ROK

Dzień w pierwszym zdaniu biały, a w ostatnim czarny. Przez tyle kolorów mocno umaczanych w farbie. Parapet i stopy w słońcu. Otworzyłem nimi pół okna odgarniając piętą iskrzasty śnieg. Zaraz zrobiło się cieplej. Pokój wyszedł na ulicę. Zostało tylko światło. Szybki paciorek i trochę medytacji. Wypchnąłem siebie nad siebie i poczułem, że mógłbym teraz zobaczyć aurę. U każdego człowieka. Nawet u Pisiakowej. Jej zdrówko i charakter. Cacy z fuj. Zobaczyć, ale jak odczytać? Tę energię w siedmiu tęczach. Ducha! Niech mi ktoś pokaże. Jakiś Rus albo „białorus”. Byle nie Białorusin z czerwonymi oczami. To uprzedzenie prosto z Mińska. Nie ma tam nowych komuchów. Same stare. Bez wiary. Nie widzą prądów z ciała, nie czują eteru.

Przed południem w wydawnictwie. Praca nad tomikiem przy gorących herbatach. Pani Jadzia przy swoim biurku, a ja przy drugim. Pijąc „liptonki” robiliśmy swoje. Z okna wagonu wychylił się zmarły ojciec. Rysował coś w powietrzu specjalnym ołówkiem. „Zaraz pękniesz od herbat i liter”, zatelefonowała Ewa z Warszawy. „Skąd mogła wiedzieć, że pękam? Wyjmuje mi myśli z głowy, czy co”, zapytałem już w domu żonę-nieżonę. Wydawało mi się, że to Ania leży w fotelu. Tak się pomylić i to w okularach. Dobrze, że zadzwonił Szczawiński. Wybrał właściwy moment zamiast numerów. To jak zatyrkał? Jakoś. W końcu jest poetą. Może więcej niż PKT. Nagrania od poniedziałku. Usłyszę, co „nakrochmaliłem” przy „prasowaniu”. Duch znowu fruwał nade mną. Ciało to tylko pomocnicza kupa, zaśpiewał w łazience. Postaw kupę pod prysznic, a zmniejszy się o kilo. Ale oprócz kupy masz duszę. A dusza ma ducha. Mnie! To ja dźwigam to wszystko, opadł do umywalki zupełnie wykończony.

Po południu  pojechałem odwiedzić Łuckosiową. Bez samochodu, bez Ewy-szofera ciężko mi na Porąbkę dojechać. Dowlokłem się autobusami. „Nie boję się śmierci, nie boję”, powtarzała Łuckosiowa nieprawdę. Można zwariować patrząc w ten strach. Ktoś  w Göteborgu założył  „szkołę umierania”. Na pewno jakiś polityk z Polski. Trzynasty w tuzinie. Nie wybrany do czegoś. Przeżegnaj się lewą ręką.

Noc. Z powrotem na Mariackiej, po pięciu autobusach. Lęki jak świecący lód. Pomodliłem się tylko za chorych na raka i wlazłem wystraszony pod dywan. Łóżko tak zimne, że nie położysz ciała na srogim. Tylko cień.

Już koniec lutego. Pędzi czas po lodzie. Przyjechała Ewa. Dobrze, że na chwilę, bo nie mam czasu. Z każdej szuflady wystaje robota. Nie stęskniłem się też za Sosnowcem. Ale Ewa tak. Brakuje jej kuchni w hotelu. Więc jak znalazła się w swoim M, to zrobiła jajecznicę z tuzina. Zjadłem prędko jaja z Ewunią. W strasznym wyciu. Zwierzaki z ostatniego piętra dalej są zwierzakami. Dalej na suficie nieludzkie głosy. Co takiego jest na tym osiedlu, że więcej tu zwierząt niż ludzi? Mieszkałem w Katowicach, Poznaniu, Warszawie i w Gdańsku. Nie było tam wilków i wieprzy. Tutaj zachwycam się sąsiadem Pisiakiem. „To człowiek”, mówię do Ewy. A w tamtych miastach pełno Pisiaków. Życzliwy sąsiad z sąsiadem. Nie wiem, jak to będzie, kiedy Ewa zda test. Zda albo nie zda. Hh! Nie o to teraz chodzi. Czy na tyle kocham Ewunię, jej piersi, brzuch, pulsującą wypukłość szyi, rozstęp w oczach, żeby dalej mieszkać na tym osiedlu? Czy na tyle jest dobra, żeby przesłonić zło tylu Zwierzaków, a jeszcze Pisiaczki, Zaguski. Zajmują za dużo miejsca w naszej przestrzeni. Czarne w niebieskim. Czy dalej żyć z Ewą? Coraz krótsze pytania. Coraz gwałtowniejsze. Ale więcej w nich strachu niż mocy. „Tak, nie”, kłuło aż do Radia.

Żgało, kiedy witałem się z Adamem Baumannem. Będzie czytać moje odcinki. Ucieszył się, że będę „pod mikrofonami”. Za to Gryzik był doskonale wściekły. Mógłby zagrać wodowstręt. Uważa, że go pilnuję. A niech uważa. Zachachmęcił kartkę o lepszej służącej. Żeby jeszcze o gorszej albo o Donajskim. Zapisałem zdanko do czwartej powieści. Wbił w głowę łokieć i zemdlał.

Z gorącego nagrania wróciłem do zimnego pokoju. Na szybach białe liście. Nie więdną. Od pieca jeszcze zimniej. Nie pomogła wrząca herbata. Dygocząc pisałem o Suberlaku. Stefan pogłaskał forsę i sprawiedliwie podzielił. Dla pana artysty dużo, a trochę dla mnie, pomagiera. Patrzyliśmy na siebie bardzo zadowoleni. Minęło tyle lat, a ja dalej potrafię cieszyć się skromną zapłatą. Byle bym mógł robić to, co chcę, co kocham. Stać mocno przy sztalugach i mocno siedzieć za biurkiem. W otwartej szufladzie -- paleta. W kolorkach trochę słówek. Dodam oleju lnianego i oleju z głowy, będą barwy i słowa. Nasze książki i nasze obrazy. Zamarzł mi jednak Suberlak i nie widać, czy jest zadowolony z pieniądzorów. Narysowałem to zadowolenie na osobnej kartce. Naraz wizja kilkudziesięciu opowiadanek. Ostrymi dziobami zapukała w biurko. Rozlecę się na cztery nogi, ostrzegł mebel fantazję.

Pokłóciłem się z Palantem. Do jutra. Przeszkadzał mi w myśleniu tańcząc hipy bez hopów. Zawracało mi się w połowie. Padłem bez wdzięku na łóżko. Kołdra ostra od mrozu. Luty pokazał zęby, zaszczekał Palant za drzwiami. „Jak tu przyjemnie chłodno”, usłyszałem Anię z daleka. Po tym >>Śrubstaku<<, po >>Szmyrowatej<<, po...” wymieniała Palantowi ulubione pijalnie.

