BYTY
Fragment pisanej książki "Byty"

Publikacja sZAFa 39/2011

 

Ja, a dobro 

Z tętnic Boga, Ziemi, ojca – światło w sercu. Blask ze środka. Gęsty biało, w moich liściach, ciężki biało w drzewie moim. W lesie Jacka. Ten las kołem płonącym. Wokół światłość. Tyle barw w bieli. W głowie biel niespotykana. W skroni Bóg. Słucham czołem pnia. Rozgrzany kosmos,

Pomóż mi Boże – być. Chcę być w Dobru. W dobru zmarłych, w dobru żywych. W szlachetnych. Grzej to dobro, moje dobro w Twojej dłoni, palcach Twoich. Twarz Durskiego otwarta, ciało całe. Coraz bliżej Boga. „Żeby tylko kler był lepszy. Nie przeszkadzał w bliskości z Panem. Kler bez tej obłudy, tej pazerności. Bez niego większa Wiara w dal i w głębię”, powiedział ktoś z lustra.

Z oczu kobiety ukochanej także boskie światło. Płomień z żył. Czułość ognia wyjątkowa. Piękno ciała dojrzałego, piękno duszy dalej młodej. Duch świtu. Noc i dzień z tobą. Sok z twych piersi, oszalałych w kole pieszczot. Ty-ja. Bliskość udami wypełniona. Szczyt nadchodzi. Przyroda w dialogu. Wytryśnie z nas zdrój lepki. Miłość przyspiesza tętno gwiazd. Unosi obłąkanych w Nieskończoność, przesuwa w nowe, szybciej niż galaktykę. Kochamy się poza Czasem.

Dawno temu przetrąciłem w sobie diabła. Jego kontur na papierze wypełniony moim wierszem dla ciebie, dla kochanej, dla twojego Anioła. Zamiast gwoździ puch. Na twarzy kartka z poezją. Zasypiam z metaforami. Pieczętują usta, oczy. Nad wezgłowiem błękitnawy pałąk. A po chwili elipsa błysków. W końcu kula z różnych świateł. Nie ma mroku dla diabelstwa. Nie zaskoczy nas zło, nie najdzie dobro nasze. Nie będzie grzechu między nami. „Miłość, to nie grzech, chociaż księża chcą nas znowu otumanić”, mówi ktoś z luster. W kuli snu moje drzewo. Pień z ciałem kobiety. Z jej ud, z podbrzusza, bioder, piersi – moc przyrody. Krzyczy we mnie, krzyczy za nas. Krzyczy o miłości. Krzyczy wierszem, poematem wyśnionym. Krąży głośno w słojach mózgu – ziemią, niebem. W nich lasy, łąki z Jutrosina. Człowiek w Bogu, Bóg w nim.

 

 

Ja w kobiecie, ona we mnie.

Rozważam swoją duszę – na zło i na dobro. Obrazami z luster. Oba nad biurkiem zawieszam. Najpierw oglądam zło. Jakiegoś prozaika ubranego w zimny mundur. Sprytny chuj wśród czytelniczek. Udaje wrażliwego. „Zmyj z lustra ten wizerunek. Tę część swojej duszy”, powiedział Anioł stróż. „Zostaw tą drugą, lepszą, dobrą, pisarza, który chce zmieniać zwierzęta w ludzi.” Przemywam lustro zła dobrą dłonią. Czystą dłonią, z gorącego źródła. Widzę teraz w obu lustrach łąki zielone. Czuję ich zapach w pracowni. Widzę też siebie – ucznia Boga. Z piórem niebieskim. I widzę Boga! Jego, Jedynego. Żadnych mędrców na łące, żadnych mędrków ziemskich. Przemądrzalców słowa i obrazu. Tylko Bóg  – Pan mój. Z mocy boskiej, z traw wysokich Jutrosina rosną Anioły. Rycerze ze skrzydłami. Pancerni przeciwko złu. Honor skrzydłem kryty.

A teraz dobro, tylko moje: na biurkach, na sztaludze. Pokój Pracy. Dom z nieba, miasto nieb, nowa planeta z Orionis. Wzniosę ją wysoko, tam gdzie Bóg najwyżej. Łka ze szczęścia mój Anioł Stróż, dobry opiekun. Jednak doprowadził mnie do Dobra. Strzeż Aniele biurko moje, strzeż sztalugę i kawalet. Chcę Coś zrobić w życiu skromnym. Z istnienia i nad-Istnienia. Widzę duszą światło prawdy, ołtarz w mroku zapalony – sztukę. W niej Bóg z mojej gliny. Podaruję Tobie Boże Twój-mój nowy wizerunek powstały z ruchu kosmosu. Z mięśni Wszechświata. Między kroplą słowa Czas i Przestrzeń.

