie. Przepraszam — jabłko, śliwka, orzech — proszę o czwarty wyraz do krzyżówki. Przepraszam, Rafael, Bach — proszę o trzecie słóweczko do rebusu. Wyrzucał mnie z kliniki dzień w dzień przez cały kwartał. „Masz tu, Billewicz, żyletkę i pochlastaj się przed ratuszem.” Taki jest nasz profesor i do tego „niełokumpany.” Powinniśmy wykąpać wariata, wyprać z cyklistówką. — Dlaczego pan się śmieje? Boli płacz zamordowanego przez ubowców brata?

Zepchnął ze stołu fotel i zrzucił taboret. Podskoczyła matka dwa razy. Ale znowu zabita. — Mogę głośno myśleć — ucieszył się stawiając teraz ryczkę i bujak. I rozmawia z kochanką o żonie Oli: — Wykończy każdego swoim wyglądem i przeczuciami: „Chyba będę niezadowolona z prezentu”, „chyba będę miała katar”, „chyba będę zdenerwowana jak nigdy dotąd.” Poznałbym ją nawet bez skóry, po tym „chyba” i po „A nie mówiłam?” Dzwoni mi stale do pracy, zawiadamiając, że kładzie się na tapczan, bo zirytowała ją służąca. I jak mam wprowadzać pacjentki w stan hipnozy przy takim dzwonieniu? Ileż to osób żałuje, począwszy od tych bab w centralce, że doktorowa Billewicz nie urodziła się niemową. Wypytuje przez telefon, o której przyszedłem do kliniki, a o której wyszedłem, i często do profesora dzwoni z tą samą wypytką. Szuka śladów kobiety w moich marynarkach, chociaż jednej pończochy. Nie ma, więc podrzuci kilka pachnących drobiazgów i napisany lewą ręką bilecik: „Przyjeżdżaj natychmiast z kwiatami, jestem w ciąży, mamusia już wie, twoja laryngolog.” Mówisz, że mam przespać się z żoną, tak dla świętego spokoju. Ale Ola jest cała pomarszczona i siedzi plackiem przy telefonie. Mówisz, żebym wystąpił o rozwód. Toż włoży zaraz głowę do piekarnika. Jest bardziej stuknięta ode mnie, czyli bardzo-bardzo. Spaliła mi paszport, na który czekałem pięć lat, abym nie mógł pojechać na zjazd maslowców, domyślając się, co bym robił z Murzynkami w hotelach. Tak mnie wtenczas zdenerwowała, że wylądowałem na psychiatrii, ale jako pacjent. Na szczęście nie w moim szpitalu, ale w Rybniku, na Śląsku. Przeleżałem cztery dni związany jak baran. Nie żałuję jednak tego leżenia. Poznałem szpital z drugiej strony igły. Już nie pozwolę krzywdzić moich nadzdrowych. Prędzej ukatrupię profesora. Ale powracając do mojej żony. Właśnie zobaczyłem to straszydło pod powiekami. Stoi naga pod lewą powieką, a pod prawą leży. Tu i tu telefonuje. Na szczęście nie mam więcej powiek i nie widzę, jak siedzi, rzecz jasna, telefonując. Pytasz, czy kiedykolwiek się z nią rozstaniemy? Rozstaniemy. Nie w tym planie sześcioletnim, to w przyszłej pięciolatce. Zresztą, najpierw muszę zobaczyć, co zrobi Chruszczow.

Przeskoczyłem od matki do wuja. Jego plecy lepsze. Za nimi wolna przestrzeń. Bez Eisengraeberów. Podpowiadam mu, co może zrobić Nikita. Z sufitu spuścił się pająk, czarnuch czerwony. Capnął muchę na środku pokoju i żre. Dookoła czarnego czarne ściany. A za ścianami czarny świat. Tylko przy wuju zielono.

Mój wuj. Dźwięczy mu rym w spodniach. Prawdziwy poznaniak, żonkoś z kochasiem. No i z natręctwami. Może ulec kobiecie albo chorobie, lecz nigdy wpływom ze Wschodu.