Dziś to chyba piątek. Śnił mi się sen Ewy. Opowiadała go przedwczoraj wychodząc na pociąg. „Płynęła w Wiśle aż do Warszawy. Niestety, tak się zmęczyła, że musiała przed testami utonąć.” Powtórzyłem sen Palantowi. Wysłuchał siedząc na biurku, w mojej marynarce. Spodni nie raczył włożyć. Jestem mu wdzięczny za „nieraczenie”. „Masz rysunek zająca. Ja już muszę pracować”, podarowałem Palantowi jeszcze ołówek. Muszę błądzić w przeszłości. Odszukać matkę bez Eisengraebera, myślałem wśród „krzywych luster”. Zadrżał stół, sypnął w twarz iskrami. „Uwięziłem wiersze pod powieką prozy. Światło w mroku”, mówiłem do psa, jakby był człowiekiem. I to oczytanym. „Włóż tam pysk, a zobaczysz moją głowę w 77 workach. Moje Dobro i moje Zło zrośnięte twarzami. A później wyprowadź mnie na jakiś spacer. Nogi mi chudną od tego pisania.” Zajrzyj też do studia i posłuchaj nagranych odcinków, o mnie, o Eisengraeberze, o matce”. „To ty ją zabij! Jak karpia”, przyniosłem ojcu młotek. Popatrzył zdziwiony. Zaczęło mi nawalać serducho. Jak darło. Żeby nie myśleć o ciele, poczytałem O duszy Arystotelesa. Same definicje z konkluzją. Zmniejszył się ból serca, niepokój, usiadłem przy biurku. Wylazły ze zdań stare prostytuty wypić z Pućsamino i z jego szczurami. A po wypiciu zgwałcić dozorcę na oczach dozorczyni. Siedziałem nad tekstem do jasnego rana. Wreszcie w sercu spokój. Kamienice stoją normalnie. Pućsamino chciała jeszcze pyskować, ale zamknąłem jej gębę, zamykając zeszyt. „Pomyśl, że jesteś wyspany”, wpadł do pokoju zmarły Donajski. Przerzucał zdanie z ręki do ręki. Nie zatrzasnąłem go jeszcze w szufladzie. A za Donajskim żywy Palant. Znowu makaron, zaszczekał niezadowolony. Ja też dość mam węglowodanów. Zaczyna mi brakować Ewuni śniadań i obiadokolacji, tych olbrzymo-olbrzymek. Mięsa rozpartego na półmisku i jarzyn tłoczących się w kubkach, kubeczkach. Chociaż zjadałem to nie czując „co w pysku dobrego”, to teraz coś mi się w gębie przypomina. Takie mniam pod planami, jak uśmiercić kilku bohaterów z Mariackiej. Przy zimnych frytach zadzwonił telefon. Ewuś przyjeżdża na weekend. Wiezie mi ekspresem obiad z Mercurego.

Spotkanie w Sosnowcu. Najpierw obgryzłem przód indyka i bok bażanta, a później zwróciłem się do kobiety. W tętnicach brzusznych walił świat. Nie słyszałem nawet tych z góry. Byłem jeszcze wyżej. Chyba nad dachami. „Dobrze?”, zrobiłem z ciała pytajnik i zasnąłem wygięty. Przeszedłem z jednego śnienia w drugie przez ostry blask. Tak rażący, jakby ktoś odwalił głowę od ciała. W pierwszym byłem malarzem, a w drugim rzeźbiarzem. Na gołym torsie paleta z farbami albo kawały marmuru. Chodziłem tak po Mariackiej bełkocząc coś do zakonnic i prostytutek. Przemalowałem wszystkie na siostry miłosierdzia. A jak któraś nie chciała, to przywaliłem kamieniem. Dobry marmur, różowy. „Jesteśmy teraz szlachetne i piękne”, tańczyła zakonnica Benigna z prostytutkami.

Od rana na Porąbce. Przywieziono Łuckosiową do domu. Trzymaliśmy się długo za ręce. Pocięte losem wnętrza dłoni. Szept wsunął się w szept. Kiedy zasnęła, zacząłem myśleć o moim Oknie, o nauczycielkach z podstawówy tak bardzo przerażonych innym programem. „Jak odkręcić przekręconą historię?”, pytały pana palacza. Nagle przeszło przeze mnie światło, bo zajrzał do mnie Bóg. Przyszedł i włożył błękit do serca. Ewuś w drugim pokoju rozmawiała z Otrychami o „dwójce”. Cały czas o tym samym. Popatrzyłem na umierającą Łuckosiową. Jak ona schudła przez ten tydzień. Zapada się w głąb. Kawałeczek pani Janiny. Odechciało mi się wszystkiego, nawet powieści z przeszłością, przyszłością. Opuściły mnie słowa. Odesłałem Bergelową do Eisengraeberów. Zaprowadźcie się sami do piekła. Opuściły mnie nawet myśli. Został tylko pierwotny strach. Kula z gardła w głowie. Ja też umrę. Będę musiał jak ona przejść stąd Tam. A jak Tam nie ma Tam? W rogach salonu gęsta czerń. Cicho wysunąłem się do drugiego pokoju, do Otrychów i Ewy. Mówcie mi teraz o „dwójce”. O „dwójce” przed „trójką”. O specjalizacji przed podspecjalizacją. I o podspecjalizacjach nad. Przy takim gadaniu łatwiej zapomnieć o śmierci. „Odejdź”, powiedziałem do białej. „Odejdź od pani Janiny. Od dobrych ludzi. Wypierdalaj od nas, bo chcemy pracować”, zawołałem do kostuchy. „Albo namaluję cię na >>Okręgową<<. Będziesz wisieć  na wystawie stara a goła. Obejrzy ci każdy siwą kuciapę.” Otrychowie zaczęli głośniej o „czwórkach”, a Ewuś o „piątkach”. Miło się ich słucha. Nawet kiedy krzyczą. Można myśleć o swoim. Zacząłem rysować świat bez śmierci. Co za przeludnienie. Ludzie w ludziach. Nie widać nieba, tylko ptaki. Nic nie widać. Z nadmiaru fantazji w czarny prostokąt i dalej, w miejsce po prostokącie. Lecz nikt nie zrozumie mojego pomysłu „przestrzeni, gdzie wisiał obraz”. Bo nikt nie jest Stankiem. W naszym Okręgu nie ma już wielkiego. Sami tacy sobie. Lecz nie od tacy. Teraz mniej się pije. Nie jak za czerwonych. Teraz każdy chce dostać nowy życiorys albo chociaż prochy. Dostanie, to namaluje papieża. Wielu Ojców Świętych. Zabarwi naszym Wojtyłą swojego sekretarza. Nowe czasy, drugi na pierwszym.

W domu list od Mariana Pilota. Czytałem go kilka godzin, aż odczytałem. Pytajniki kreśli jak stary, a wykrzyknik jak młody. Lubię patrzeć na jego listy. Tyle w nich dobrego. Przy pierwszym myślałem, że to jakiś żart, a przy drugim, że jestem hś, chociaż nigdy nie miałem psychozy. Że obudzę się w jakimś szpitalu. Żeby nie zwariować, zacząłem pisać Mariacką.

Tej nocy śniła mi się matka. Jaśnie pani w wyciu Zwierzaków. A raczej pół matki. Druga połówka za siwym lustrem. „Dziwię się, że tak o mnie piszesz. Zawsze byłam łaskawa dla służby. Ale co to tak wyje? Przeszkadza mi w liczeniu robaków. Tylko się nie budź. Jeszcze słońce w nocy”, mówiła  pod wieńcem.

Z Ewą w Katowicach, w kawiarni. Ewuś przeglądała Endokrynologię, a ja myślałem: Od szesnastego roku idę za Sztuką-suką. Poprowadziła mnie po kilku krajach, aż przywiodła na Śląsk,  z powrotem, i muszę wszystko zaczynać od nowa. Teraz piszę. Takie jest we mnie pragnienie. Chuć starego, słodziuchna od młodej krwi. Po kawkach, herbatkach poszedłem z Ewą do Megastore. Tylko pooglądać. A tu w „Twórczości” recenzja Jentys o „krzywych lustrach”. Pani Maria zauważyła wiele rzeczy, których ja nie zauważyłem. Tak. W mojej prozie nie ma granicy między rzeczywistością jawy a nierzeczywistością snu. Jedź już, Ewa, bo chcę to spokojnie przeczytać, odprowadziłem najdroższą na pociąg. Na torach jeszcze biało. Jeszcze zima leży. Natomiast pod stopami ani zimy, ani wiosny. Tylko szare ciap. Najpierw solą, a potem pieprzą. O, w pięty. Trzeba lecieć na zajęcia NLP, przypomniało mi się programowanie. Pocałowałem Ewuś i do doskonałości. Świetne „neurowarsztaty”. Nasz psycholog przylazł tak pijany, że spadł z krzesła. Nikt go nie podniósł. Byliśmy zbyt zajęci własnymi mózgami, „niech zapominają co marne”. Mój książki z wody i obrazy bez ognia.

