PRÓBA OPISANIA SIEBIE
Fragmenty pisanej książki "O bytach" publikowany w Toposie" oraz w „sZAFIe".
 

Ja, a początek świata. 

Z wierzchołka ognia człowiek –­ ja. Kosmos w kosmosie. Blask, ciemność. Mój cień lżejszy od światła. Szuka mózgu, aby zamieszkać w białej istocie. Wieży tchnień. Obraca głębię istoty horyzontem kosmosu.

Prapoczątek szczytem. Model wczesnej Ziemi.

Szepty z pierwszych planet. Nadchodzi słowo.

W skroniach huk. Wiersz mój starszy ode mnie. Może to prezent od samego Boga z gwiazdą moich urodzin? Albo dar mieszkańców M42 wyjęty z błysku M45 świeci tak tutaj w Gople, do namalowania, wyrzeźbienia?

Las płynie w jezioro. Las w las. Odpływ księżyca do Początku z dna ciężaru. Do miejsca w którym cud zaistniał. Powstał siłą Boga. Z różnych ogni boski płomień.

Wmieszał cienie w światło.

Piję moc z wodnego pręta, ciemność w trzcinach. Myślę o Początku świata. Noc nad Gopłem. Płomień ogniska podpalił skupienie. Jestem sam. Tylko woda z lasem.

Pocałowałem dłoń brzasku.  Pomysł powieści.

Początek pisania, a może koniec? Śmierć?

 

 

 

Ja, a przestrzeń. 

Od środka oka panorama. Wszechświat. Zbiór boskich przestrzeni, ruch mas, wnętrz wypukłych. Znowu muszę zachwycać się Bogiem. Chcę Tego.

Jego.

Znowuż nasiąkam krwią Pana. Z kropli niebieskich ludzie, drzewa, łąka w niebie, niebo w stawie. Na wyżynach z chmur spacerują Anioły.

Wszechobecne piękno.  Muszę to opisać. Z pióra ścieżka światła. Pisarz w skrzydłach bocianich, bocianów z Jutrosina otworzy dobry pejzaż. Wielość barw, muzyki. Słyszę już łopot skrzydeł.

Rozumiem słońce nad Jutrosinem, w Orli, ziemię wokół. Przyspiesza. Nagle wybuch mózgu otworzył skroń. Porastam lasem Szymonek. Cicho. Widzę koronę sosny. Czuję w kościach źródło Orli, rzeki Ojca mego. Bije ten kryształ. Lustro Durskich. Lustra luster. Mam takie nad biurkiem, na biurku. Mam je zamiast kartek. Mam do pisania o prawdzie. O mojej prawdzie. O prawdzie bohaterów moich książek.

Płynę pod trawą Jutrosina. Tam przestrzeń dobrych zmarłych: stryja, dziadów, pra. Jasno w ciemnościach, szeroko w ciasnym. Rozmowy czaszek. Rozmowy kamieni. Tych jutrosińskich i tych w Katowicach na ulicy Mariackiej, w mojej pracowni. Zostały na kawalerach. Czekają na rzeźbiarza, który zaczął pisać. Taki wygodny. Płynę w ziemi pod Jutrosinem. Nade mną cień kasztanowca.  Czuję jak owoc pęka biało, w dłoni wiatru, brąz okrywy, kolce Veronesa. Rozumiem przyrodę, ale nie pojmuję wielu ludzi. Morderców, zabójców. Nie, ich nie rozumiem.

Dni spadają ciemno.

W garści biedronka, świat biedronki, Rozwieram szerzej palce. Leć z moim światem do Boga. Dla Boga. Leć w kosmos za horyzontem, i dalej – w Niewidzialne. I dalej – w Tajemnicę.

Jedność przestrzeni, jej kołysanie. Stopy Pana na biegunach Wszechświata. Zwykle Pan Bóg lekko huśta, czule. Lecz czasem, za bardzo. Jakby czymś się niecierpliwił. Lecą bomby głębinowe. Dzieci giną w jamach wojen. Pragnę usłyszeć myśli Pana. Dlaczego?