Nawalił na stół wszystkie krzesła. O, rozsuwa się układ łamany. Podparłem szybko drewnianą kupę bujakiem i słucham, co wuj powrzaskuje do siedzeń. Kłóci się z żoną o pacjentów i o kochankę. — Dzwonisz z pierdołami, a ja przewracam psychiatrię. Nie leczę już chorób, przeciwnie, pomagam im się rozwijać. Tak, aby niszczyły w człowieku kawał drania, zostawiając kawałek poety. Z przewidzeń i głosów, z niepokojów i natręctw zgotuję taką siłę twórczą, że każdy schizofrenik czy też nerwicowiec stanie się drugim van Goghiem albo trzecim Kafką, a może nawet kimś pierwszym. Nie, nie przyjdę na obiad. Zjem szklankę kawy. Pacjenci, którym przeszkadza mruczenie zmarłych rodziców, mogą na mojej terapii pogadać ze starymi. Przeprosić za coś, coś wyjaśnić, wywalając na środek koła poczucie winy. Powiedziałem, że nie przyjdę na obiad. Po południu będę omawiał z pacjentami, co oni czują, widząc, jak ziewam i ziewam podczas ich ważnych dyskusji. Jeśli dobrze poprowadzę spotkanie, to powinni przewrócić mnie z fotelem... Muszę kończyć, profesor idzie. Zaraz zapyta „warioty łokumpane?” A ja mu pokażę moją nową pieczątkę z pięcioma „el” w nazwisku — Billlllewicz. Szlag go trafi przy czwartym „el.” Teraz mam mówić o kochance, jak profesor idzie? Odmłodziła mi wszystko o trzydzieści lat. Biegam za tramwajami i w tramwaju, i po mostach nad Watrą, i tańczę, i tańczę, i rozrzucam rękawy koszul. A ona zszywa, pierze, krochmali, a potem razem prasujemy. To znaczy, ja czytam po angielsku Maslowa. A ona macha po polsku żelazkiem. Tak. Znowu kocham nad życie. No i co z tego, że po raz jedenasty. Dzień dobry, panie profesorze. Właśnie mówiłem żonie „do widzenia.” Nie rozumiem. Moi nadzdrowi, zamiast grabić liście przed kliniką, gwizdnęli panu cyklistówkę? Ale jak, tak z głowy? Ach, kiedy przeżegnał się pan od wszelkiego złego, widząc robiący się z kupy liści sralabartek. To nic przy moich pieczątkach — rozłożył ręce i złożył. Przesiadł się na podłogę i rozmawia z samym sobą. — Czemu tak często zmieniam i zmieniam koszule, i to taką, a nie inną ilość razy. Ilość nakręcaną liczbą pięć. Usunąłem wszystko z domu co piąte, dziesiąte. Piąty fotel, piąty, dziesiąty kaloryfer, piątą etażerkę, dziesiąte krzesło, a pan dozorca z naszych co piątych mebli urządza sobie mieszkanko. Ma już wszystko oprócz samochodu i telefonidła. Kłania się w pas pytając: Czy bez matury można iść na medycynę, bo jego syn też by chciał tyle zarabiać, aby móc wyrzucać. A ile wywaliłem literatury: „Pięcioksiąg Sokolego Oka”, „Piątkę z ulicy Barskiej”, tych z ulicy nie żałuję, no i „Dekalog” niestety. Dzwoni Ola z wierzgającym językiem: „Przyjdź zaraz do domu, śniły mi się grzyby, no to co, że masz pacjentów, grzyby mi się śniły, mamusi też...” Weszło do gabinetu dwóch poborowych. Jeden prasnął na dywan i odstawia padaczkę, a drugi maszeruje jak nakręcony. Wbiegają moi pacjenci, obsypują mnie cukrem i liżą. Zjawił się też profesor, szuka motocykla. Pierwszy poborowy przestał udawać idiopatę, wręczył mi pisemko komisji wojskowej i stoi jak malowany. Drugi dalej maszeruje, dobrze, że jeden, a nie pięciu albo dwudziestu pięciu. Czytam pisemko „Zrobić rozpoznanie.” Nie czytam, patrzę. Za krótkie, żeby czytać. Dwa słówka i podpis jak armata. Boicie się służyć ojczyźnie? Boicie się karabinu? Co mam wpisać chłopakom, zdolni, niezdolni. Przetestuję ich Murrayem i moją rewelacją. Teściowej śniły się grzyby. Czemu ich nie zjadła. Stale do nas przychodzi. Góra tłuszczu zalegająca fotel, nie widać fotela spod góry. Muszę siedzieć przy niej i mówić „mamo.” Tfu, cyc jej spłynął pod pachę, a brzuch oblał uda. Nie czuje w tych sadłach ejakulacji. — „Co za zińć” — narzeka do innych gór. „Nic nie robi, ino pisze i bryle czyści.” Co mam zrobić teraz z tym poborowym. Interesująco zaśpiewał i