Ja a świat

Publikacja w sZAFIe #44/2012.
 

Zadomowiłem się trochę w tym świecie. Chwilami nie jest straszny. Można go polubić. Być w pięknym. Po białych nocach czarne dni. Zaczynam też lubić siebie. To trudniejsze niż kochać innych. Zostawiam na razie niedolubionego Jacka wśród skochanych modelek i idę z paletą – malarz do pisarza, głębiej, w środek jestestwa. Odnaleźć duszę w ciele, rozum w umyśle – w nim cały świat. Mój chód przegrany.

 

Dotknąć prawdy małej.
Wyjąć ze światła
Serce gwiazdy wyodrębnione
Uwięzione w ustach

Duża prawda zbyt wielka dla Durskiego.
Rozum kwaśną kromką, dusza kromą.
Brzeg talerza śpiewał o kole głodu
Ból szklanego słowika wykrzywiał zęby
Zdzierał skórę z fajansowych jam
 

Kiedyś patrzyłem w pusty talerz, w dziurę po chlebie. Mierzyłem tę dziurę z ojcem. Teraz nie całuję chleba. Naplułem w głód przeszłości. Wilgotne skrypty dziecka.
Pragnę sztuki, wierszy w liściach, prozy z kamienia, obrazów ze śnień, muzyki pejzażu. Pragnę też zmarłej Małgorzaty. W pracowni wyrasta z niej poemat. Rzucam w moją twarz płonącym kasztanem. Ból wzmaga słowo. Widzę energię podczerwoną.
Krwawi pragnienie. Książki moje tłumaczone głośną żądzą na angielski, na hiszpański. Czytane, podziwiane. Na biurku medal z Noblem. Gdzie granica łaknień? Nie ma. Chcę wszystko. Być znanym. Być w literaturze i w pięknych kobietach. Nie wychodzić z fal gładkich, kwiatów rzeźbionych. Liżę duszę jak wilk postrzał.
– Słyszysz, Habrowska? Zwariowałem w fotelu, aby nie zwariować na krześle.
– Za głośno w tobie od poematu. Będę musiała posprzątać ten nagłos – złożyła Ewusinka piąstki w pięści. – Wciągnąć to, o tak, w układ oddechowy. Uniosła się kartka na blacie.
(Już lepiej wrócę do pisania bez żartów.)
Szepczą zmarli
Zapalają Durskiemu koronę mózgu
Nad białym poematem błękitna aura. Niech myśli pisarz nieustannie.
Wnętrza kobiet w ścianach. Z krzyków wielokąty. Wszystko w lustrach. Ilość ud zdeformowanych. Wbijam siebie w wargi bez imion, bez nazwisk. Niezły wzwód gąbki. Spływa piękno z muru. Wystrzał z brzucha. Wybuchło serce, krwią i spermą. Noc słabnie.
Oszalałem w Sosnowcu przez ten pisany poemat. Nie kontroluję już kompozycji. Czkam słowa. Mój łabędź krótko śpiewał. Zamarła literatura.
Za drzwiami dwoje moich dzieci, które Bóg dał za chwilę seksu. Działań bez uczucia. Dzisiaj pragnę ich miłości. Ale ojciec bez kasy, uparł się, aby pisać mądrze. Nie chcą ambitnego. „Z twoich książek rzeźby małe”, słyszę myśli syna, córki. Myśli ojca w myślach dzieci.
– Lepiej starego złożyć w wierszu, w białym grobie. I tak nie da na samochód – hałas zdań przeraźliwy.
– Mamy składać prozaika w poezji!? Niech go złożą jego baby. To ich dźwigacz jąder! On w synergii z Filipczak wymyśla podwójny erotyzm. A powinien… co powinien?
– Pracować w PSP, zaistnieć w kręgu pieniądza, przystosować się do PRL albo być naszą gosposią – odchodzą spod drzwi ze śmiechem wysokim.
Nie wejdą do mojego mieszkania. Nie przychodzą do mnie od lat. W Wigilię najtrudniej. Idę sam do siebie z
opłatkiem. Mróz trzaska w herbatach, nie chce mi się odkręcić kaloryferów w mieszkaniu. Ogrzać domu dla nikogo.
Rozwiały się głosy za drzwiami. Ciemnieje w pracowni, w Sosnowcu. Z głosów waszych, synu, córko, wybrałem swój krzyk. Poziomy. Nie bójcie się. Nie dojdzie do Boga. Ponad niebem otchłań.
Grzeję pościel księżycem. Nie będę błagał dzieci o miłość. Obszar ciszy w Zagłębiu.
Zarosło biurko zimnym miastem. Oziębłe kikuty metafor. Nie płoną lasy na Muchowcu. Nie urodziły się inne dzieci. Nadmiar siarczanu w atmosferze.
Za to Bóg ubłagany. Śmierć rzadko zagląda. Tylko co noc. Wśród czarnych luster, szarych ścian jest taka kolorowa. Muska szeptem szyję. Namaluję jej akt tlenkiem kobaltu. Proch i pigment.
Życie już w śmierci. Całe życie.
Tąpnęło w piersiach. Nie wiem, czy znowu umierać. Odejść z Panem Bogiem. Wolny od światła. W moją umarłość i Jego życie. Odczuwam lęk wibracji naszej planety. Czasem kołuje pokojem. Odpycham się od sufitu, ścian. Podłoga wygięta, zbiór krzywych płaszczyzn.