 

 

 Ja, a zło.

Kostium diabła założony, w czarnej skórze, w kościach czarnych – metal. Uśmiech żelaznej maski. Z oczu smród. W obu jamach bestia. Niżej dekolt grzechu, ogon grzechu. Dynda krzyż z węży. Skusił diabeł tym kostiumem kilkadziesiąt anielic. Zwariowały z rozkoszy. Czy tym diabelstwem jest pan pisarz? Ten z lustra? Ja? Czy moje przeciwieństwo? 

Wiedzie bestia człowieka. Każdy mężczyzna cieniem bestii. Pisarz cieniem najciemniejszym, czarnym intelektualistą. Zupełny brak duszy. W jego żyłach pełza czerń. Trzyma w pysku jabłko z liter. Na pokuszenie. Jabłoń całą. Noc nad biurkiem. Cuchnie zło ze stron powieści. Poemat diabelski  do wydruku.

W snach też potwór. Oficer SB. Ten to chociaż jest silnym mężczyzną. Kimś mocnym przy słabym pisarzu od średnich książek. Wykluwa się esbek w łóżku, oficer ze wspomnień przesłuchania. Rozdziera pościel. Z krwi błękitnej krew sina. Strach gryzie biurko, pokój, miasto. Na strzępach mojej pościeli zapisze akt diabelski. Z żeber swoich i z munduru zastawi paść, wieszadło na moją kobietę, na anielicę. Chciałby ją pojmać, zgwałcić, wprowadzić diabelstwo w Anioła. Wejść w jej niebieską cielesność.

Rozpłatałem słowem złego i w drzwiach rozpinam jego sierść. Skóra z żelaznych kłaków. Wsadziłem mu zdanie między pysk, a maskę z rogami. Chichot zakrzepł w metalu. Utytłał mi próg spermą, juchą. Kurwysyn.

Badam ścierwo piórem, aby napisać akapit przeciw złu. Mój przegub śmierdzi trupio. Notuję o czarnym mózgu esbeka. Dłoń, nóż, blat. Sekcja, diabła i kostiumu. 

Oprócz zła wielkiego, badam też drobne podłostki w drobnych ludziach. Kamyki żelaza z kalem. To wzdychanie o choroby dla innych. Prośby do Boga parszywe. Opisuję czarność jednego leśnika. Obok  karmy postawił wieszadła.  Strzeliłem mu śrutem prosto w fizys „masz drobne od Durskiego”.  Z moich dłoni pociekła smoła. Czarny lep na cynglu.

Chyba Bóg niedoskonały. Nie potrafi nas ulepić, dobrych. Nie umiesz Boże? Dlaczego? Naucz się lepiej rzeźbić. Bądź rzeźbiarzem tylko Dobra. Wierzę w Twoją moc. Jest wielka, ale popracuj jeszcze nade mną. Nad nami. Ziemia Twoja cudnym miejscem. Tylko my Ziemianie… ohydztwo departamentów. Sam bym stworzył ludzi lepszych mając Boga glinę. Czy to bluźnierstwo ścieka mi z brody? Nie, to szept na biurku. Prośba do Ciebie. Abyś bardziej się starał, lepiej tworzył. Nie chcę na Ziemi żadnych diabłów, żadnych bestii, byłych oficerów LWP i SB, diabelstwa ziemskiego i innego. Obrotów chichotu, pożądania jamy czarnej. Rozciąłem kartką kolejnego esbeka. Nie, to wojskowy. Oficer Układu Warszawskiego. Rozciąłem zdrajcę właściwym zdaniem i oglądam zło jego. W pracowni czarny potok. Wcieka w lustro odpływ, przypływ oficerskiej krwi. 

A tu w falach oficerskich starzy pisarze. Witają się płynąc z byłym cenzorem. Śmierdzą Układem i swoimi książkami. Wyłowiłem z czarnych fal czarnego cenzora. Leży na biurku niezadowolony. Opiszę go, potnę akapitem. Pocałował kiedyś syk żmii. I syczy pod piórem.

Nie zamienię wasze zło na mój strach. Nie będę słaby. Muszę tylko zmienić sposób kształtowania myśli w słowo. Czy pisarz musi być bezsilny? Dlaczego wobec zła milczą poeci pod czarnym księżycem? Muszę zrozumieć mechanizm organizacji zakłamania, wytyczne kierujące złem, służące złu. Zrozumieć, aby niszczyć je w swych książkach. 