zagadał białą tablicę, niech jeszcze ułoży z klocków architekta. A tamten dalej maszeruje, chyba mu się rzucę pod nogi. Cielsko teściowej zmęczone zbyt małą taksówką, cielsko z wielkim pępkiem. Wierzy, że to pępek świata, a to kubek łoju. Co tam dla niej pokój w Indochinach albo zajścia w Berlinie, kiedy ona zwietrzyła poznańską kiełbasę. Zeżre zaraz cały kopiec i wysra pół kopca. Żyje tylko nad talerzami i na sedesie. O trzynastej zero jeden będę musiał wyskoczyć do antykwariatu, kupić na miejsce „Piątki z ulicy Barskiej” „Siedmiu przeciw Tebom.” Czuję w sobie nowe natręctwo. Natręctwo kupowania książek z liczbami w tytułach oprócz pięciu, dziesięciu. Co mam zrobić z tym maszerowiczem, maszeruje i maszeruje. Łapsko teściowej na moim kolańsku, ściska mi rzepkę zamiast powiedzieć: „Przysuń, zińciu, półmisek z poznańską.” Akurat przyjdzie, kiedy mam pod powiekami porozpinane stażystki. Same się rozpinają, aby zachęcić docenta. Czy ty mnie słuchasz, Billewicz, czy też jesteś inteligentny? Dlaczego zamiast koszul nie zmieniam podkoszulków? Chodziłbym z walizeczką, a nie z walizą. Czuję w sobie kolejne natręctwo — wyrzucania i kupowania książek z krewnymi w tytułach. Na miejscu „Matki Courage” stoi „Ojciec Goriot”, a na miejscu „Matki” Gorkiego leży „Ojciec” Strindberga i Diderota. A na osobnej półce siedzi „Ojciec zadżumionych” przetarty lizolem. Znowu witam teściową, brzuch i zad, głowę zalało sadło. Pod grzecznymi słówkami „Tak się cieszę z mamy przyjazdu” — charczące wyzwiska. Aby nie wyzywać, urywam rękawy koszul. Już mi lepiej, odpowietrzam wściekłość samogłoskami „oooiao” i jest mi dobrze. Mogę z teściową do stołu. Profesor używa młoteczka Napieralskiego, a mój olewa, bo nie należę do żadnej kliki, nie biorę kopert, zwracam się do pacjentów „panowie” i podśpiewuję z pacjentami bez prądu. Bo nie chlustam wodą nadzdrowych, bo chcę zrobić z tego więzienia prawdziwy szpital, co ja mówię szpital, ośrodek twórców. Mogę tak „bo, bo” do jutra, tyle jest powodów. Przestań, Szymek, bo zwariujesz. Nie szkodzi, zaobserwuje to i opiszę, jestem ofiarą medycyny. Właź w siebie, Billewicz, bez pukania. Śmiało. Porozmawiaj ze zmarłym ojcem. Profesor mnie nie trawi, bo jak pragnę zdrowia, jestem najinteligentniejszy w klinice. Jeszcze jeden krok i wpisuję „Zdolny do służby wojskowej.” A, przestaliście maszerować. No to bierzcie ten ołówek i rysujcie Prosnę w Warcie, a potem ułożycie z tych klocków coś do zburzenia. Grzeczny chłopak. Przestał udawać maszerującą zabawkę i bawi się klockami, zaśpiewam mu coś bez samogłosek. Teściowa znowu zezłościła służącą, służąca Olę, a Ola mnie. Co za sympatyczne kobiety. Zaśpiewam im coś bez spółgłosek, może o grzybach we śnie albo o profesorach. Kiedy powiedziałem na zebraniu naukowym, że mój najdziwniejszy pacjent nie jest dziwniejszy od pana profesora, zatkano mi zaraz gębę chusteczką. A kiedy na drugim zebraniu powiedziałem, że mój najdziwniejszy jest mniej dziwny od ministra rolnictwa, znowu zatkano mi gębę, ale inną chusteczką. A na trzecim zebraniu naukowym zatkano mi już gębę przed powiedzeniem, abym nie posunął się za daleko, i to ekstra przygotowaną na to chusteczką. I jak mam mówić o ciekawych przypadkach? Co kupię kochance na Dzień Kobiet? Zaczęła gromadzić książki z bielą w tytułach, ma już „Białego Kła” i „Moby Dicka.” Nic jeszcze nie ułożyliście z klocków? Nie szkodzi. W nic też coś znajdziemy. Widzę w mózgu kochankę, rozbiera się, do badania czy do rosołu? No nie, rozebrała się całkiem i nadal się rozbiera. Zrzuciła skórę z włosami. Co za widok dla młodych anatomopatologów. Skoczę na nią, choć taka przerażająca. Profesor wierzy w sny, zamiast je analizować. Chyba za długo jestem ze sobą. Gdybym zwariował, co by się stało z moimi nadzdrowymi? Porozkopywałem im dusze i co.

