Dwa fragmenty pisanej książki BYTY

Publikacja w: sZAFa No.43/2012

 

Ja a piękno

Zachwyt drzewem. Zachwycenie pień rozwiera. Tryska ziemia. Czasem wiatr. Ptaków głos. Moje drzewo, boska ręka. Wspina się do dłoni wąż. Pełznie szarą kokardą. Na zaplotach lśniąca czerń. Oślepiony pięknem Ziemi, zsuwa się na powrót w trawę, głębiej. Zniknął. Ślad pstrąga w strumieniu.

Tylko my pod drzewem boskim. Czujesz, kobieto więź z kosmosem, pokrewieństwo z przyrodą? Ten wzór? Na twoim ciele rozwiana suknia nieba. Niebieskość na złotym. Gładkość do cięcia, do drążenia błękitu. Rozedrgane na piersiach krople, pot Miłości, dreszcz gwiazd. Sutek wykrojony moimi wargami. Iskrzenia skóry na języku, pod opuszkiem, w prąciu całym. Tryska z piersi eliksir kochania. Z twoich ud podniebie, polerowane twarzą moją. Gładkość uda doskonała. Wejście w ściany gorące. Trzepot sklepienia katedry. Wiele nieb trzepocze. Każde śpiewem miłosnym. W twoich włosach wiatr ukryty, sploty wiatru. To dzieje się w naszym świecie, to nie literatura, to nie mrok nad książką. To miłość dwóch kamieni pokruszonych śpiewem, muzyką.

Wypełniam ciebie moim kształtem. Cynobrowa moc z muzyką łąk tysięcy, ze śpiewem drzew. Rozmową kamieni. Postawię ciebie na rynku w Katowicach. Ciało Gwiazdy. Bryłkę zapachu kosmosu. Pokażę na sztaludze wystruganej z drzewa pytań.

Uskrzydl rymowankami mebel święty. Piórami gołębia, który wrócił.

Z kobiety ― sztuka. Pień wizji nowych. Chcę żyć w
twojej duchowości, fizyczności, w ciele poezji, w wołaniu rozkoszy, w mądrości łagodnej. W pięknym. Noc z tobą, dzień z tobą, wiele lat. Poruszać środek świata z mięsni gładkich. Narysuję kontur książki, a ty barwą go wypełnisz. Zielenią Veronesa, błękitem Gauguina. Napiszemy razem powieść o naturze, o kochaniu. O naszej miłości. Wstęgi zdań gorących. Dreszcz kartek pisanych, gorączka drewna. Wymalujemy jaskiń sporo, błękitem. Ulepimy rzeźby leśne z igliwia i mchu. Nasz bieg po lesie, do granic zieleni i wyżej…Zachwyt ciałem w sznurach nieba, w pierścieniach ziemi. Do opisania. Liść wyjęty z warg. Wołanie rozkoszy. Krok Anioła. Nasz wspólny zapach eliksiru nocy. Znaki na pościeli. Blask z nich gęsty. Kochania z pamięcią księżyca. Modliłaś się o miłość. Pragnęłaś rozkoszy, krzyku wyższego, niż noc. Teraz otwarta dla mnie. W twojej dłoni linia szczęścia. W piąstce kłębek życia, źrenica z tęczą.

Teraz Gwiazda u stóp twoich.

Nie obronisz mnie przed śmiercią, ale bądź z Jackiem do Końca. Kroczmy razem po ścieżce liter, po ścieżkach skóry, do ostatniego wiersza, słowa, dotyku. Chcę być z tobą tu i Tam, w Górze Światła, na szczycie Tajemnicy.

A teraz piękno, jeszcze uśpione w kamieniu z mgły. Światło z krawędzi traw, z kropel rosy. Ranek na błoniach pod Jutrosinem. Rzeźba Boga w powietrzu. Świecenie muzyczne pejzażu.
Gwiazda z planet. Dobre dusze i roślinność z kołysanek Ziemi. Bez ludzi-drapieżników. Bez zwierząt drapieżnych. Nowy praświat. Tak wiele obrazów. Wystawa piękna, ruchoma. Nasze łąki z naszą muzyką. Znaki notacji na źdźbłach trawy. Kolorowe cienie. Szept twój z warkoczami ognia.