 O Jezu, znowu w myślach kłócę się z Bogiem. To przez tych psychopatów ziemskich w różnych mundurach, bandytów z bronią biologiczną. Trzeba im Boże zmienić myślenie albo zabić nikczemnych. Tak trzeba Panie, aby Twoja Ziemia była szczęśliwa. I niech nie wymądrzają się przeciwnicy kary śmierci.

Nie wolno mi ulec nawet Bogu, poddać się Jego wspaniałości, Jego Przykazaniom. To Ty Boże  klęknij przed ludźmi za tę przemoc na świecie. A przede wszystkim zakończ wojny religijne. Żadnego mordowania dla Ciebie. To warunek, abyś był ze mną, nade mną.

Zniszcz zło, albo zmień drogę Ziemi. Niech spłonie z pięknem, w którym straszne. Zmień, jeśli trzeba linię świata, na której rodzi się człowiek.

„Chyba napisałeś za dużo”, powiedział ktoś z kosmosu. Wystarczy tego, aby pójść do piekła. Z tym poematem grzechów.

Do piekła!? Jeśli to z Tobą Boże.

 

 

Ja, a moja płeć. 

W lustrach mężczyzn widzę. Nas. Polujemy na kobiety. Nieustannie. Coraz więcej wybornego mięsa na męskich hakach. Coraz więcej ciał ukrzyżowanych słowem fałszywym. Oprócz własnej żony – cudze. Najwięcej w miejscu pracy, tyle ciał. Ciężka robota w biurach. A po pracy w garsonierach. Nadgodziny, delegacje. Musimy sprawdzać swoją męskość. Stale sprawdzać. Brzuch pełen viagry. Pompki do prącia nadmuchują nic. Tym „nic” gramy w niewierność. On kłamie, że nie zdradza. Ona udaje, że mu wierzy. Obydwoje udają zgodne małżeństwo. Co za wiara w Sakrament. Smutne zdjęcia uśmiechniętych par.

Znam jednak czysty wyjątek. Wierność. Na Górnym Śląsku. To mój zmarły Przyjaciel ­ Zdzisław Stanek. Przebył całe życie z jedną kobietą. A ona z nim. Nigdy nie zdradził swojej Właduli, a ona jego. To mąż prawdziwy, artysta malarz z Katowic. Znalazł żonę blisko słońca na stopniach wysokich temperatur i przywiódł na ulicę Drzymały pod dach z oknami na Park Kościuszki. Teraz Zdzichu i Włada spacerują przez wieczność. W Parku Wysokim.

Ja też szukam tej na zawsze. Chcę nareszcie mieć jedyną. Ruszam z Katowic, z Polski, z Ziemi. W głowie suma kul otwartych. Inny wymiar. Planeta w nowym układzie. Zmienię stopni szyk. Trzeba zacząć od nowa w innych kryształach. Tutaj tłum łowców z epoki atomowej. Polują na piękne kobiety. Posunąć piękność i do kolejnej piękności. Z ust i penisa kłamstwo spływa. Zakłamana męska rasa. Jesteśmy podli różnie. Przeróżnie, na milion sposobów. Zawsze byłem heterykiem. I jestem. Dlatego wstyd mi kiedy patrzę w lustro. Na siebie. Wolałbym urodzić się kobietą, i nie czuć tego, co czuję do płci mojej. Nie czuć wstydu za wszystkich mężczyzn. Fałszywych na co dzień, a od święta zdolnych do przemocy. 

Podam paniom przykład jeden, przykład wstrętny. Nie znam gorszego paskudztwa. Pragnę ostrzec was przed nami. Przed naszą rasą. Zakłamaną. Przeczytajcie o podłości oficera marynarki, tej ludowej, Wokół niego gęsta zasłona czarnych grzechów. Analizował w IW-u myślenie polskich oficerów pilotów. Czy może chcą porzucić Układ Warszawski? Uciec na zachód z maszyną? Zostawić PRL ze Związkiem Radzieckim, sprzedać drobne tajemnice Układu? Czytał donosy, raporty, sam dopisywał. O czym rozmawiają trzeźwi i pijani. Zerkał do ich mieszkań, najchętniej do łóżek. Wiedział o czym myślą ich żony podczas zbliżenia, a o czym nie myślą. Zaglądał pilotom w ich dni i noce. Nawet w dusze zaglądał głęboko, głębiej, niż rozum sięga, chociaż wszyscy według rozkazu, w zgodzie z myślami Lenina byli kadrą ateistów i niewierzących. Subtelna różnica z tamtych lat. Najdokładniej jednak opisywał chęci pilotów dowódców, którzy markowali loty z głowicami nuklearnymi. Wiedział o nich wszystko przeglądając tysiące teczek z donosami i z cichym raportowaniem kolegów. „Dla dobra ojczyzny”, uzupełniał donosy. Wiedział nie tylko o lotnikach ale i o ich żonach, dzieciach, rodzinie. Wiedział, które małżeństwo udane a które w rozkładzie. I tak <iw> za swoją pracę awansował na kapitana. Pobierał duże pieniądze za płynięcie krzesłem między regałami kiedy piloci latali, spadali. Dużo wypadków podczas lotów, lecz on w IW-u na krześle bezpieczny. Analizował w marynarce albo bez marynarki. Czasem wypływał z kraju kierując statkiem handlowym, aby przykryć handlem swoją robotę. Gromadzenie pieniędzy latami, gromadzenie. W końcu ciężka choroba, gnicie, gnicie, aż został z trupa cień diabła. Wyszedł z wydm na plaży i stoi pod słońce. Stoi pomnik złego, zależny od światła i szepta o sobie, o diabelstwie przed molem w Sopocie. A ludzie spacerują. Nie słuchają pracownika III Oddziału.