Nieskończenie wiele  przestrzeni.. Wymiary w wymiarach. Zmieniłem w śnieniu linię świata. Za horyzontem kosmosu otwiera się wysoko Gwiazda zielona. Rzeźba mojej duszy. Las nie-las. Zaglądam w otwartą kulę. Kilka lat zapachów świetlnych w ułamku chwili. Krąży w Gwieździe, we mnie nowa planeta, nowa Ziemia. Przestrzeń innej geometrii. Wymyślę z niej piękny chaos i zapanuję nad chaosem. „Namaluj te nowości na ścianach pokoju”, powiedział do siebie Jacek Durski. „Może zwariujesz? Zamiast nerwicy psychoza. Zobaczysz z Katowic zerwaną obręcz Ziemi. Śmietnisko. Nasz hasiok. Nasze hasie. Jak błyszczy księżyc ciężko metalem.” 

Przenoszę się do M45, uchylonej kuli. Wirują koła. Przyspieszam pierwszy krąg. Skronie rozbite szeroko. Ulewa  jąder, elektronów. Omega, gęstość świata. Dotknę Gwiazdę asymetrią. Znikną kości moje. Zniknie ziemska przestrzeń. Zniknie stary kosmos. Ani światła, ani cienia. Nikt nikogo nie widzi. Dotyk tylko. Lękam się czerni zupełnej.

Znalazłem za Orionis przestrzenie z nie-materii. Nie wiem z czego. Czysto abstrakcyjne. Najlepsze dla malarza. Powrót z obrazami do ziemskiego pejzażu. Do Ziemi, której nie ma. Do sztalug, których nie ma. Do biurek obu, których nie ma. Bóg przy nowych meblach pracy.. Zesłał robotę ukochaną. Piję metr sześcienny nieba z trawą Szymonek. Daj jeszcze pożyć malarzowi, pisarzowi. Zrobić coś dobrego.

Ale nie tutaj, nie w tej przestrzeni. Gdzie krążyła stara Ziemia. Nie chce nas. Nie chce ludzi-niszczycieli. Kosmos dzielić będą. Nawet ten Niewidzialny. Co z nas za rasa? Jestem w czarnym. Na szczęście Jasność z Boga. Nie boję się teraz ciemnicy, nie lękam w niebie przepaści. Przyjazna nieskończoność.

 

 

 

Ja, a czas. 

Zaistniałem w fantazjach. Zapachem świateł kilku galaktyk. W bezczasie, niezależny od zegara, tego śmiecia. Naprodukowali metalu. Nie zgadzam się z dniem i z nocą. Lepiej podróżować z obrotem Ziemi. Siwy gołąb. Perspektywa dziobie horyzont. Spija. Coraz więcej widać – Tam.

Zapadł się wiersz nie podparty jutrem. Bóg skrócił czas i wydłużył przestrzeń. W czarnych rękawach nieskończoność.

„Na początku nie było przestrzeni, tego wymiarowego cudu. Czas też był inny. Bez przeszłości’, mówi Anioł stojąc na rusztowaniu ze współrzędnych czasowych. Gada wysoko przez wygasły kwadrans. Nad studnią czasu. W studni zbiór chwil. Z wielkościami przyrody. W kroplach nasz świat – odjemny.

Znikają lata. Idę w kierunku, którego nie poznam. Moje ciało z piasku, śniegu. Czas w płatkach, w ziarnkach. Potem wiekuistość.

 Muszę znizać dni najlepsze w Czas nieprzerwany, chwilę. Czas, w którym miłość nasza, bez umysłowych aktów. Światło w kroplach. Zatrzymać ten czas, który pobiegł przed siebie. Zmienia przyrodę, barwy Ziemi, wielkości kosmosu. Mój Czas oszalał, gna kołem w zegarze. Błąd w przestrzeniach kosmosu może zmienić wielkości świata w czasie przyszłym. Nagle zmienić.

Bóg przez moment w czasie mniejszym. W zbiorach Ziemian. Wskazówki zegara zacierają czas wczorajszy, przedwczorajszy.

Dość dyskusji o sprzecznościach czasu, tego pieprzenia przez stulecia. Żadnej przeszłości! Żadnej asymetrii! Dość rozważań filozofów o czasie większym. Moje pisanie w czasie przyszłym. Utrwalam werniksem pikturalne wiersze. Prozę, dramat, gęsto, gęsto. Czy Bóg da, że będzie to zauważone? Że zostanie w literaturze na zawsze, czyli na sto lat? Zanurzyłem dłoń w literach, w zdaniach. W garści siła wiru. Opuszki walką starte. Walka. Nasiąkamy fetorem krwi, od urodzenia. Z palców moich, z palców waszych wielki smród. My z planety wojen. Walka.