Po warsztatach pospieszyłem do Rusa, od „aury”. Poznałem go dzisiaj przed kościołem Mariackim.  „Nie ma tu Boże cerkwi, ale jest dobrobyt. Tu jestem znawcą Yang, a nie donosicielem”, gadał do krzyża. Nauczy mnie czytać energię. Ma dużo Wietnamek z ciekawymi prądami. To pomoce szkolne. Na nich poznam wpływy kosmosu. „Pomóż mi znaleźć ciotkę”, powiedział Donajski. Jesteśmy razem na twoich stronach. Ale Tu jej nie ma. Za bardzo podobał się ciotce ten samochód, który ją potrącił. Wszystko przez waszą służącą. Wyprostowała mi garb i to. Wstydzę się powiedzieć. Popatrzyłem przez szyby na wieżę kościoła. Księżyc zmniejszył jej ciężar i mogła chodzić. Stąpała w czerni między kamienicami. Powiedz, co tam za Ziemią?, zapukałem w szybę. Jeszcze trochę lat i przyjdzie wam pogadać z Bogiem. Nie będzie to miła rozmowa. Za bardzo się wyrzynacie, szeptało z wieży, krzyczało. To prawda, pomyślałem. Gdzieś znowu wybuchła wojna. Ktoś gwałci, morduje, a ja z aksjomatem nieskończoności. Napiszę o tym dobry esej. No taki, który wydrukują. Coś spadło na chodnik. Wasz generał. Chciał wejść z krzyżami do nieba.Kolejny dzień w wydawnictwie u pani Jadzi. Piszę przy drugim biurku. Na blacie wielki nerw. Szeroka puszka mózgowia. Tyle w niej miłości i nienawiści. Słów, które tak długo czekały na papier. Na jej ostrych brzegach matka z Eisengraeberem. Rżną się na okrągło. W środku przycupnięty ojciec, a w kącie ja. Stoję na baczność. Żebym im nie przeszkadzał. Ten kąt to moja przestrzeń między myślą a słowem. Mała, wielka. Różnie to w puszce bywa. Zatelefonowałem z „Książnicy” do  Wańka, „czy zgadza się na opublikowanie  recenzji o Mariackiej”. Byłem pewien zgody, ale prawo autorskie i... chciałem z nim tak pogadać. „Pisanie to nie rzeźbienie, nie uderzysz się w palec, ale można dostać młotkiem od Anioła stróża, w sam mózg. W jego istotę”, opowiedziałem Henrykowi o swoich dolegliwościach. Po dobrej rozmowie wziąłem się ostro do „krzywych luster”. Śmierć oficerowi SB! Padł trupem przy mieleniu kawy. Nie dokręcił do końca. Ha, ha. Jest w tych zdaniach życie. Tylko, że Gosi już nie ma. Zamordował ją czerwony major. Odeszła Tam, tak młodo, dla nas, dla Rzeczypospolitej. Zwisa ciało. Puste. Dusza poleciała na odległą gwiazdę. Czekaj tam na bliskich. Na mnie. Na razie polecam ci mojego Anioła. Pomódlcie się razem za Polskę w proszku. W prochach. „Za tę naszą czarną zupę w czerwonym talerzu”, zacząłem szeptać do koperty z dłoni.  Wiesz, Gosiu, ta pani redaktor twierdzi, że fragment Mariackiej, ten o wuju Billllewiczu przez cztery „el”, to..., że czegoś takiego nie czytała, choć czytała dużo. Cudownie słuchać jest takich pieścidełek. Te słowa zmieniły mi na chwilę kształt głowy. Zobaczyłem to w szybach pijąc siódmą herbatę. Mój łeb zwojem firany. Chciał zasłonić „zadowolonko” pisarza, takie ukontentowanie, ach, lecz spadły mu żabki z karniszu. „Ratuj mnie przede mną”, zakrzyczałem, jakbym był w studio. „Dobrze, że nie wybiłeś szyb”, powiedział ktoś za oknem. Nie była to pani Kwiecień, bo siedziała przy biurku ani też zaprzyjaźniony z wydawnictwem krytyk.  On stał w drzwiach zlany wodą ostatnich powieści. Prosił o ręcznik i coś gęstego. Daliśmy mu szal pani Jadzi i wyprasowanych na blachę Eisengraeberów. Więc czyj to był głos? Taki znajomy? Też mój cholera.

Na Mariackiej powitał mnie Palant kwiatami. Zrobił bukiet z kilku doniczek, z żony-nieżony chryzantem. „To dlatego, że pozwalasz mu się prowadzić. Na spacerze i podczas hip-hopa”, zobaczyłem córuś z gitarą. „Rzucam Tomka i golę włosy. Zamiast fajek kupił mi cytrynę”, zaśpiewała jak Yma. Nisko, wysoko, w podłogę i w sufit. Wolałbym, żeby rzuciła palenie i trochę się ostrzygła. „Nie lubię, jak tak myślisz”, powiedziała. „Już lepiej fantazjuj. Kululu po kręgach wyobraźni. Coraz dalej i dalej od mojej głowy. Ty na Mariackiej, Mariacka w Katowicach, Katowice na Ziemi, Ziemia w Układzie Słonecznym, a Układ w Obłoku Oorta i już nie widać, czy córuś ma włosy”, zawiązała Palantowi kokardkę.

A ja zawróciłem do gabinetu Rusa. W polu elektrycznym dwie Wietnamki. Ciała w czarnych podkowach. Już swoje przeszły w młodym życiu. „Teraz to nam dobrze”, powiedziała jedna. Przesłoniła srom granatowym warkoczem. „Potrafiłbyś mordować dla władzy?”, zapytała druga. „Nie. Ale dla wolności na pewno.”

Marzec. Z Ewą na Porąbce. Ogród taki ciemny, bez wiosny. Z dwoma czarnymi psami. Obchodzą się z daleka. „Z matką coraz gorzej. To już koniec”, powiedział Stachu. Ciało Łuckosiowej lżejsze od duszy. Nad ciemny ogród napływa ciemna mgła. Nie ma słów w takim mroku. Położyłem na ziemi nienarodzone zdanie. Późno wróciliśmy na Osiedle Zwierzaków.

Późno i smutno. W mieszkaniu, na „sekretarkach” głos grubej Zaguski: „Wyobraź sobie, że Zagus przeprowadził się na ósme piętro. Do tamtej! Liczę na ciebie, Ewa, że wyleczysz mi męża z takiego popędu. Najlepiej zastrzykami. Przecież chodziłyśmy do tego samego liceum, do tej samej klasy. Tylko nie siedziałyśmy w tej samej ławce, bo ty chciałaś się uczyć.” Słuchając porzuconej przepisywałem teksty. Jak nie jestem przy biurkach, to przed sztalugą. Łatwo mnie znaleźć w pokoju.

Na dobranoc wpadła Pisiaczka. Nie mogła stać ani siedzieć. Tak ją zdenerwował Pisiak. Nie chciał jej słuchać. Chciał oglądać mecz. Nie zostawiła na mężusiu suchej nitki ani włosa. W mokrych spodniach, z mokrą grzywką wyglądał jak krytyk z „Książnicy”. Brakowało mu tylko książek z czystymi kartkami.

Po dobranocce Pisiakowej -- pod łóżko. Seks z Ewunią w ciasnym. Całą noc bawiliśmy się w klaustrofobię. Było trochę inaczej. Bardzo do środka i bez niepotrzebnego szukania. Niestety nad ranem przeszkodził nam długi ryk z góry. Przez balkon wychylił się Zwierzak i zawisł na poręczy. Ulało mu się z pyska na samochód Waletów. Słyszeliśmy wyraźnie ten chlap. „Czym on? Bimbrem, denaturatem?”, wygramoliła się Ewa ze sprężyn. „Na pewno nie był to miód spadziowy”, roześmiał się gdzieś Eisengraeber. Ukrywa się od kilkunastu godzin. Dość ma mojej artystycznej prozy i tego „Okna” na ulicę Mariacką. Rozglądając się za Eisenem zobaczyłem w myślach Półtoraczyka i dzielnicowego. Półtorak znowu obił milicjanta, a milicjant znowu wypluł zęby na afisz. Przybyło powieści przecinków. A obrazowi „Kompozycja 66” ciemnej czerwieni. Malowałem go z wściekłością przez kilka godzin. Ten obraz był wyjątkowo uparty. Nie chciał żyć na płótnie, tylko w myśleniu. Zamiast pędzli pogryzłem Ewy palec z sernikiem. Zezłościło to bardzo Ewunię. „Za dużo malujesz i za dużo piszesz”, powiedziała wychodząc. „Jadę do matki i brata. Oni jedzą, co podam”, uniosła się z dywanem. Przeszedłem ze złości w złość do kwadratu. Obraz już się nie opierał. Wyrywałem go ze łba szpachlą, pazurami. Zaczęło błyskać w oczach. O Jezu, pękają siatkówki, położyłem się na podłodze. Szarpał powiekami strach. „Wróciłam, bo bratowa odsypia  sylwestra. Już trzeci miesiąc”, usłyszałem za drzwiami głos Ewy. „Jak dobrze, że jesteś”, usiadłem powolutku patrząc w straszne błyski. Na szczęście trzaskały coraz rzadziej. „Poczytaj mi trochę... co chcesz, byle nie o hipoglikemiach”, poprosiłem cicho.