 „Wiedziałem, co słychać u pilotów Układu Warszawskiego i u ich rodzin, Wiedziałem wszystko o mężczyznach ryzykujących życiem, aby chronić Związek Radziecki”, szepta cień diabła do ziaren piasku. „Interesowali mnie przede wszystkim ci najzdolniejsi piloci, wybrani przez sztab Układu, ci, którzy ćwiczyli <loty ucieczki>. Zrzucić atom na jakieś miasto Europy Północnej, i do tyłu ile mocy w silnikach. Symulowali prędkie zrzuty, aby, jeśli trzeba będzie, zaatakować miasta Niemiec, Belgii, Holandii. To był plan Moskwy. Taka świadomość, że w przypadku konfliktu ZSRR-USA będą musieli zabić ileś milionów dzieci i kobiet wyzwalała w pilotach dowódcach stałe napięcie, stałą agresję. Uspokajali się trochę pieprząc prostytutki w kasynach. Szybko, szybko. Ci piloci potrzebowali krocza natychmiast fundowanego przez Układ. Zatem kurwy, kurwy szybko zdejmujące bieliznę. Żony zbyt wolne, no i za dużo pytały: <A gdzie orgazm? W ZSRR?>. A tu nie było czasu na takie rozbieranie się, gadanie w kalendarzu lotów. Nie było czasu na powolność. Chyba, że pito wódkę ku chwale radzieckiego imperium. Piloci musieli ćwiczyć i ćwiczyć, aby w razie czego sprostać bojowo wszystkim imperialistom. Nie było czasu na delikatność w domu. Wróg zagrażał z każdej strony świata. Na polskich pilotów, wyjątkowo zdolnych, czekał cały Układ Warszawski. Na szybko pieprzących i prędko pijących. Chlanie na komendę, pieprzenie na rozkaz. Lecz ich żony majorowe, pułkownikowe w coraz większej depresji. Co z tego, że mąż z ogniem w skrzydłach, kiedy ogień, nie dla nich, Nie ich też portfel za loty. Nawet mieszkania mężów, oficerskie, służbowe. Musiały pójść do pracy, kształcić dzieci bez Układu, Analizowałem dokładnie sytuacje tych kobiet, analizowałem, przeglądając zdjęcie za zdjęciem. Większość z nich to były niezłe sztuki. O, niezłe”, omiótł diabeł piasek ogonem. Zamiatał przez kwadrans„ „Oglądałem zdjęcia i oglądałem, aż wymyśliłem sposób na rozkochanie każdej w kapitanie marynarki”, szepcze znowu diabelski cień na plaży niedaleko „Monciaka”, ulicy Monte Cassino w Sopocie. „Takie w separacji, nie pieszczone, nie kochane dadzą chętnie kawał nogi, dupę całą za samo współczucie. Za to zrozumienie dramatów mężatek. Dramat niezaspokojonych. Tylko trzeba im współczuć z wdziękiem”, zamlaskał w swoim cieniu na wydmie wysokiej. „Zaczepiałem w Trójmieście żony pilotów, oczywiście te najbardziej atrakcyjne, czasem córki też te naj mówiąc każdej, że <najpiękniejsza nad morzem>. Wszystkie uwierzyły. Zaczepiałem je niby nieznajomy nieznajome wiedząc o nich wszystko. Bardzo łatwo takie rozkochać wiedząc co lubią, a czego nie. Spadały uszczęśliwione z mojego ogona, całując kopyta mężczyzny który je wreszcie zrozumiał i docenił”, rozłożył się na plaży. „Wiedząc o nich wszystko wszystkie rozkochałem, tym rozumieniem wszystkiego. Biegały do mnie, aby być wniebowzięte przez diabła. Robiłem nieświadomym różne diabelskie przewrotki. Rozwaliłem tym kulaniem ćwierć batalionu mężatek. A na koniec omotałem Mariannę o dobrym sercu. Żonę najlepszego pilota. Dla tej pułkownikowej zrobiłem z siebie anioła. Najpierw powiedziałem jej, że jestem impotentem. Tak bardzo się starała, tą piękną skorą, aż postawiła diabłu diabelstwo”, przewracał się na wydmie chichocząc. „A później obserwowałem obywatela pułkownika jak co raz więcej nienawidzi żonę, własnego syna i córkę, że są z matką i za matką, jak coraz bardziej nienawidzi wszystkich ludzi. Jak pije z prostytutkami, jak szasta pieniędzmi zamiast dom kupić rodzinie”, przestał się kulać, aby zaśpiewać: „Taka jest sprawiedliwość, tutaj na Ziemi, pułkownik-pilot katowany przez szeregowego diabła przebranego w mundur kapitana marynarki”.