 


 

Ja poza sobą

Boję się zostać w lustrach. Poza ciałem. Oddać zwierciadłom trochę duszy, ciemność w blasku. W tej ciemności moce matki, obserwują mnie przez sen, czuwają w nocy – strażnicy złego zasklepieni w moim drugim ja. Nie odejdą, nie zasną nawet na chwilę, stoją za sztalugami, kawaletem, w biurku. Napełniają szuflady dzieciństwem. Widzę w ciemnościach demona Zofii, jej aurę i moją aurę. Pijany obłok w kolorze nijakim. Nie jest to szarość z pewnością.

Na biurku krążek CD. Spowiedź Jacka Durskiego, mordercy oficera SB: „Zabiłeś moją Małgorzatę, a teraz naruszasz mi spowiedź rzężeniem”, wykrzykuje Biały do krążka, w charkot. Małgorzata martwa w lustrze. Wisi nad krzesłem, pod niebem. Przestań tak się kołysać, wyjdź z kryształu na pokój i wracaj do swoich Gliwic. Pozwól mi zapomnieć o tamtym albo uleć z moją duszą w ciszę. Zabiłem tego esbeka, zaraz po twojej śmierci. Pomógł mi w zabijaniu Zbyszek i Marian z „Białych Brygad”. Palce przestępcy do otwartego kontaktu, prąd w paluchy. Z krzesła krzesło elektryczne. USA w PRL-u. Zaśmierdziało w kuchni majora majorem. „Białe Brygady” doskonałe. Potrafią likwidować przestępców. Skopać zło prądem. Prokuratorzy niepotrzebni. Wielu z nich w spółkach z mecenasami. Biorą pieniądze, głaszcząc potem winnych.

Już dość myślenia o twej śmierci, Małgorzato. Zniknij z mojej czaszki udręczonej. Albo wejdź głębiej w lustro, zostań dobrym wspomnieniem.

Dalej wisisz w posrebrzanym. Nie czuję jej tętna, uderzeń błękitnych. Tylko to kołysanie okropne. Wahadło zwłok. Wiatr szklany rodzi trupy Białej. Dynda
rząd umarłych. Należy pokazać prokuratorom ten szereg. Niech zaczną pracować.

Wstałem ciężko z podłogi, ja z sobą – mój byt w dwóch duszach. Podnoszę twarze mokre, chyba od kropel rosy, pamięć łąk pod Jutrosinem, nad Orlą. Narastający brzask w kolorowym zjawisku wody zrasza myślenie. Będąc poza sobą dalej jestem podmiotem? Wyrazem duszy, dusz? Podmiotem podmiotu? Czy zbiorem obiektów do badania świata? Pytajniki obracają mi głowę. Coraz szybciej, coraz bardziej. Widzę między mną a mną granat nieba z mocami matki, krechę przecinającą niebieskość do Niewidzialnego. I dalej. Aż do krwi Boga.

Między Durskim a Durskim przepaść. Skoczyć w przestrzeń kosmiczną? Znowu umierać? Cierpieć sino, czekając na śmierć? Na oblodzonej strachami masce młotek gorącej wody. Muszę stukać w czoło wrzątkiem. Rozbić lód, maskę lęku panicznego. Tyle zakazów dla ciała, dla duszy, Ducha. Powinno się stale parzyć mózg.

Ja, pisarz obłąkaniec. Patrzę na swoje pięści przyłożone do blatu biurka. Cztery ciosy z jednego artysty. Pulsują w nich linie życia dwóch jestestw.

Ja i ja zewnętrzne skupia się w jedną istotę i rozdziela, scala i rozdwaja, szukając długopisem tego, co w Tajemnicy. Myśli wrogie sobie. Idą krzywo, płyną cienko od lustra do lustra – malarz, pisarz. Ten duet nie stworzy wielkości kosmicznej, nie namaluje nowego człowieka, nowej planety, nawet nie napisze wyjątkowej książki. Trochę rozpaczy co kwadrans. Skąd wiem, że co piętnaście minut nasila się lęk? Przecież nie patrzę w zegar. Odczuwam czas aurą mózgu. Wciąż ten niepokój przez ruch Andromedy. Pędzi do nas koniec wszystkiego. Nic z Wszechświata nie zostanie. Ziemia
zginie, ludzie zginą. Ale bez nas to komu Bóg będzie potrzebny? Komu będziesz!?

