JA A CZAS
- fragment powieści publikowany w sZAFIe #47

Krzyk narodzin, śmierci.

      Monstrum strachu cicho stąpa. Mota ciało czarną wstęgą. Wiąże ciasno żywego. Potworność czarnych szarf. Cieni gęstych. Moja głowa uwięziona, oszalała lękiem, strachem. Otamowane struny krzyku. Zgniecione czoło, rzeźba grozy. Trzask kości.

Między myślą a słowem – Tajemnica. Krawędź duszy mojej. Trudno mi żyć z tym ostrzem. W kubku skroplony czarno strach. Płacz pod maską. Żywioł śmierci. Nie mogę spotkać ciebie, Małgorzato.


Siadam z pragnieniami do biurka. Bliżej końca. Zaszczekał księżyc. Jestem pisarzem w odlewie, zamknięty formą swoich rodziców, owinięty drutem linii rodowych.

Kiedy będę niezależny i samodzielny?

Świeci w lustrach ojca trup. Błyska głośno, szukając żony. Za nim stryj i inne widma. Z opowieściami o życiu Tam. Nie chcę Tego wiedzieć. Wyłowiłem z luster zwłoki ojca. Światło pod paznokciami. Zmartwychwstał naukowiec, kołysze się na mankietach. Nie narzeka, że syn chce malować. (Zmądrzał stary pod ziemią?) Ojcze, ty we mnie. Odczuwam twoje ciało. Dwie dusze, duch jeden. Słyszę opowieści z przeźroczystych głów. Żarzą się tysiącami oczu ludzi nie-ludzi. Historią czaszek wypełnionych sadzą. Przyniósł ją z piekieł jakiś terapeuta, aby mnie straszyć życiem po życiu.

Starość, skóra spada słona. Wiór z dziada. Ciągnie swoją ścieżkę. Samotność siwa. Czas pusty, tylko brzegi niepokoją. W głowie lęk paniczny, tylko lęk. Śmierć między palcami. Całuje mnie po dłoniach czarną wargą. W końcu weszła w lustro, w zmarłych tłum. Nie wzięła jeszcze prozaika.

Przed lustrami rudymenty książek – nienapisanych. Wnętrzność metafor wypłynęła na podłogę. Pulpa przeniesień w pracowni. Do kolan, nad kolana barwne grzęzawisko. Wszedłem na kawalet, żgam oczy drzazgą z gliną. Aby nie zwariować dziergam bólem oko z okiem. Ta boleść mniejsza od lęków. (Umrę, jęcząc bez sensu? Będę nienormalnym pisarzem z Katowic? Z Sosnowca?)

– Już jesteś – zaśpiewał ojciec z luster. – Twoja inność mnie zamęczy – zagrał na skrzypcach. – Mój syn nie chce być fizykiem, naukowcem! Jak… – przerżnął struną zwierciadło.

Zostawię ojca we fragmentach. Wyspowiadam się, klęcząc na kawalecie. Wokół bryja kolorowa. Widzę oddech płodów. Myśli w gęstym skupieniu. Zipią ze ścian. Riberting nienarodzonych. Wokół lęki. Lęk, lęk. Rozproszył komasację. Larum w mózgu. Wspomnienie zbrodni.

                        

Smród palonego majora. Brygady Białych podłączyły do prądu SB. A ja na to patrzyłem, śpiewając coś radzieckiego. Szczęście moje większe od Katowic. Śpiewałem jakiś czerwony marsz, nie fałszując. To tak jak bym sam zabijał prądem es-zbója.

– Zabiłeś go i co teraz będzie z Twoimi książkami, obrazami? – zapytał Eisen. – Znikną w karze Boskiej. I ty znikniesz w czerni, czerwieni.

– Nie bój się o teksty swoje – pociesza Anioł Stróż – Dobrzy ludzie je wydadzą, a Bóg zachowa twoją koronę z papieru. Zrozumie twój ból, strach, twoje zachowanie w różnych czasach.

– Lecz tu, na ziemi bądź mężczyzną, synem moim –odezwał się ojciec z wklęsłego zwierciadła. – Walcz ze strachem, ze złem – wyjechał z ramy na koniu. Krzyk i rżenie. Za dużo ojca w malarni.

– Walcz! – błysnął rotmistrz po lustrach brzeszczotem. – Jestem Durski z Jutrosina. Ignacy! – woła, wymachując światłem. – Niech nasz krzyk wędruje po Polsce. Mój krzyk i syna mojego. Niech opływa Ziemię dziewiątą falą, tą najwyższą, niebezpieczną dla serca twego. Lecz mimo wszystko wołaj ze mną jak najgłośniej, a jeśli trzeba, to umieraj. Za naród. Śmierć zawsze lepsza od strachu, od bycia tchórzem. Od byle istnienia. Zerwij czerwoną kokardę z warg, czarne szarfy z nadgarstków, z kostek nóg. Biegnij wolny do gwiazd, do Tajemnicy. Biegnij do Boga z Polską maleńką, z jej Duchem wielkim.

