BYTY
fragment powieści publikowany w sZAFIe #45


Ja a ogień

Z biurka mały płomyk. Zakrzepł na blacie. Powieść nisko napisana. Sadzą. Zwiera serce. Nie czuję w sobie ognia. Wór ze skóry z ułomkami lodu. Grzeję zimno, myśląc. Wreszcie żar w kryształach. Wybucha. Woda z ogniem. Zeszły się żywioły. Z rąk lawa. Pali mebel, pracownię, miasto. Z palców ulice płomieni. Nie ma już Katowic. Czarny pagór zakrył niebo. Woda wrząca dookoła. Ubijam ogień z wodą. Atomy pełne metafor zamienię w wiatr, w łopot. Na ścianach wiatru płonący człowiek. Tak, to ja. Widok pochodni z własnych ramion wznieca uniesienie. Bóg schodzi po stopniach galaktyk. Jego dłoń grą świateł na poręczy Tajemnicy. Wreszcie porozmawiam z Bogiem. Znowu poleję słowa własną krwią. Ziemia obraca się coraz szybciej. Anioły w kroplach posoki. Diabły wokół wirują, w moim lustrze aur. Ta ich nienawiść wysłanników. Każdy tańczy na śmierć i życie. Błękit czerń przenika. Pożar na ziemi i w powietrzu.


          Bóg oszalał na schodach Kosmosu
          Z kubka pije płomienie
          W ustach Jego ogień
          Nie ma ratunku
          Dopala się Niebo
          Piekło już zgorzało

Ukazał się cień stryja. Zaświecił zmarłą gwiazdą, Durski Durskiemu. Aby zobaczył przyszły świat, w nim książki swoje. Dom z kartek w płomieniach. Nad ogniem ogień. Spadają mi na twarz zaschnięte zdania. Wióry z liter. Pukają, jakby ojca brat szukał duszy bratanka.

0Stryj Jan:

– Nie lękaj się, Jacku, Kosmosu. Ciemnej mocy. Rozrzuć powłoki gwiazd. Ich kryształ z iskier. W każdej twoja jasność. Mając światło nie lękaj się o Ziemię. Przetrwa. Nie bój się o ludzi, o siebie, o innych artystów z natury nikczemnych. Artysta w śmierci jest i będzie. Z Boga dzwonów jego skon. Z dzwonków tylko nędzna śmiertka. Nikt jej nie wspomni po latach. Otwórz ogień, jeszcze głębiej niż pamięć wody. Niech spłoną książki dla poklasku wydane.

Mój los w Tajemnicy. Poszedł, gdzie duch ojca i stryja. Może do Orli? A może pójdzie do gwiazd M-45 i dalej po galaktykach aż w Niewidzialne? Przez osobliwe przejścia. W kilka minut od gwiazdy do gwiazdy. Nie! Tutaj, w moim kraju, zapal Boże mój oddech, krzyk, a potem zgaś nagle. Aż do końca. Pożegnam planetę z wodą.

Jeszcze w mózgu błękitny płomyk. Rozprosz go, Panie, we Wszechświecie. Rozrzuć ogniem do ognia przez ogień. Mały płomyk, ale błękit piękny.


Ja a prawda

Wystrzelił z biurka ogień. Czarny blat z czerwonym słojem, żarem. Z żaru płomień niebieski. W nim prawda. Węzeł mądrości sercem. Prapoczątek kreacji Stwórcy. Poszukiwania najczęściej przed śmiercią.

Czy tylko pragnienie poszukiwania? Ono pali moją głowę. Prawda usypana spod wielu masek. Krzyk prawdy. Rozłamany ogniem blat na czerń i błękit. Oślepiony pisarz, olśniony. Zostało trochę twarzy. Prześwieć prawdą maskę. Zedrzyj iskrami kłamstwo z warg, prawdy względne. Poruszony sumieniem duch. Mój mózg ze źródłem czystym, pniem skały. Rzeką w morzu.

Moja praca moja, pisanie.

Szukam prawdy najważniejszej starej jak Bóg.

I mojej prawdy, nie tak starej ale równej Prawdzie boskiej. Proch ze świateł. Muszę mieć coś z Boga, aby zacząć kolejne życie. Tkwi we mnie dębina. Stoi jak anioł w drzewach, lustrach. Twarze zmarłych, bez kłamstwa, z moją prawdą, prawdą Boga, z wartościami zbioru naszych praw.

          Prawda dębu w jego pięściach
          Kamień w słojach
          W głąb dłoni
          Ciężkość głęboka
          Korzeń w kamieniu
          Żyła światła

Z rozciętej dębiny w Katowicach, w Parku Kościuszki wypłynął kamień prawdy wypolerowany solą. Przyniosłem go do pracowni i położyłem na biurku. Bądź tutaj stale. Przeszkadzaj złu. Nie położyłem. Przysiadł w powietrzu jak ptak. On moim świadkiem.

Unoszę twarz przeciw maskom, zakłamaniu, prośbom nikczemnym, wylince węża.

Z biurka światło! Światło z liter! Kasztan świeci! Światło wibracji! Oddech na krysztale. Światła w światłach.

Otwieram prawdę nieśmiertelną. Bez lęku. Boi się prawdy człowiek mały. Krok anioła z ojcem moim.

Nagle w mózgu Prawdziwość, ciężka bardzo, nie do zniesienia w czerepie. Implozja zwojów kosmosu. Na blacie biurka, w lustrze blatu, miał z mojej czaszki. Nie mam głowy, nie ma pracowni, i nie ma Katowic. Zamiast tego dąb metafizyczny. Stoi w Parku Kościuszki. Stal z drewna, ustalone fakty, struktury. Rozwalił dookoła pół Katowic. A czuję się bez rzeźbiarni, pisarni jak byt syntetyczny, klaun zrobiony prze innych ludzi.