OKNO
fragment pisanej powieści.
 

Ruszył spod kościoła karawan z żałobnikami. Wszystko czarne — konie, pojazd, ludzie. Tylko ja na biało. Wyróżniam się ostro na ulicy Francuskiej. Idę pod górę z bieluchnym wstydem. Wznosi się ulica wyżej i wyżej. Wysoko biały chłopczyk. A za nim czerń.

Ojciec z matką. Ona z woalkami na twarzy. Nie widać oblicza. Za to piersi, biodra gęste ozdoby w dzierganej jedwabiem sukni. Ojciec z twarzą otwartą. Prawdziwe oczy, smutne kule. Pierś szeroka, tylko niżej brzydko. Brzuch z brzuchem. Przytroczył je szelkami.

Obok rodziców wuj Wicek. To przy siostrze, to przy szwagrze. Tańczy im po obcasach fokstrota. – Przeszkadzasz mi znowu – zasyczało z woalki.

W drugim rzędzie ciotka Hela. Wiem, że to ona, ale nie widzę robotnicy. Zakryta kokoroko. Czarną paprocią z baśniowym kwiatem. – Chodź tutaj – wciągnęła wuja pod kapelusz.

– Jacuś patrzy! – wyrwał się z kwiatu paproci. Ucho zalepione szminką, oko. Wiśniowa strzała od skroni do ust.

– A może Lepsza obserwuje!? – wzięła go ciotka za krawat.

– Dość mam ciebie i papug – rozwiązał Wicek węzeł i rzucił się do tyłu. Na zakonnicę Benignę. – Pozwoli siostra, że z siostrą?

Granatowy habit faluje. Nad granatem fałdy śpiewu. Wzdyma się czarno „zabić ruskich”. Cień wygiął twarz Beni. Spogląda na most żelazny. Jedzie po nim pociąg. Pędzi po dachach Mariackiej. Patrzy Benigna na postrzępione kominy, na gęsto ułożony dym, z którego Bóg… Idzie zakonnica pod górę z granatowym śpiewnikiem.

Tuż za pieśniami Mendlewscy. Małżeństwo, zawsze razem w teatralnych pozach. Dobrze im w roli głupców. Wypatrują „kto złamie nogę?” Na tej jezdni wspinającej się wzdłuż szarych kamienic do parku leśnego, do lasu Muchowca na szczycie Katowic. „Kogo wyrwać z asfaltu?”, z dziur czarnych, szczelin po ostatnich tąpnięciach. „Co za pogrzeb. Nikt jeszcze się nie upadł”, rozmawiają rękami.

– Musimy ratować innych, pomagać bliźnim. To jakiś mus pospieszania. Natręctwo po okupacji – przyznają się panu Karze. – Potrzebujemy też świadków naszej pomocy. Mogą być Jehowy – zgarnęli z chodnika pana sklepowego.

– Nie pójdę za takim krzyżem – opierał się głowami cukru, soli. Protestował tak przez sto kroków. Buch, przewrócili go wreszcie Mendlewscy i podnieśli z czułością. – Proszę mnie nie przewracać tak blisko studzienki. Powąchałem miasto od spodu. Fuj – otrzepał się ze słodkiego, słonego.

– Nie przyłoży im pan? – obtańczył badacza Pisma wuj Wicek. – Nawet tytką herbaty? – pląsa coraz bliżej naszych służących. Jest już pod rękę z Lepszą. Prowadzi tangiem w pochodzie. Lepsza jak jaśnie pani. Też cała w koronkach. Nie ustąpi ciałem z pola. Nawet dyrektorowej. Kroczy przy panu Wincentym, aktorze! Na czarnych szpilach. Z czarną klamrą w talii, z czarnymi wstążkami w płonącym warkoczu. Odepchnęła siostrę, żeby lepiej stąpać.

– Odtocz się z tym fotelem, fizyczna. Chcesz mi rozerwać koronki? – powiesiła na fotelu paltocik. Została w sukni.

– Jak w bieliźnie – zauważył Lepszą sklepowy. Potknął się w chwili widzenia. Pomylił jezdnię z chodnikiem.

– Pomożemy – pomogli mu upaść Mendlewscy.

– To pogrzeb! – zawołała ciotka z drugiego szeregu.

– Ciszej! – przesłał wuj ciotce kopniaka. Po czym zagrał „tył Heli”. Wypinał ostro zad i cofał powoli podśpiewując do szyi Lepszej. Rozbawiło to Gorszą, zezłościło. Naprężyły się mocne mięsnie i puściły. Co za pierd.