– Mów zaraz!

Znowu martwa cisza. Tylko ja przepowiadam:

– Zapłoną wszystkie przestrzenie, ogień w ogień uderzy, wypali krew w cudach, a potem ciemność. Czerń. Duch jeden. Zgaśnie okres ludzi, okres nieludzki. Nie będzie już punktów na nieskończonej. Tylko na ranach Boga szczypty wspomnień. My Ziemianie już ich nie poczujemy. Nie poznamy soli Pańskiej.

Moje ciało, oba ciała, kiedyś ostro biegające po drogach umysłu, po ścieżkach Ziemi, chcą teraz umierać. Stroszą czterdzieści palców, ileś zębów, jak stroszył pióra jutrosiński łabędź przy zdechłej łabędzicy. Z mojej skóry, bruzd wystają żyły fioletowe. Prozaik z wachlarzem fioletu. Ciała Jacka, książki Durskiego do trawienia, do wymiotów. Sprzątnąć starość jak najprędzej. Zabrać stąd! Z Ziemi, z Kosmosu. Dość mam siebie. Nie chcę też analizować Boga. Pragnę pustki absolutnej. Boże! Usłysz słowa moje. Nie słucha, Głuchy. Nie chce słyszeć takich zdań. Każe cierpieć za zamordowanie mordercy.

Zatem, Zbyszku i Marianie, proszę was! Pomóżcie mi zabić się bez cierpienia. Jedno ciało, drugie ciało, jedną duszę, drugą duszę. Zabić! Zabić! Nie potrafię być sam ze swoimi myślami, wspomnieniami, przeczuciami. Zabijcie mnie bez bólu.

– Nikt ci już nie pomoże – śmieje się matka w obu ciałach, w obu duszach – Nikt, nawet panie z randek peel – śmieje kwikiem Zofii. – Zapomniałeś kilka haseł.

Nie poznasz nowych kobiet z Internetu. Ale nie żałuj przygód niespełnionych. I tak żadna by Ciebie nie zabiła. Byłbyś liternikiem na skórzanych kanapach. Pisałbyś, co by chciały, kazały, utrzymując prozaika z obłamanym piórem. Bo przyjemnie, mając dom, samochód, firmę w ruchu, mieć na skórze pisarza. Pisarczyka z ambicjami, gniewnego a posłusznego. Patrzeć jak się męczy zniewolony – śmiech matki wokół.

To prawda, idę już dziesięć lat po zboczu literatury. Chcę na szczyt, ale do czubka daleko. Zapisuję długopisem bzdury jakieś, pukam, stukam w klawiaturę, coś tam gadam, nawet śpiewam. Moje usta śpiewające.

– Umrzesz małym, pisarczyku – kwiczy w skroniach matki śmiech. Radość z syna miernoty. Z jego bytu zatrutego Eisenem i esbecją.

Coraz trudniej mi z pisaniem. Lęki jakieś z zawrotami. Za niedługo lęk paniczny wbije mnie w ścianę. Z pisarza gwóźdź na beret.

Ale któż to stanął w progu? Pan Bóg!? Dziś jest bardzo literacki. Sądzi, że wie wszystko, o czym myślę w akapitach. A ja nic… nie medytuję. Pragnę jednego ciała, jednej duszy bez tych wspomnień okrutnych. Pragnę Miłości, nowego życia.

– Chcesz kobietę kochającą? – mówi Bóg z lustra, z głębi – Chcesz także Mnie, z parasolem nieba, przyjaciół i siebie w sobie? Zgody dusz? I chciałbyś wejść do literatury, jak najwyżej. Nie za dużo tego chcenia?

– Nie. Nie za dużo. Uniosę wszystko. Tylko zabierz matki moc. Pierś piękna z trucizną bije z luster o północy płosząc z kartek czarny poemat.

Zewsząd strach, wszędzie strach
 

 

Na stole przeraża potwór z kwiatów
Z biurka czarno
Położona noc
Krawędź blatu dla samobójcy
Dreszcz drewna
Resztki godzin
Płacz za lustrem przywarł do policzków
Zwiera serce
Śmierć