Przytnę paznokcie drapieżcom.

Chciałbym zaistnieć bez teraźniejszości. W granicach mojego umysłu. Z zapachem świateł kosmosu. Kształtem ducha w Aniele, w białej kuli. A nie krwią zmagania. Przez tę woń nie ubiorą mnie w atłas.

Przeceniałem kiedyś wskaźniki astronomiczne. Jak mój ojciec obliczałem przestrzenie kosmosu. I to w czasie przeszłym, czasie mniejszym. Pomyliłem wartości tablic astronomicznych. Źle obliczałem przestrzenie czasu przeszłego. Powinienem odejść po północy.

Koło Czasu gna w zegarze, koło roweru kukułkowe. Szprychy obraz zacierają, wczorajszy. Trochę rozpaczy przed północą.

 

 

 

Ja, a ogień, woda. 

Z biurka mały płomyk. Zakrzepł na blacie. Powieść nisko napisana. Sadzą. Zwiera serce. Nie czuję w sobie ognia. Wór z kawałkami lodu. Grzeję zimno myśląc... Wreszcie żar w kryształach. Wybucha. Woda z ogniem. Zeszły się żywioły. Z rąk lawa. Pali miasto. Z palców ulice płomieni. Nie ma już Katowic. W śnieniu pagór czarnej mgły.

Woda wrząca dookoła. Ubijam ogień z wodą. Atomy pełne metafor. Zamienię na wiatr. W ścianach wiatru płonący człowiek. To...? Tak, to ja. Widok pochodni z własnych piersi, własnych ramion wznieca uniesienie. W czarnym stoku góry ciemnej czerwony schód. Czarna mgła, purpurowa. Zakryła niebo. Z gór stopnie. Kosmos schodzi, Bóg zstępuje. Jego dłoń grą świateł na poręczy diamentowej. Wiązka iskier. W każdym kolorze barwa ognia. Wreszcie porozmawiam z Bogiem. Poleję słowa własną krwią.

Ziemia obraca się coraz szybciej. Anioły, diabły wokół.  Ich nienawiść w moim lustrze z podświetlonych aur. Mnóstwo przyłożeń koloru. Tańczą na śmierć i życie. Błękit czerń przenika. Pożary na ziemi i w powietrzu. Ja na schodach kosmosu. Piję z kubka płomienie. Ogień w moich ustach, zdaniach.

„To szaleństwo co teraz piszesz” powiedział Krzysztof Kuczkowski.

Nie ma dla mnie ratunku. Dopala się niebo. Piekło już zgorzało.

Nagle ozwał się cień stryja. Zaświecił zmarły gwiazdą. Blask w czole. Dom z kartek w płomieniach. Nad ogniem ogień. Nie mam sufitu w pracowni, tylko łuna ze słów moich. Krwawi tak wysoko. Spadają na biurko zaschnięte krople. Pukają w blat jakby zmarły szukał bratanka.

„Nie lękaj się Jacku kosmosu. Ciemnej mocy. Odrzuć powłoki gwiazd. Kryształ gwiazdowy. Nie lękaj się Ziemi, życia tutaj okrutnego. Otwórz ogień, pamięć wody…” mówił stryj Jan. „Co to za las bez spalonych saren?  Co to za Ziemia bez zabitych ludzi? Bez płaczu rodzin? Człowiek w śmierci jest i będzie. Śmierć z jego dzwonów. Z dzwonków tylko nędzna śmiertka. Nikt jej nie wspomni po latach, jakiejś tam śmierci bez krzyku wojny…” mówił Jan z Jutrosina 

Wędruje mój los w kosmosie, przez ogień. Z wody Orli, gdzie duch ojca mego. Pójdzie do gwiazd M45 i dalej po galaktykach rozproszonych, aż w Niewidzialne. Po drodze osobliwe przejścia. Można nimi w kilka minut od gwiazdy do gwiazdy. Błyski, błyski w lustrach. Rozpal mi Panie oczy, skronie. Zapal oddech, krzyk, a potem zgaś.

 Nie będzie planety.

 W moim mózgu błękitny płomyk. Rozprosz go Boże we Wszechświecie. Płomyk mały, ale błękit piękny.      

 Osadzam w czytającym lustro ognia, lustro wody. Widzisz go? Nie lękaj się metafor. Mój Anioł tonie w ogniu. Pęka iskra w piórach.