Wieczorkiem przyjechali do nas Nymankowie. Ewa puściła ulubioną płytę. „O dwójce”. „Jak można tak gnębić lekarzy. Kazać, żeby odpowiadali na takie pytanka. Na takie głupy i to mądrze!”, kąsała serniczek. Zacząłem myśleć o Łuckosiowej, o umieraniu. Powinniśmy popełniać samobójstwa,  kiedy nam najlepiej. Znikać w weselu. Ale wówczas chcemy żyć, nachapać się szczęściem... Puk, puk, przestałem medytować o śmierci na widok młodego Otrycha. Przywiózł mi maszynę do pisania, taką wielką, elektryczną z wałkiem jak marzenie mężczyzny. Niestety, dla mnie za ciężka. Nie przeniósłbym jej przy moich siatkówkach z biurka na biurko. Nadal będę z „Ericą”. Polubiłem jej drobny wałeczek. „Ń” nad przecinkiem. Już mi się nie myli.

Po czerwonej nocy biała zorza. Ewuś do Warszawy, a ja do Katowic. W pociągu, zacząłem gadać do siebie. To skutki pracy w radiu i tych domowych nagrywań na dwa dyktafony. „Nie chcę pisać jak wszyscy. Tak po staremu. Wziął nogi za pas”, oznajmiłem w wagonie. „Nie lepiej powiedzieć, owinął się nogami i kula”, zapytałem matkę i córkę, a może dwie siostry. „Czy tak stale musimy powtarzać się i powtarzać?”, zwróciłem się do  starszej patrząc na młodszą. Zamiast spódniczki obciągnęła sweter. Stanął biust w przedziale.

Na nagraniach. Przytrzasnąłem sobie plecy wchodząc do studia. Szybciej zamknąłem drzwi niż wszedłem. Chyba popchnął mnie Eisengraeber „odejdź od matki”. „Zatłucz go niebieskim”, poprosiłem Anioła stróża. Zrób mu czarno skrzydłami. Tylko, żebyś nie zamieszał mi w tekście. Nie odemknął bardziej ubowców. Bo mi Baumann zemdleje ze smrodu. Jednak zamącił, ale w drugą stronę. Wypłynęli zmarli. Dziad, pradziad, których nie pamiętam. Pradziad krzyczał na syna, „że nie chce zostać psychiatrą, tylko jakimś psychologiem”. „Nie chcesz zamykać nienormalnych? Mają być z normalnymi? W jednym Poznaniu? Za bardzo onanizowałeś się z naszą służącą”, utopił dziada w akustycznych falach. Przytrzasnąłem też plecy wychodząc.

Ania w domu, ho,ho. Bo nie ma forsy, uch. Myśli ułożyly się w pałąki, w kółka. Nie chciały w proste zdania. „Nie mam na piwo. Nic mi się nie chce”, odmówiła Palantowi hip--hopa. Milcząc dałem nieszczęśliwej parę złotych, a kiedy wybiegła, prułem i zszywałem postać starego Pućsam. Raz był dozorcą, a raz dozorczynią.

A w nocy wyszedłem na podwórko 18a i podyndałem na trzepaku. Będąc dzieckiem nieraz pragnąłem tak wisieć, ale matka nie pozwalała. Wracając z dyndu-dyndu spotkałem na schodach Anię. „Ty też skądś!?”, zatupała z radości. „Oj, zadzwonię do Ewy, o której to przychodzisz do domu. Oj,oj. Tylko jeden telefon. No, nie martw się już. Córka cię nie zdradzi. Bo córka, to córka”, prowadziła mnie po schodach,  jakbym był pijany.

Wtorek, pierwszy dzień bez pośpiechu. Nagrywanie Okna zakończone. Na taśmach pełno Eisengraeberów, Eisenów. Każdy wymiotuje do zlewu. Nie wolno im w firany. Czuwa nad tym lepsza służąca. Jestem zadowolony z nagrań. Średnio. Baumann i Gryzik zrobili to dobrze. Ale bez szczytu. Bez tego czubka, „pik” w zupełnym. A ja pragnąłem, żeby pracowali nad moim tekstem jak pani Kwiecień. Dla niej pieniądze i czas nie mają znaczenia. Liczy się tylko literatura. Koniec też kursu „Aury”. Ostatnia wizyta u Rusa. Rozłożył swoje części na białych prześcieradłach. Tu goły tors, a tam stopa z butem. Miałem powiedzieć „co chore”. „Wszystko”, stwierdziłem z radością, że aż tyle potrafię zobaczyć. „Co on mówi! Co znaczy wszystko?”, zapytał Rus kulę z Wietnamek. Zbiły się tak idealnie nad miską pataty. Żółta, podniecająca bryła. „Prawie wszystko!”, zacząłem  badać leżącego niebieskimi prądami. „O, proszę! Jelito grube poluzowane, wylazło na pościel z tasiemcem. Natomiast w tętnicy szyjnej wielki zator. Nic nie przejdzie oprócz spirytusu”,  wyliczałem Ruskowi choróbska. „I żenidło nieprecyzyjne, bez prowadnicy dla jaj...” .  „Chcesz mnie wykończyć za pięćset złotych?”, zawinął się Rus w fioletową aurę. „Pooglądaj ty lepiej Wietnamki, bo mnie zaszkodził koklusz w dzieciństwie. Choć innym gadam, że Komitet. Wiesz, ten Bezpieczeństwa, to KGB. Że rozbili mi pół czakry, tylko nie wiem której”, zaczął śpiewać po rosyjsku.

Wróciłem do domu pisać. Przesuwały się po Mariackiej różne postacie -- mój ojciec z laską i Pućsamino o kulach. Jechała matka w fotelu i gorsza służąca na hulajnodze. Pełz za nimi Eisengraeber. Książkowy Eisen staje się moją własnością. Mogę mu „nawrzucać”, nawet własne podłości. Zajrzałem w kartkę. Na brzegu Mariackiej cztery ulice i plac. Plac do pisania. Przybiegł Palant z karteczką. „Kocham cię?”, pisało mu przed pyskiem. „I ja cię kocham”, odpisałem córce. Czerwony wykrzyknik po niebieskich słowach. Urosła ulica i cały świat.  Jadłem frytki i rysowałem córkę z frytkami. A ona rysowała mnie. Nad stołem złota struna. Można zagrać ten wiersz.

Co to za dzień? Czwartek, ale w jakim kolorze? Powiedz proszę po przeczytaniu. Mariacka i Wśród krzywych luster przygotowane.  Kanalik światła wycięty w ciemności. A może dwa kanały? W tych zdaniach nie ma Złego, chociaż jest człowiek. Szuka Ciebie. Znalazł.

Po tym całym poprawianiu Mariackiej, poszerzaniu „krzywych”, po tych „prasowankach” i „przycinankach”. Po gonitwie między „Książnicą” a Radiem nagle okropny spokój. Aż stoi krzesło w powietrzu. Takie w duszy rozminowanie. Żeby chociaż tąpnęło, pomyślałem siedząc na chodniku pod żelazną bramą. 18a. Tam gdzie siadał Pućsamino. Gdzie siedział i siedział bawiąc się butelkami i szczudłem. Gdzie rozmyślał o życiu. Spojrzałem na Mariacką, jak on, z wysokości metra. Więcej teraz nóg i takie długie. Błyskają kolanami spod płaszczy. Błysk za błyskiem, a gdzie wyładowanie?, podniosłem się z chodnika. Otrzepując ze śniegu zimny tyłek spojrzałem pod nogi, na kwadratową płytę. Pućsamino postawiłby tu stopę, gdyby ją miał. Nieraz muszę bronić się przed samym sobą, przed  przeżywaniem, tak silnym, tego, co  było, i przed wizjami, „co będzie”. Boję się tych widzeń pod powiekami. Moja powieść, jeszcze jej nie ma, a już jest na tylu półkach.