– Zanieś to pani Heli – dźgnęła Lepsza Gorszą tym ślicznym łokietkiem. – Zanieś zazdrośnicy. Niech zamknie gębę pod kokoroko. Zwinie ozór pod kikiriki. Pupsnij raz jeszcze w dziwadło – stuknęła siostrę piąsteczką.

– Znów mnie popchnęłaś tak nieprzyjemnie – postawiła Gorsza fotel. – Znów! – usadziła w fotelu wuja Wicka. – Patrz pan! doskoczyła do Lepszej. Kadłub do talii, cyce do piersiątek — i prawą jak bochen. Poprawiła bochenkiem.

– A – wypadła piękność z konduktu i leży na brukowcach. Rozdaje nogi ulicy. Przestał demonstrować wuj Wicek. Zatrzymał zad „ciotki”. Nie dosunął do końca. Bardzo wystraszony, bez piosenki, oglądając się na Gorszą z fotelem, podszedł na palcach do leżącej…

– Odwróć się Zocha. Wicek żre Lepszą! Nie będziesz miała służącej – wyskoczyła przed matkę ciotka Hela. – Twój brat żre podczas pogrzebu! – wymachiwała rękami.

 – Mój brat nigdy nie był ziemianinem. Tylko artystą. Nie mogę od niego wymagać zbyt wiele. Od ciebie też. Ale jestem wyrozumiała dla prostaków, którzy wynieśli mnie z palącego schronu – odesłała matka kuzynkę do drugiego szeregu.

- Nie musicie pomagać panu Wicusiowi. Sam poniesie Lepszą i zaprowadzi do domu – zawrócił Mendlewskich pan Kara. – No to co, że Lepsza dalej na jezdni? Tak szeroko – zawracał parasolem. – Koń by się otworzył po takim dyszlu – dodał niepotrzebnie o koniu i zakasłał do parasola.

Stanąłem na moment, cały wykręcony, aby zobaczyć to co wuj. Wpadli na mnie rodzice. Też gdzieś zapatrzeni. W dym? Może przybrał kształt babci? Matka uniosła woalkę i tak na mnie spojrzała, że wszedłem w zakonnicę. Biel w granacie.

 – To pogrzeb! – zawołała Benia jak ciotka. Wepchnęła mnie w prezencję Cieszkowskiej. Pod czarnym płaszczem jaskrawa suknia. Pod jaskrawością pachnąca skała. Zwaliłem tam głowę, kadłub i myśli o panu Karze: Nie jest gruźlik cięższy ode mnie. W garniturku kilka kości. Postukują suche. Na podpałkę dla Gorszej – pchałem łeb w twardość nieznaną.

– Ale ty jesteś silny – zdziwiła się pani Halina. Przewrócisz mnie – pogłaskała delikatnie po włosach. Spojrzałem w górę z wdzięcznością. Z biustu na maskę aktorki. Na uśmiech pod maską. Oprócz Iruchny, nikt nie dotykał tak czule. Gdzie teraz jesteś Irko? W jakiej bajce?

– Nazywam się Broyowa. Byłam właścicielką kamienicy, w której teraz mieszkają Durscy – przedstawiła się pani Cieszkowskiej przybrana żabotem staruszka. Cała w żabotkach z perłami. Płaszcz, torebka, kapelusz. Nawet guziki przy misternie rzeźbionej lasce. Widziałem już tę twarz, tę nienawiść  patrzącą zza szyb na mój trójkołowy rowerek. – Byłam, bo od miesiąca właścicielem kamienicy – szeptały zmarszczki – jest urząd Katowic, „Możesz wyjechać do Faterlandu ale bez niczego. Pozwalamy”, poklepali mnie po brzuchu jak prostytutkę Frydę. A kiedy poszłam ze skargą drzwi obok, to jakiś pułkownik kazał mi się rozebrać, zupełnie, i tak odmaszerować do tamtego pokoju. Nago. Nawet Hans mnie tak nigdy nie widział. Żyliśmy ze sobą w nocnych koszulach a niekiedy to nawet w szlafrokach. „Teraz możesz wyjechać, heil, pożegnali mnie pozdrowieniem.” Biegłam z urzędu do dorożki, całkiem goła, przez pół ulicy. A tydzień temu przyszli do mnie z wilczurem. „Pozwalamy ci starucho wyjechać, a ty nie chcesz. Żal ci tych mebli? Tej kanapy?”, „Zgnijesz na niej czekając na męża z Wermachtu”. Utopił się w ludowej kopalni, miesiąc temu.” – Wypili moją ratafię i poszli. I nie wiem teraz, czy Hans nie żyje, czy oni tylko tak…

 – Nam też zabrano kamienice. Albo zburzono. Też straciliśmy bliskich. Rozumiem pani ból, poniżenie, ale trudno mi współczuć. Nasz naród jeszcze osiem lat temu był wolny. A teraz pod okupacją sowiecką, po okupacji niemieckiej – mówiła coraz ostrzej Cieszkowska. – Nie wbije nam pani poczucia winy, na pewno nie – odsunęła Broyową na właściwą odległość.