Pędzą Wisłą czarne konie, szwadron ojca Ignacego, pióra szabel. Świecą nocą. Zapłonął nurt w kopytach. Dreszcz wody, krew chłodna, jeszcze w ziemi. Kir z karego pozrywany. Lance spienione purpurą, podkowy gładsze od śmierci armiejców. Cofnął się ogień w wodę, narzędzia wojny w dzwon. (Powinienem pisać ciszej). Mój oddech płynie do serca Orli z ziemią przodków. Znów po falach czarny wierzchowiec. Wybiegł z cienia Jutrosinka w przeszłość.

Dalej ten strach. Zaraża się dusza od ciała. Z czerni kula. Gnój w sercu gorący. Spozieram w lustro, w siebie. Została sama prawda. Wysupłać się z tego systemu, a nie zwariować. Przyjaciele daleko. Wszystkie kąty bez cieni – samotność. Stawiam dom w sobie dla przyszłej kobiety z okien, luster, zobacz, wyjrzyj. Ja, syn fizyka, zakręcony sztuką w klatce nauk ścisłych.

                      Ptak słowa w wodę
                      Ziemię
                      Upadły dźwięk
                      Jaskółka święta

Moja pięść z krwią błękitną. Z kłykci, z kłęba uderzy w przemoc, w zło. Na głowie wieża Mariackiego Kościoła. Z jego sterczyn błękit. Materia Duchem! Nie potrzebuję już Aniołów, ciebie, Stróżu. Nie musisz już czuwać, dzień i noc. Byłeś dobrym opiekunem. Przeprowadziłeś w czystości przez mafijne tryby, przez umysłową zarazę. Twoje skrzydła z rozpiętym zapachem, z niebieskiego futerału. Czyniły dobre znaki. Opisywały swobodę. Siłę ze źrenicy. A teraz spadasz razem ze mną. Zmierzwione pióra. Wyżej cienie świetliste. Też wspinam się do światła. Czy doznam olśnienia w dole? Lecąc, odpiąłeś skrzydło połamane. Niech leży teraz w przeszłości, w pokojach dziecka z diabłami. Dzięki Tobie jestem dalej mężczyzną, mając lat sześćdziesiąt dziewięć.

Mój duch do lustra przylega. Widzi przez kryształ demony, ugłaskane węże. Zęby jadowe kruszą pokój, kamienicę, syk w mieście. To mój lęk, krzak cierniowy, rośnie z szyi starej. Nie mam głowy, korony. Koszmar zanurza mnie w lustro. Pod nim czarne pluskwiaki. Wypatrują moich oczu, fal purpurowych na powierzchni światła. Moja miłość między brwiami.

                      Wariactwo na granicach duszy
                      Małgorzata z czasu przeszłego
                      Anioł smutku
                      Ściany zimne od dłoni
                      Rozchylone lustro
                      Ból w szkle
                      Widać czarnego kanarka
                      Rzucony w poetę
                      Ciężka świadomość siebie
                      Poczucie chorób ze wspomnieniem zdrowia
                      Krosta rozpaczy

Coraz bliżej chodnik bez dna. Poszerza się szybko twardość. Spadam z dachu z Aniołem. Stróżu! Twoja śmierć przewodnika. Wydeptałeś mi ścieżkę na szczyt. Prowadziłeś przez ogień i wodę. Zawsze czułem Twoją obecność, kiedy spałem, bez ciała. W rozdarciu powiek czerń. Z piersi płuca płyną, z warg oddech pracowni.

Wzrasta przekaz z Orionis.

Na ulicy kupa czerwonego mięsa. Moje świństwo. Obok niebieskość Anioła.

– Obudź siebie – powiedział Stróż, mój Przyjaciel nieśmiertelny. – Przeżegnaj te dwie proste. Jestem twoim ochroniarzem. Pilnuję w rozpaczy. Nie zabijesz się.

– Nie strasz dzieci, spadalcu – szepta ktoś nade mną. Zbiegli się przechodnie wokół mojego wstrętu do życia. Ale nie chcą być świadkami. Takie mięso straszy.

– Dzisiaj Bóg Zwątpienia – zaśpiewał Anioł w iskrach. Za dużo samobójstw, morderstw. I jeszcze te wojny religijne. Ta bezczelność wobec Boga. W Nim też lęk wielki. Jego ludzie zwariowali. A Był szczęśliwy po stworzeniu świata. Radosny, dając ludziom rozum, aby im służył w dobrych latach. Przelewa się strach w Boga sercu, kołują gwiazdy. Pogasną, krążąc.

– Boże, jesteśmy podobni do Siebie przez ten paroksyzm lęków. Niemoc w lękach. Bóg i artysta zamknięci na Ziemi – jeszcze ktoś szepta Durskiemu. (To ja?)

– Zabieram cię w podróż po innych planetach. – powiedział głośno Anioł. – Zbyt ciężko Tobie tutaj. Za ciężko też ludziom z Tobą.

W konającym chodniku, w umierającej ulicy wielka trwoga przed Tajemnicą. Wreszcie przypływ ciemności. Spokój nieskończony.