Oglądając swój sen, marzenie na jawie podszedłem do Mariackiego kościoła, tak blisko, aż oparłem się o wielki mur. Wznosił się nade mną do ptaków, aniołów i do naszej gwiazdy. Zaświeciła mi gorąco pod czapką. Żółty, fioletowy strumień. „Dzisiaj chcę pisać o Bogu”, szepnąłem do Słońca. „Wejść pod Jego niebieską skórę, w czarne mięśnie Wszechświata. Przewrócił mnie Pan na ziemię. Nie chciał pokazać  kości.

Pozbierałem się i poszedłem do obu bibliotek. Na Ligonia: Wyrwać Donajskiego z prostytuty, a Donajską spod samochodu. A na Młyńskiej: Delikatnie wyjąć. „Nie za dużo dzisiaj liter dla czcigodnego wujostwa?”, zapytałem panią bibliotekarkę. „Za mało” odezwał się z zeszytu Donajski. „Chcę wrócić do tamtych zdań. Leżeć dalej pod kurwą, patrząc na ciotkę pod samochodem. Napisz, że to był tramwaj. Tylko nie uszkodź nam charakterów”, zachichotał w czytelni. Maszerując przez rynek spotkałem Agnieszkę. Nic się nie zmieniła. Ten sam uśmiech po zębach. Kiedyś żyliśmy ze sobą, tak z doskoku, to znaczy ja doskakiwałem, a ona czekała codziennie, żeby raz w tygodniu. Ale pięć kobiet czekało nie licząc żony-nieżony, więc nie mogłem za często. Kiedy wychodziłem od Agnieszki, a ona zostawała na stole, naga, ze spermą na udach, zawsze miałem przyjemne poczuci winy. Taką radość w krzyżu, kawałek Eisengraebera. „Wejdź do mnie”, zaświstało w ustach Agnieszki. „Zapraszam na spiralę. Mam ją nie wiadomo po co. Tak. Stałam się bezpośrednia. A ty nie. Opowiadasz o jakimś Zwierzaku, Zwierzakowej, żeby tylko nie mówić o nas. Nie pamiętasz, jak żeśmy się kochali? Z dzwonkami na czołach. Żeby było głośniej. Ja pamiętam. Chciałabym tak raz jeszcze. Rozkładam w myślach  stół. Akurat dzisiaj jest nie rozłożony.” Zatrzęsło mną na środku rynku. Zobaczyłem przechodzące kobiety w ostrych kolorach, a mężczyzn w szarych. „Mam pomysł na nowe obrazki. Taki duży”, pocałowałem Agnichę w beret „spotkamy się za dziesięć lat” i poleciałem do domu, narysować to nowe, a przynajmniej opisać.

Praca na całą noc. Podzieliłem pomysł na 99 kwadracików i przenosiłem go z mózgu na kartkę. Trójka za trójką. Aż dostałem w brzuch pustką głowy. Wypłynął spod żeber nowy obraz. Snuł się po pokoju bez mojego myślenia. „Od dzisiaj mów mi An”, weszła córuś w kolorowe dymy. Ostrzyżona na zero.

Dziwny dzień. Córka idzie do pracy. Nastawiła sobie budzenie z trąbką kawalerii amerykańskiej, tej z westernu, kiedy żołnierze atakują Indian. Atakowali już ze sto razy, a ona spała jak zabita z budzikiem przy uchu. Taka zmęczona nocną balangą. Wpadłem do jej pokoju drąc mordę i papier. Wściekły ojciec we wściekle żółtej piżamie. Rozwścieczony podwójnie. Lecz córka na wysokiej antresoli, bezpieczna. Nie ma do niej drabinek. Wreszcie wstała i puściła „hip-hop”. Długo pisałem w powracającym rytmie. Przystąpił do mnie Bierut. „Musisz tak o mnie pisać? Po nazwisku? Nie mógłbyś trochę ogólniej? Tak o diabłach?”, pytał pod czerwonym wąsikiem. Szybko ułożyłem odpowiedź, co za wielokropek, a potem przeglądałem na czystej kartce moją duszę. Składa się z trzech sześcianów. Jeden kubik w drugim. Ten zewnętrzny  wyciął mi Bóg z powietrza. Unoszę się w nim delikatnie, żeby nie zakłócić wirowania Ziemi. Drugi sześcian cały ze szkła, z zielonkawej masy. Tam kruche Dobro i twarde Zło. Różowy promień w lekkich zieleniach i czarny, mącący jasność. W końcu, najgłębiej, szóstka żelaza, sześć płytek z Wielką Ciszą, żebym mógł trochę od myślenia odpocząć. Skąd te osobliwe myśli? Ze snów, z marzeń, a może odczucie jestestwa? Obok duszy -- telefon. Rzucił komórką po biurku. Spadłaby, gdyby nie czujniki Palanta i jego zaangażowanie. Się! „Zdałam to cholerstwo, zdałam. Jutro już przyjadę. Dzisiaj oblewamy”, wołała Ewa to w jednym, to w drugim pokoju. „Dość już tej medycyny, jakiś globulin i pindadoli.  Będę teraz studiować magię. Liczby, symbole. Zrobię obiad z siedmiu dań. Trzy talerze z zupą ogórkową ustawione w trójkącie i cztery z rosołem w kwadracie. Wyjaśnimy Pisiakowej na zupach pitagorejski porządek. Doskonałość rzeczy”, słyszałem Ewę w trzecim pokoju. Chyba „się przeuczyła”, ale nie obawiam się bliskości z „zauczoną”. Natomiast czuję fioletowy niepokój przed mieszkaniem w Sosnowcu. Na tym osiedlu. Blady fiolet w czerwieniach. Niepokój i obrzydzenie. Cofa się język i obkurcza penis. Nie będziesz już  mieszkać w Katowicach. Tu na Mariackiej. Nie poczujesz drżenia podłogi. Nie tąpnie ulica dla ciebie, stukał mi w szarych klepkach kawał parkietu.

Ewuś jedzie, a „zajawki” lecą. Zwiastun Okna już na antenach. Powinienem skakać z  uciechy, a stoję. Ciężko mi opuszczać Mariacką. W ciemieniu czubek jakiejś piramidy, a w genitaliach podstawa. Mieszkać z Ewą, nie mieszkać? Jakbym rozchodził się na dwie połowy. Wkładałem do walizki ten kamyk z Mariackiego kościoła, z czarnego muru i wyjmowałem maleńką świętość.

W końcu Ewa zajechała pod kamienicę i pomogła mi w rozdwojeniu. „Zagusowej też wyjaśnimy harmonię trójkątów. Wyciągniemy ją z dołka Pitagorejem. Zobaczy swoją wartość w twierdzeniu. Siebie na przeciwprostokątnej w największym kwadracie. A Zagusa z kochankami na przy. Poczuje się jak oni razem”, zazgrzytało w skrzyni biegów trójkami. Dobił mi łeb do dachu. Nie wypadł szczęśliwie na maskę.

Już u Ewusi. O, ile nagrań na sekretarkach. Na jednej matka. „Tyle lat dawałam ci na studia, a ty dopiero zaczęłaś się uczyć? W jakiejś Warszawie? Przyjdź zaraz do mamusi i wyprasuj pościel z  wdzięcznością.”  A na drugiej sekretarce -- brat. „Ja tam po studiach nie studiowałem. Mądry nie musi się uczyć. Raczej zrób coś dla rodziny. Załatw mi rentę. Koledzy już sobie załatwili. Mam być zdrowy wśród udających?” Jeszcze nie zdążyliśmy odsłuchać trzeciej sekretarki z nagraniami pacjentów, a już w przedpokoju Pisiakowa z Zagusową. Chcą opowiadać o Waleriankowskim. „Bawił się dolarem i połknął, a wycięli mu w szpitalu złotówkę”. Ściany mieszkania zlepiły się w przerażający dwudziestościan. Same kąty i jeszcze kula z moich obrazów. Boi się tylu ostrych. Co to? Zapisane słowa przestały być moje? Muszę się upić, poleciałem na postój taksówek. „Do Katowic proszę.” Do dobrego zdroju. Przeszedłem ze Szczawińskim na ty. Maciek wypił więcej, ale dalej myślał. „Zrób dla prasy zwiastun odcinków, coś o sobie i o Mariackiej. I że czyta Baumann. A ja przefaksuję do gazet”, wyszeptał na do widzenia.