– Raus! – odepchnęła ją jeszcze dalej kolejarzowa. Jak zwykle pijana. Potrzebuje sporo miejsca aby iść. Stopy miękkie, ale z zębów siła. Gardłuje o swoim mężu, kolejarzu. – On już nie może. Nic. Za dużo chleje w parowozowniach. Za to ten może – pokazała chorągiewką sygnalizacyjną pana fotografa. – Może, ale nie sprosta pociągowej…

Zaśpiewała głośniej Benigna. Na cały głos. Lamentację pogrzebową. Wycie wilka, łkanie psa. Poświęca płuca dla zmarłej. Płacz-śpiew zagłuszył wszystko. Nawet dzwony. Teraz tylko widać. Fotograf wycofał się za Człowieka z Oświęcimia i drobi drobny za wielką maszkarą.

– Nie ma mnie tutaj. Jestem w ciemni – macha zdjęciem kolejarzowej.

Z Muchowca wybiło  słońce, rozlało się w czarnej chmurze brudnym rozjaśnieniem. Wycinam to ciepło powieką. Kształt poduszki. Położę na grób.  Myśli Człowieka z Oświęcimia też z dymu. Chce wyglądać tak jak przed wojną, obozem. Zwyczajnie. Jak przed eksperymentem na jego ciele. Krzyczy „jak” korzystając z wycia Benigny. Otworzył twarz maszkarona. Rozpiął głowę szeroko. Pokazał mózg po eksperymencie, po obrazowaniu w kilku kolorach.

– Za cieniem Człowieka — Poćsamy. Dozorca Poćsamino ze swoją babą Pućsamtu. W garniturach wuja Wicka. Kuśtykają równo. Poćsamtu kuśtyka dla Poćsamino. Sama rusza się szybciej. Z miotłą, na miotle. Pędzi nad chodnikiem naszej ulicy, nie wysoko, metr, półtora, przeganiając prostytutki na Tylną Mariacką.

 – Nawet Poćsamino się nie wywali – spogląda z niedowierzaniem Mendlewski.

 – Chyba raz jeszcze przewrócimy sklepowegozaciera ręce Mendlewska. – Wrzućmy go do grobu i wyciągnijmy. Na oczach dyrektorowej – poleruje dłonie.

 Za Poćsamami ich kundel — Poć. Bez nogi jak jego pan. W pysku parasol pana Kary. Nie odda rysownikowi. Pogryzł parasol na parasolkę. Z czarnego szara. Pomamłał dla tej suki pana fryzjera. Pięknej kundlicy z czterema łapami. Pies Pućsamino zamyka kondukt dziewiętnastu – najbliższych babci Salomei. Dalej tłum pracowników ojca: cała fabryczka akumulatorów, z Katowic, i trochę Instytutu z Warszawy.

 Prowadzi pochód elektromonter Leżanko, chłop z Bystrej, chłoporobotnik. Niesie zmarłej akumulator. Wylał kwas, wyjął elektrody, wypełnił puste górską wodą, świętą wodą z Klimczoka, trzy łyżki drewniane, zwykłą wodą z Białki, też trzy łyżki, i spirytusem, ile się wlało. Zamoczył w tym, pięć liści Miodunki, sercowatej, spod płotu. Dźwiga nalewkę dla mojej babci, żeby tam nie kaszlała. Popija, co i raz, z akumulatora.

 – Weszły już konie w bramę cmentarną a daleko u podnóża Francuskiej, spod mostu kolejowego wyjeżdża wózek podnośnikowy, żelazne ramię fabryki. Unosi wysoko obywatela z Warszawy, towarzysza Matusika, i jak mówi ojciec, pierwszą mordę Instytutu. Co za zaszczyt dla babci. Matusik ubrany na czerwono z czerwonym grzybem kwiatów. Chyba patrzy na mnie. Czerwony na białego.

 – W kaplicy chłód fioletowy. Pokazali na chwilę babcię i prędko zamknęli „źle pomalowana”. Zaśrubowali porządnie „coś takiego” Teraz się modlą w różnych pozycjach.