Po moim ojcu pozostał niebieski obłok, a po matce kupa smrodu. Co po mnie zostanie? — przewrócił się na wznak Billewicz kopnięty pytajnikiem. Usiłuje wstać, nie potrafi. Nazbyt ciężka głowa. Mózg za dużo wypił psychozy.

— Nie patrz, Jacusiu — mocuje się wuj z podłogą. — Wyjdź stąd! — jęczy na czarnym parkiecie. Stęknęła matka niebiesko, lecz śpi dalej z otwartymi oczami. Piękna, śmierdząca aż do błękitnego szpiku.

Wyskoczył mi z duszy chłopczyk. Chce na podwórko, tam gdzie nie ma matki, zawiesić się na trzepaku i dyndać. Zagoniłem pragnienie z powrotem pod serce, do słonecznego splotu, „siedź cicho przy innych tęsknotach.” Kiedyś napiszę o tobie wierszyk, a może kilka powieści. Ale teraz musimy pomóc doktorowi, podnieść mu łeb zalany na pełno — dźwigam wielkie popiersie. Niestety bez pomocy chłopczyka. Obraził się na całą Mariacką. Nie słucha nawet gołębi.

Wreszcie wuj na tyłku. Podparłem jego plecy swoimi plecami. I siedzimy razem. Jak dwa zuchy na jakimś biwaku. Brakuje nam jednak ogniska. Może podpalić stos krzeseł? Płonąłby z matką niebiesko — pytam anioła stróża. Nie odpowiedział, bardzo zajęty. Spaceruje po ulicy Mariackiej napełnionej dymem. Słucha muzyki z kościoła i krzyku prostytutek. Pokłóciły się o klienta z Warszawy i strzelają do siebie kurwami.

Przesuwam dłoń po twarzy wuja. Chrapie niby pięciu Pućsamino. Dlaczego kocham psychiatrę? I Wicka-aktora. Obu braci matki. Są tacy inni od całej rodziny. Od wszystkich. Chcą coś robić po śniadaniu. Nade wszystko teatr z psychiatrii. Rozmawiają ze mną od środka do środka. Rozumiem ich, nawet kiedy nie rozumiem. Zabrałby mnie stąd któryś. Z tego kręgu matki. Kwadratu z Eisengraeberem. Weźcie do Poznania siostrzeńca. Z Katowic na Wildę. Żal mi będzie tylko Mariackiej. Tej ulicy rysowanej węglem. Czarnego kościoła z tęczą. Szarych ludzi śniących kolorowo. Mnie tu.

Drży kamienica, chociaż nie tąpnęło w kopalni. Patrzę na napisaną „Mariacką.” Na wyjęty ze mnie świat. Mój świat z czarnymi dziurami, w których znika każda filozofia.

 

WAŻNIEJSZE RECENZJE:

Mariacka

Twórczość 1999/9 

Maria Jentys „Obraz z czarną dziurą”

Śląsk 1999/7 
Marian Kisiel „Powieść fascynująca” 

Przegląd Powszechny 2000/11 
Mieczysław Orski „Urodziłem się w złych czasach...”