Znowu w taksówkę i do Ewy, do Sosnowca. Nie mogłem jej tam zostawić. Jest mi najbliższa. Taka dobra po żonie-nieżonie. Wprawdzie też potrafi mnie zdenerwować i to doskonale. Ale chyba nie aż tak? Zęby mniej pracowite, choć stale rozprawia.

„Wróciłem!”, zawołał we mnie łaskawiec. „Możesz mi zrobić ciepłą kolację.” Ewuś zdjęła papiloty i zaczęliśmy głębiej oddychać. „Czuję smród z papierosów”, oświadczyłem podczas stosunku. „Pisiaczka i Zaguska palą w twojej pracowni. Takie zdenerwowane. Żadna nie wie, gdzie odfrunął Pelikan. Oszaleją z braku”, zaczęła dochodzić Ewunia. „Czy pociągam cię obrazami? Rzeźbami? To czym?”, pytałem aż do wstrząsów. Tyle co potrzepaliśmy, wbiegła nam do łóżka Pisiakowa. A za nią grzmotnęła Zaguska. „Pelikan przyjechał!” „Pelikan!”, tarzały się po naszych członkach. „Siedzi w nowym samochodzie na złość Waletom. Zaraz się pobiją”, chichrała  Pisiakowa. „Siedzi w dwóch autach. Jak on to zrobił, że jest podwójny?”, buchał z Zagusowej samogon. Wyrwałem się ze ścisku i wyciągnąłem Ewę. Po chwili coś trzasnęło pod blokiem. Z mieszkania Waletów wyleciał pierwszy żyrandol. Mogę pisać spokojnie. Wokół pełno postaci do moich książek. Tego to nie zabraknie. Nawet taki Walet może być na kartkach. On, najgłupszy z ginekologów. Ślina na dolnej wardze, a na górnej upławy. Od trzeciego samochodu dominuje nad Waletową. Zmniejszył jej szczękę jednym kopnięciem. Lecz ona też go skraca. Też ma sposób na związek partnerski. Ściska pijanemu jądra. „O tak, łydką i udem”, pokazuje giczoł z balkonu. Ale dzisiaj pokazała girę dla Pelikana. „Co tak siedzisz w tym mondeo pod moimi oknami?” Ewuś założyła papiloty i bach, bach głową wypchnęła z mieszkania biust Zagusowej i to nic Pisiaczki. Stanęły w progu i zaczęły o uciekającym Pelikanie. A ja stałem przed wanną. Kiedy spółdzielnia puści wodę?, zastanawiałem się wspólnie z bohaterami powieści. Postacie coraz bardziej prawdziwe. Takie jakie były na ulicy Mariackiej. Dobre i złe. Raptem zamiast strumienia  rzeka strachu. Muszę kiedyś umrzeć. Jak każdy. Już tyle lat  żyję i nic nie zrobiłem. To moje, dane, tak szybko się kurczy, skuliłem się w pustej wannie. Szara chmura podeszła pod szary blok. Zaczęło szaro padać.

Nabiegałem się dzisiaj po Katowicach. Och, jak się. Najpierw do „Gazety Wyborczej”. Marek Nycz rozchylił mi delikatnie płaty czołowe „można wpaść głębiej?” Po spotkaniu szybko na Mariacką, do sklepu ortopedycznego kupić dla pani Janiny materac antyodleżynowy. Ze sklepu do Radia. Króciutkie wejście na antenę z Maćkiem Szczawińskim. Jak zawsze „na żywo”. I jeszcze trochę w górę na Powstańców do Mariusza Morgi. Pogadać o promocji. Mariacka tuż, tuż. Składają wydrukowaną. Wszystko „w porządzielu”. Tylko znak pauzy za długi. Chciałem zmierzyć kreseczkę, a tu, nie mam torby z tekstami. Została w studio. No to znowu do Radia. A potem w dół, na dworzec. I znowuż do Radia,  bo nie wziąłem torby,  tylko parasol. Trzy. Te dwa lepsze to Szczawińskiego.

Zapomniałem, że dzisiaj otwarcie wystawy „Okręgowej. Mam tam kilka prac, a nie byłem na wernisażu. Dawniej żyłem taką wystawą przez kwartał. A dzisiaj zapomniałem. Wszystko przez NLP.

W drzwiach czekała na mnie sztaluga. Musiałem malować. Nawaliłem w ten obraz tyle obrazków, że nie mogłem go zdjąć z wodzidła. Za mądry. Stałem przy nim jak głupiec. Trzeba mi wyciąć kilka wirusów, powiedział komputer. Jak dobrze, że już nie rzeźbię. Chcesz ocaleć?, zapytał ojciec z Okna. To wymyśl wzór dla „...krzywych luster”. Dla krzywizn swoich bohaterów, żeby można ich było na prostą. Porachuj zmarłym cienie, a żywym światło. Długość, gęstość. W końcu zrób coś konkretnego w tej rozmazanej prozie. Coś!, przepuścił „ś” przez sztuczną szczenę urywając zaimkowi ogonek. Cieszą mnie takie myśli, niby ojca, a moje. Łatwiej powalczyć z tatuńciem niż z samym sobą. A jeszcze łatwiej z wirusem w komputerze. Właśnie wyciąłem pierwszego.

Wielkanoc z córką i żoną-nieżoną. Jajko podzielone na krzyż. Czwarta cząstka dla Palanta. Jaki on był dziś elegancki. Powieki wytarte ze śpiochów i włos wyczesany, a z zębów pachniało mu „Intuition”. Posadziłem go na kolanach, żeby dyszał do majonezów.  Po śniadanku panie oglądały prezenty, Palant wideo, a ja czytałem Herberta. Wznosi słowami wiersz. Wielką górę świateł. Kto teraz po nim? Kurylak? On też usypuje pagór energii. Prosto z kosmosu. Nie trzyma dupy w warsztacie.

Pod wieczór wróciłem do Ewy na wielkanocne „śniadanko”. Nie mogłem otworzyć  drzwi. Zwierzak zalał nam przedpokój, całą garderobę, a Pisiakowa poznosiła torby z plotami. Kiwały się w mokrym. Samej Pisiakowej nie było. Rozerwał jej gębę Walet. Za dużo powiedziała o ginekologach. „Wyrzucają z okien okna. Bo widzą w szybach nienarodzone.” Do północy wyżymałem z Ewunią odzież, a potem pisałem bez wykręcania. Co za kultura na biurku.  Eisen ustąpił miejsca Bierutowi. Oczywiście w piekle, a nie przed sklepem monopolowym. Tam zawsze był pierwszy, często w kalesonach. Nie miał czasu się ubrać, „a jak sprzedadzą Starowin?” Raz nie dostał, to przez tydzień przypiekał mnie pogrzebaczem. W plecy „tam gdzie wyrastają skrzydła”.  Czy mówić dalej o dziecięcych radościach? Wysyłać straszne po kraju? I po co kupowałem ten materac? Łuckosiowa już bardziej po Tamtej Stronie. Nie będą jej ruszać. Wszystko boli. Posłanie dostał Otrychów pies. Tak mu wygodnie na „antyodleżynowym”. Podszedłem do sztalug. Do czarnosrebrnego krzyżyka. Czy po śmierci będę oglądany w obrazach? Widziany w książkach? Czy też to wszystko umrze na jakimś śmietniku? Snujący się strach. Z płócien, z kartek, ze ściany i z otwartego okna. Zagęszczone lękiem powietrze przestało wchodzić do ust. „Nie można tu nawet oddychać”, jęczała Ewa w garderobie. „Znowu puścili to z huty. A ty do nich jeszcze nie napisałeś”, jęczała po wyjściu z wieszaków. „Tak mnie połamało od sprzątania w święta”, jęczała przy telefonie. Zatkałem uszy, zamknąłem oczy i przeniosłem się do Katowic. Na rynek. Posadziłem na ławkach postacie z Okna. „Mnie to połóż z panią Donajską”, zachrypiał Pućsamino. „Skoro już tu jesteśmy i są warunki”, zachłysnęła się słońcem ciotunia. Poczułem Ewy język na plecach. Obrysował łopatkę. Opuściły mnie obrazki z rynku. Nie zdążył Pućsamino z fujarą.