Ojciec — klęcząc na obu kolanach. – Właśnie prosi o niebo dla Salomei – zaszeptał mi do ucha Anioł stróż.

Benigna — też na obu. Ale nie prosi, ona żąda śmierci dla radzieckiego sołdata. Żąda aby go śmierć zgwałciła, przed zabraniem.

Pan Kara — leży na kamiennej posadzce i błaga Matkę Boską, aby powiedziała Bogu – że ilustrator książek Štorcha nie chce umierać w tym kwartale. – Czego on jeszcze „nie” – wsłuchał się Anioł uważnie w myśli rysownika. – Aha, nie wstydzi się tak leżeć, tak błagalnie, prosząc Matkę Boga i Najwyższego o pięć lat życia. Ma w dupie, co o nim pomyśli dyrektorowa, sklepowy, fotograf, i co ty o nim pomyślisz Jacusiu.

Gorsza — klęka i wstaje, wstaje i klęka, to na jedno kolano, to na drugie prosząc kilku świętych o pieniądze, aby nie musiała służyć u dyrektorowej. Chciałaby służyć u pana Wincentego.

Człowiek z obozu — leży jak pan Kara. O nic nie prosi. Już zrezygnował, już nie chce wyglądać jak dawniej. Chce umrzeć w tym roku. Za pana Karę. Za tego, co tu leży, pokazuje Bogu gruźlika.

Pćśsamtu — klęczy na jednym kolanie, delikatnie, aby nie upaskudzić pożyczonego ubrania. „Nie upaskudzić”, wypełnia jej czerep, wlewa się w bebechy, cieknie ze skóry. Zajmuje garnitur, kaplicę, świat cały.

Pies Poć — przysiadł, i wiem bez Anioła szeptania, że prosi Boga o nową łapę.

Moja matka — też siedzi, jak pies, w tym fotelu, który przytaszczyła jej z domu Gorsza. Siedzi i żąda jak zakonnica. Tyle, że więcej. Każe Bogu wytracić wielu Sowietów. Całą Armię Radziecką. I polskich komunistów. Ma sporo żądań.

Pozostała jedenastka, modli się na stojąco. Kiwają się z życzeniami.

Wuj Wicek — kiwa o rolę w teatrze, choćby ogon ogona, ciotka Hela — o zdrowie papug i miłość Wincentego. Mendlewscy — „aby przewróciło panią dyrektorową, najlepiej niech fajtnie z fotelem”. Cieszkowska — kiwa „aby pisano dla niej role” „sam mistrz Ionesco niech pisze”, wczytał się Anioł głęboko., a Broyowa — kiwa, żeby zmartwychwstał Furer „i będzie dobrze, oddadzą kamienicę, Hans wróci, zagazuje Cieszkowską i pociągową”.

Kolejarzowa – nie tylko kiwa, ale się zatacza prosząc o Murzynów, „koniecznie z Afryki”.

Z tych pragnień spełni się tylko chcenie pociągowej – zaszeptał znowu Anioł stróż. – I chcenie tego – stanął za Pućsamino. – Ten modli się prawdziwie, bez kiwania, stoi prosto na jednej nodze. Prosi Boga „żeby było, jak jest, Mariacka, bimber i  prostytutki”.

A ja, o Jezu, nie modlę się, nie klęczę, nie kiwam, zauważyłem ze wstydem. Nawet za zdrowie babci, Tam, Gdzieś. Tak bardzo ciekaw jestem, co dzieje się za ścianą kaplicy. Co to za dziewczynka chichocze? Co za chłopczyk papla.

Wszedłem obok. A tam pokój dziecięcy. Jasnożółty. Ciepło. Na cmentarzu mieszkają ludzie! Obok trupów!

Dzieci grabarza cieszą się prezentami. Na Wielkanoc. Od ojca czerwony szpadelek, zgrabny i ostry, można w ziemię i ziemią a od matki zielony.

– Chcesz kopać z nami? – zapytała dziewczynka?

– Chodź, chodź! – wołał chłopczyk biegnąc w deszczu przez cmentarz. Coraz ostrzej pada. Skakał po nagrobkach, z płyty na płytę. Wesoło z deszczem, z duchami.

Dobiegło trzecie dziecko grabarza. Z „wędką”. Patyk, sznurek, szpilka, mucha. Usiedliśmy przy wykopanym dla babci grobie. „Nad stawem.”

– Jak ty wyglądasz! – zerwała matka woalkę.