 Płynie w pościeli trup malarza. Twarz sino zarybiona. Chłód w pokoju. Nie mam pościeli z płomieniami. Skóra z żeber przykryciem.

 

 

 

Ja, a strach. 

Krzyk narodzin, śmierci.

Obok krzyków – monstrum strachu. Cicho stąpa. Mota ciało czarną wstęgą. Otamowane struny krzyku. Wiąże ciasno żywego. Potworność czarnych szarf. Cieni gęstych.  Moja głowa uwięziona, oszalała, lękiem, strachem. Rzeźba grozy. Wgniecione skronie. Cienki brąz. Pękają. Trzask wzbudza zmarłych o północy. Świeci w lustrze ojca trup. Świeci głośno, szuka matki. Za nim stryj i inne zjawy. Z opowieściami o życiu Tam. Nie chcę Tego wiedzieć. Nie rozumieją, że nie chcę. Opowieści twoje stryju wieżą głów przeźroczystych . Żarzą się tysiącami oczu. Ludzi nie-ludzi. Modlitwy, przekleństwa. I inne wieże z torsów samych wypełnione sadzą.

W głowie lęk paniczny, tylko lęk. Śmierć między palcami. Weszła jednak w lustro, w zmarłych tłum.. Nie zabrała. Przed lustrami widma książek – nie napisanych. Wnętrzność wierszy wypłynęła. Zszywam czoło drzazgą z blatu. Dziergam krzykiem wargę z wargą.

Spowiedź przy biurku, na szczycie mebla.. Myśli w gęstym skupieniu. Rozproszył je krzyk nienarodzonego. Krzyk. Krzyk. Telefony płodu. Lęk w jelitach, wspomnienie zbrodni. .

„Nie bój się o teksty swoje”, pociesza Anioł. >Dobrzy ludzie je wydadzą. Twoją koronę z papieru.”

„Bądź mężczyzną, synem moim”, mówi ojciec z wklęsłego zwierciadła. „Walcz ze strachem, ze złem”, świeci szablą spod Ossowa. Brzeszczot ze słońcem. Rży kary rotmistrza. Podcieram czarnego czarną wstęgą. Całuję smoka w śledzionę. Dotykam podków gładkich, od krwi wroga. „Krzycz w szarfach <Durski jestem>, krzycz daleko”, woła ojciec klingą. „Krzycz o Ojczyźnie jak najdalej. Jak mąż pierwszy. Niech wędruje twój krzyk po Polsce. Niech opływa Ziemię, falą, falą, tą dziewiątą, najwyższą. Niebezpieczna dla serca twojego. Ale krzycz najgłośniej, a jeśli trzeba, to umieraj. Za naród. Śmierć zawsze lepsza od strachu, od bycia tchórzem. Od byle istnienia niby-mężczyzn. Zerwij czarną kokardę z ust, czarne szarfy z nadgarstków, z kostek nóg. Biegnij wolny w gwiazdach.

Dalej ten strach. Chociaż pięść błękitna. Z krwią szlachetną. Z kłykci, z kłęba uderzy czarno. A w głowie hełm zielony. Z mózgu, spod hełmu snuje się zieloność. Materia duchem! Tutaj koniec. Nie potrzebuję już Anioła. „Nie musisz już czuwać, dzień i noc.”

Był dobrym stróżem.

Coraz bliżej chodnik bez dna. Poszerza się szybko. Spadam z dachu pracowni. Z piersi płuca płyną. W rozdarciu powiek czyjeś okna. Maleje przekaz energii. Powłoki mózgu coraz twardsze. Bez nitek szeptu. Można dzień do snu położyć. Jak wiersz trudny. Na chodniku kupa mięsa. Nie strasz dzieci. Wstręt do życia. Rozwiali się ludzie na Mariackiej. Tylko gołębie w dymach..

„Dzisiaj Bóg zwątpienia”, mówi Anioł z iskier.  „Za dużo morderstw, samobójstw. I jeszcze wojny religijne. To bezczelność wobec Boga. W Panu lęk wielki. Jego ludzie zwariowali. Wyje śmierć. A był Bóg szczęśliwy, zaraz po stworzeniu świata. Radosny, że dał ludziom rozum, aby służył Dobru. Przelewa się strach w Boga sercu. Strach. Przypływ nieskończony. Odpływ. Niegasnąca fala lęków. Z oczu Pana krople soli. „Muszę tu zostać”, słyszę Boga, Jedynego.