Dzień purpurowy. Przywieziono do „Książnicy” -- Mariackie. Prosto z drukarni. Tyle paczuszek. Z jednej czerwony płomyk, aura. Zadźwięczał mi w dłoniach niebieskim konturem. Kupiłem tort dla zespołu. Długa rozmowa z Mariuszem Morgą. Przeszedłem z nim na ty.

Po południu pisałem o kościele Mariackim. Wielki cios obłożony lustrami. Bryła zwierciadeł. W nich kawałek ulicy Warszawskiej, kawałek Damrota, a cała Mariacka w kruchcie. Potem tylko siedziałem -- taki radosny. Ewuś latała po mieszkaniu na moich skrzydłach robiąc serniczek i czytając fragmenty powieści. Przeczytawszy głośno o wuju H. Zapisał genetyce swój mózg. „Tam jest kamień filozoficzny”, zaczęła czytać coś po cichu. Mój życiorys. Co robiłem przed nią. Cóż, nigdy nie żałowałem penisa. Na szczęście o tym nie ma w biografii. Ewuś „po życiorysie” cicho, na palcach, wyszła z książką z mieszkania. Do? Siedziałem sam, nie sam, bo wśród dwudziestu Mariackich. Leżały na dywanie, na biurkach i krzesłach. A jedna stała na sztaludze. Moje myśli do drugiego człowieka. Co za cudowny podwieczorek. Coraz rzadziej boję się, że to wszystko,  to imaginacja. Ale jak już ten lęk wystąpi, to można zgłupieć. Nie wiem, gdzie jestem. W snach kogoś, czy w czyjejś chorobie? Nie potrzeba Zwierzaków z góry, ich wycia, tupania. Ani Pisiakowej, chwiejącej się ze szczęścia „odebrali mu prawo jazdy”. Ten lęk sam już wystarcza, żeby zwariować. Pogodzić się z żoną-nieżoną. Albo zerżnąć w windzie Zaguskę. Dawniej zdarzały mi się takie windy. Kiedy byłem rzeźbiarzem. Z oczu wiązki drutu, a z rozporka podbijak. Wreszcie przyszła Ewa. Ale z Pisiakową. „Mam nadzieję, że o mnie też napiszesz. I o Pelikanie. On jest naprawdę mądry. Zawsze ma pod pachami czosnek, żeby nie dostać kataru od Waleriankowskiego”, wdzięczyła się przed lustrem Pisiaczka. „Tylko nie pisz o Boniuszowej. To nieciekawa postać. Zresztą wiem od Pisiaka, że ona stąd ucieknie. Z Waletem do Kanady.” Znowu nie wiedziałem, czy te książki w pokoju są moimi książkami. Czy to ja napisałem Mariacką. Poruszyło się piekło. „Masz tyle słabych stron”, powiedział Eisengraeber. „Więcej niż cztery.” Przypomniałem sobie recenzję Leszka Szarugi. Jak nie mogłem uwierzyć w to, co napisał. Wówczas zaczął się ten lęk. Dziwne myśli. Czy to, co się dzieje wokół, jest prawdą? Pamiętam, jak nalałem do wanny zimną wodę i wskoczyłem do niej. Z myślami, w ubraniu i w okularach. Jak siedziałem w kłującej wodzie wystraszony do czarnej granicy. Dopiero Ewuś wsadziła mnie do łóżka z gorącą herbatą i esejami Wańka. Leżałem z Pitagorasem na trawie zapominając o niepokoju.

Niedziela dla pomylonych. Nie pojechałem do Katowic ani na Porąbkę. Ewa cały dzień wariowała. Przed tym egzaminem do „dwójki”. To dobre na scenę, a nie do dzienniczka. Jak pomóc kochanej w hysiu? Prędko ugotowałem dwie zupy, poznańską i śląską. Do wyboru. Ewa przestała na chwilę wariować i zjadła kartoflankę. Zjadła też wodzionkę z kartoflem. „Nie masz więcej ziemniaków?”,  położyła się do łóżka z Anatomopatologią. Kiedyś, w małżeństwie, stałem często przy garach. Lecz co to były  za czasy? Z niemrawą żoną w Układzie Warszawskim. Teraz mam pracowitego doktora, a nade mną Pakt. Kto tak rusza klamką? Chce mi przerwać pisanie? Oby nie Pisiakowa”, powiedziało mi się w złej chwili. Wpadła do nas ze świstem. „Walet wyrzucił z balkonu pięć żyrandoli. Bardzo ważny, bo odebrał dziecko z przedszkola i nie wyskrobał z ubranka. Pelikan też ważny. Twierdzi, że nie jest ptakiem i nie będzie fruwać za Waleriankowskim, za kimś, komu zabierają z żołądka dolary. A mój Pisiak to szuka mnie od rana po bloku. Pukał nawet do zepsutych wind. Świecił latarką do zsypu”, klepały w Pisiakowej klepadła. „Przeszkadzasz Ewie w nauce. Jutro ma egzamin”, wyprowadziłem z mieszkania język Pisiaczki. Reszta może siedzieć. Poszedł prędko do Zagusowej. Ruchliwy narząd osiedla.

Poniedziałek też dla wariatów, ale z dobrym końcem. „Nie pójdę na egzamin, o nie! Nie wyrzucisz mnie tym razem z mieszkania”, biegała Ewuś od szafy do szafy. Kilka lat temu, przed „jedynką”, też ją musiałem wypychać. Ale wtenczas miałem zdrowe siatkówki i wyniosłem kobietę do czterech taksówek, nie wiem, skąd wzięły się jeszcze trzy, taką piękną, w pięknej sukni, majtającą pięknie nogami.

Ewa zdała drugi stopień specjalizacji. Szliśmy szeroko ulicą. Gorzej w windzie, bardzo ciasno. Jechał z nami Zwierzak z wilczurem. Też podniecony, miał do wypicia litr. Dwa słoiki fioletu. Naraz odepchnął psa i przypadł do podłogi za rozbitą połówką. „Wymsknęła się” mu spod pachy, a on nie złapał koloru. Tylko bzdęk. Zaczął lizać przy butach. Pełny rozkład człowieka na zwierzę i zwierzę.

„Pamiętasz, co obiecywałam moim książeczkom?” zaszemrała Ewa w mieszkaniu. „Co  zrobię z pierdołami po egzaminach?” „Hy”, udałem, że pamiętam. „Nie wywalę ich jednak na śmietnik. Trzeba zrobić trójkę”, usiadła ciężko na piecu i zaczęła pod sobą gotować. Nie udusiła jednak pupuni, bo przyszła Zagusowa z Pisiakową. „Z miejscami.” „Skąd przyjechał Zagus i gdzie pomaszerował”. A ja wsunąłem się w świat Mariackiej. W Oknie nie ma już szyb. Można wylecieć na ulicę. Wyskoczyć za matką. Fruwać z jej pantoflem nad dachami Katowic. Pod powiekami całe miasto. Płynęła Rawa. Jeszcze była rzeką. Leciałem nad bulwarem. Radosny. Lecz Eisen zawiązał mi skrzydła i upadłem na chodnik, na krzesło między Pisiaczkę, Zaguskę. Stały przy biurku patrząc w „co napisane”. Któraś wylała mi herbatę na środek Katowic. Zaszczekał pod krzesłem diabeł. Ale powiedziałem tylko: „Macie drobne w głowie, a grube na palcach. To groźna różnica  dla waszych dzieci.” Niepotrzebnie się wysiliłem. Wyszły na nasz balkon z męskością Waleriankowskiego. „Zamiast kolczyka ma spiralę.” Daj im napęd zgięciem, dołączył do diabła Anioł. Wyciągnąłem nogę ponad kawalet. Trochę do sztuki.    