A kiedy po latach, w nowej Polsce, w Rzeczypospolitej bez Warszawskiego Układu ktoś pokocha dobrą Mariannę. to pokryję cieniem jego kochanie. Zrobię mu z duszy piekło”, chlastał po piasku ogonem. „Zrobię z niego diabła drugiego”, zawył do czarnej wydmy odwróconej w głąb.

 

 

Ja, a wolność. 

„Zabić władców złego.” Niszczą świat, przyrodę, kosmos. Niszczą dobrych ludzi. „Zabić mafie!” – to hasła osób śmiałych, wypełnionych czystą mocą. Nieskrępowane Dada zapewni powodzenie. W dłoni metal z kałem. Trzeba złych mordować brzydko. Nie mamy cukierków z uranu.

Moje usta z ognia. Wrzucam krzyk w płomienie. Z warg skrzydło furii. Łopot nieba. Uwolnić Ojczyznę! Niech metal wypełni ciała wrogów, rozerwie. Na nim źrenice generałów ludowych. Smród munduru czerwonego. Słodki odór zabijanych. Wojskowy poryk coraz cichszy. Za oknem generała zaszło słońce. Nie wstanie. Dobranoc, zła noc.

Reżim w końcu pokonany, lecz nie jeden komunista jeszcze kląska. Zwariował na pasach od nowej historii. Dalej chce komuny, układu moskiewskiego. Dalej pragnie ciemności z głosami ubeków, esbekow. Dalej chce cenzury, biur otamowania. Chciałby znowu, na skinienie, mieć artystów i pisarzy. Trzeba kląskającego staranniej powiesić. Odpływ stóp. Pragnę wolność opisywać z węzłów wiatru, z ognia supłów. Nie opisując dyndań.  

Matka nasza, ma Ojczyzna polską zdradą poniżona. „Okrągły stół.”  Ciało Matki na talerzach, wódka hańby. Słyszę daleko głos Piotra proroka. Kazania z wlewką poezji. Wielkie słowa o Ojczyźnie. Twój duch w moim, twa ofiarność. Czytam sztukę barokową Piotra Skargi. Jesteś czysty kaznodziejo, nie piłeś z zatrutych studzien, z „okrągłych stołów”, ale ze źródeł Polski naszej wartki kryształ. Może z Orli zdroju?

Tylko ten „Okrągły stół”. Nie pasuje śliskim kołem do drogi Rzeczypospolitej. Dziura w stole, dziura w kole, dziura w niebie. Wódkę piją, jedzą Matkę. Dziurę w stole owrzaskują pełną zdrady. Jamę w jamie. Nie będzie Polski z takich jam. Góry dla niej. Wyniosłej. Góry z nieba.

A tu były komunista kandyduje do fotela. Chce być moim prezydentem! On radziecki pozamiataj. Aparatczyk aparatu. Przystroił garnitur krawatami w różnych kolorach. Z brzucha zwisy sprytu. On chce rządzić Ojczyznę Piotra Skargi! Moją Rzeczypospolitą. Nie wytrzymam tej bezczelności. Płacz mój groźny. W czoła chcących! Z moich palców wachlarz stali. Potem trzeba będzie siebie zabić.

 Zwróć mi słowo Matko nasza, Ojczyzno moja. Wolałbym żyć bez Miłości do Ciebie, do Rzeczypospolitej, bez kochania Twojej trawy.

Żyłbym sobie spokojnie.

Nie, nie umiałbym tak żyć.

Jesteś Matką moją.