Dzień pomieszanych kolorów. W „Książnicy” podpisywanko Mariackich. Przez kilka godzin. Wydłużyłbym to do kilku dni. Jeszcze teraz strzyka mnie kciuk. Tak przyjemnie szarpie. Nie za bardzo jesteś zadowolony?, zapytała twarz z lustra.  Przestań tak, krzyknął za twarzą Anioł. Z twojej książki chcę się dowiedzieć czegoś więcej o drugim człowieku. Ujrzeć artystę. Jak tworzy, jak gada z własnym duchem. A kogo widzę? Jakiegoś kutafona w wielkim zadowoleniu. Tak mnie nazwał Niebieski. Jednak trochę przesadził, bo przestałem myśleć, może na kwadrans. Jakby mnie w ogóle nie było. A dopieroż wieczorem, potrzebuję to „ż”, zastanowiłem się nad słowami Anioła. Rzeczywiście, nic nie wynika z tej mojej radości. Nic a nic dla innych ludzi. Balon na igłach. A zagraża czemuś, co jest moim światłem. Prowadzi. Strzeż mnie Aniele od takiej uciechy, od pisania o niczym na poziomie niczego, prosiłem Stróża jadąc do Łuckosiowej.

Chora odzyskała przytomność i nie chce umierać. Nie chce. O Jezu, jak ona się męczy. Strach i ból. Muszę dla tego strachu znaleźć krzyk. Żebym mógł wyrazić, co ona... Ból wielki, owszem. Bardzo boli, ale jaki on mały przy tym czarnym lęku. Ogarniającym całość. „Niech mi Ewa pomoże, w szpitalu albo tutaj”, prosiła jak dziecko. Otrychowie są już bardzo zmęczeni. Stachu boi się o Marylę. „Lepiej, żeby matka już...”, powiedział tłumiąc dłonią westchnienie i słowa. Zawsze był dobrym zięciem. A i teraz pomaga, jak może. Lecz jest zbyt zdrowy, żeby To zrozumieć. Ten strach,  kiedy  otwiera się ziemia. Strach, czy otworzy się niebo.

Po przyjeździe do Ewusi mieszkania położyłem się spać, nie spać. Nawet nie postukałem w sufit Zwierzakom, żeby mniej hałasowali.  Na tym osiedlu nie ma prawa. Tu mógłby pomóc tylko Pućsamino ze swoją łopatą i jego baba z Hitlerem. A nie prokurator z Sosnowca. Tu trzeba dwoje wspaniałych z jednym mordercą. Nie mogę już tu. Naprawdę. Co wieczór czekam na noc. Na trochę spokoju. A nocy nie ma. Jeszcze głośniej. Przeważnie sypiamy w szafach.  Śni mi się często „Spółdzielnia  Mieszkaniowa”. Tyle nagich urzędniczek. Biją mnie po głowie piersiami i przeciągają w kroku.    

15 kwietnia, czwartek. Mariacka w księgarni na Dworcowej. Rozchyliłem kartki z miłością. Mariacka w innych księgarniach. Nie jestem już taki, jak byłem. Nie oglądam się  za kobietami. Niech one patrzą. Znowu zaczynasz być ważny? Znowu?, zaatakowało mnie na Warszawskiej niebieskie. Kopnąłem się prędko w tył głowy i poleciałem na Dąbrówkę, do syna. Dać mu Mariacką. Co on czuje widząc swoje imię, nazwisko w księgarniach? Swoje, a nie jego. Zawsze  chciał być lepszy od ojca. Dołożyć mi w pięty. Zaczął od szachów. Zapisał się do klubu, żeby mi przywalać. No to ja zapisałem się do drugiego.

Od Jacka pojechałem do An. Może ją zastanę? Może nie poszła jeszcze do „Śruby”, bo kłóci się z matką albo z Palantem. Tak bardzo pragnę, żeby wreszcie zaczęła się uczyć albo pracować. Żeby się nie zaćpała, nie skurwiła. Jest moim skarbem. Pies też nie cierpi „śrubowców”. Śmierdzą mu gorzej niż „Intuition”. Zobaczyłem córkę na parapecie z małą sztalugą, pędzlami. Siedząc okrakiem malowała kościół Mariacki. Od szczytu wieży, od krzyża spływał kolorowy tusz. W szkarłatnych pasmach czarni ludzie. Wspinali się z ulicy na kościół. Bliżej Boga. „Nie mam na piwo”, warknęła zamiast „dzień dobry”. Też nie mam, złapał Palant moje myśli i połknął jak muchę. Ale ona nie wie, że jesteś bez kasy. Pan literat. Sądzi, że masz teraz pancerną. Dla An, na budkę piwa, zachłeptał nad suchą miseczką. To nie pies, to medium. Żeby tylko nie wyszczekał, co w głowie żony-nieżony. Ania zeszła z parapetu i usiadła, położyła się na czerwonej kanapie. Pilot włączył pudło – Oświęcim. Straszny obóz. Był propagandowym cmentarzem. Miejsce śmierci milionów. A okazało się, że nie tylu zamordowano. Milion!? Tylko jeden? Teraz cyrk smutny. Żonglują symbolami drobne grupy błaznów. Ich krzyże i gwiazdy do pieca.

W domu zasnąłem pod dywanem. Trochę ciszej. Wołało mnie wprawdzie biurko i wzywała sztaluga, a zza sztalugi kawalet. Lecz jakoś hrr. Dopiero jak Zwierzak tłukł Zwierzakową, to wstałem i zacząłem pisać. Nienawidzę nienawiści, a strzelam z korkowca do Eisengraebera.    

Nowy dzień zaszedł mnie z boku. Przy polowej sztaludze. Rozjechały się jej nogi do słońca. Przykleił się obraz do twarzy, do okularów. Dobrze, że maluję teraz polimerami, a nie olejem. Co mnie podkusiło, żeby wyciągnąć z szafy „polówkę”? Nie mogłem na pokojowej?, szorowałem pyszczysko. Dla Radia Katowice.

Męski tercet przed mikrofonem: Szczawiński, Morga, no i ja. Było przesympatycznie. Oni mówili o mnie, a ja o sobie. Nie można milej.

Mariacka chyba w każdej księgarni. Gdzie wejdę, moja powieść. Jest też w wielu witrynach. Stoi wśród leżących. Móżdżek dostał w pień, a mózg w koronę. Dobrze, że mam Anioła. Tyle piór na biurku. Tyle niebieskiego. Nie pozwala, żebym był zadowolony. Zaraz widać, że chrześcijanin. Nie wolno mi też pisać po wierzchu. Stać pod lekką ścianką. Głębiej!, wbija mnie w ciężki mur. Wpycha ciało w duszę. Wal tam zaraz do środka. Wykrusz swoje z zębów świata. Z tych kamieni kamyk.  

Kiedy wróciłem do Ewy mieszkanka, rzuciłem się z flamastrem na dziesięć ścian. Reszta to drzwi, i pisałem list do Pana Boga. „Dziękuję, dziękuję...” Przeszkodził mi w stokrotnej podzięce jakiś cukrzyk, pukając do drzwi, żebym go ratował. Przesadził z insuliną. Dałem mu kawałek ciasta. Zjadł i wyszedł bardzo zawiedziony. Był to Walet w przebraniu. Chciał zobaczyć, jak się traktuje pacjentów. On ma tylko pacjentki. Coraz mniej. Boją się otwartych okien i zamkniętych drzwi. Tego sam na sam z ginekologiem. Na krześle, po przebierańcu, leżały w myślach zabite dzieci. Sam się kiedyś zgodziłem na dwa morderstwa. Wówczas nie był to grzech. Tylko kłopot. „Jesteś w ciąży? Ze mną? Z mężem swojej przyjaciółki. Tośmy przesadzili w uczuciu. I co teraz? Poprosimy ją na chrzestną?”, mamrotałem zdanka sprzed lat.

Dobrze, że przyjechali Nymankowie z miotełką do odgarniania wspomnień. Nymankowa jest ładna i ładnie siedzi. Zaplata nogi w warkoczyk. Nie jak Pisiakowa czy Zagusowa, którym widać „kuciapstwa”. Nymanek też ładny. Przeczytał wszystko, co napisałem. „Ile mogę dowalić złemu? Postaciom z moich książek? Przecież są z ludzi. Często z żywych. Zobaczą oni swoją podłość w literach. Siebie”, wałkowałem z Nymankami 179 artykuł.  A dołóż im, kurwa, powiedziało prawidło. Jak najmocniej. Byle bez „kurwy”, w interesie społecznym.

 

 [ czytaj dalej --> ]