Jednak mało mi jeszcze kosmosu. Tego wokół i dalej. Tak mało tej planety błękitów zielonych. Mojej Ziemi. Nieba zawieszonego w dolinie. Nieba w koronach drzew. Nieba w ptaku. Nieba w kościelnej wieży. Nieba w wibracji ciała. Tego piękna. Trzasnął przegub zachwytu.
Nie poznałem dokładnie moich przyjaciół w nauce i w sztuce. Nie znam tak naprawdę nikogo. I siebie nie znam. Nie zszedłem do dna ciężaru. Tylko czyham na sen z gotowymi wierszami w niedorzeźbieniach nocy. Na środki wierszy bardzo białe. Nie wiem, co to prawda wielka. Garb duszy z krawędziami kamieni. W piersiach wypukłość słów. Nie można z żeber ruszyć tych wyrośli. Stałość fraktalna. W tym kodzie zapis przyrody. Kocham ją, malując, rzeźbiąc, natomiast ludzi kocham w pisaniu. Całą naturę.
W tej chwili zobaczyłem w oknach obrazki, które kiedyś sfotografowałem umysłem, spojrzeniem dziecka, chłopca, mężczyzny. Dużo obrazków. Filmy spod świadomości i filmy świadome. Poszerzyła się ściana z oknem. Na parapetach wiewiórki siwe.
Widzę:
Jutrosin z duchem Durskich. Obracane wiatrakami niebo. Pola nasiąknięte błękitem Orli. Krążą z czoła poza horyzont. Zaczyna dymić rosa. Postacie stryjów na łąkach. Który z nich zmartwychwstanie w tej mgle niebieskiej? Ze skrzypiec ojca ptaki piękne jak baśń. Ojciec gra „Kobylino…” Chce też coś powiedzieć, wrócić Stamtąd, z historią Św. Boboli. Lecz Bóg nie pozwala, więc stary tylko smyczkuje. Szarpnął struny aż z szyszek las wytryska. Zawiązały się kokardy wiatru nad Szymonkami. Wychodzą z kapliczek Madonny posłuchać zmarłego fizyka-muzyka.
W Białce płynie po kamieniach krew. Czerwony pstrąg, jego ślad. Czuję ostrość, twardość metalowego pręta. Cieszy się letnik w Bystrej, że ugodził szybkiego. W pracowni śmiech miastowego. Chichot betonu i stali, chichot miasta ze wsi. Klasnął za szybą zdychający pstrąg.
W Kościanie, w parku, spór gawronów z krukiem. W czarnych dziobach białość. Przepędziłem czerń z białego, płosząc ptactwo na obrazie van Gogha. I tak się zastrzelił tragiczny malarz. Obróciła się nade mną noc. Zaploty kosmosu, gwiazdy przeciwne. Niebo czarne od piór. Krakało. Spacer w krakaniu z Haliną Dymarek. Przechadzka nad Obrę, kochać się w ulubionym żeremiu. Niech bobry popatrzą spod gałęzi.
W Puszczykowie śpiew wilków z księżyca. To światło krąży w płatach mózgu. Wylewa się ciemieniem z kawałkami Luny, z pieśnią Kosmosu. Błyszczy w igliwiu sierść. Pędzi we mnie jeleń. Las o boki uderza – wilczyca blisko. Rozpruty kłami grzbiet. Chybota księżyc, rżnąc moje ciało iluminacją. Wilk równo przecięty dalej wyje w pamięci.
Pod Tucholą wieniec kulistych błyskawic, elektrycznych kul. Wiatr pobrał bryły ognia. Zabił kilka krów na łące. Niebo energią spalone. Nie widać aniołów. Pościel trawy granatowa. Błądzę od lat w tym obrazie przyrody. Teraz i we mnie piorun. W sierpniu 2012 roku.
W Zakopanem wyrazistość grani. Gibka ścieżka z krzyżem. Naraz przepaść, urywa się piarg. Rośnie góra nad górą światła, wielki blask. Niebo aż do błękitu. Na rogach skały chór Aniołów. Z rozpękłego kamienia zaśpiew ziemi. Halny obrócił mi mózgiem, kręciołkiem intelektu. Mój piorun, ten z Tucholi, Giewont zaczepia. Wysoko rusztowanie błyskawic. Krzyż wyniesiony w niebiosy.
Nad Pruszczem Gdańskim plamka tęczy w oku. Wniebowstąpienie. Wysokość szeroka. Obfitość barw. Wylewa się światło z kropel. Stojąc pod tęczą, czuję się bliżej Boga. Poznaję jego plany, wołam do Najwyższego. Przez chwilę był człowiekiem, kolegą, malarzem. Wykrzyczałem naszą odległość. Nie potrafię zbliżyć się do Niego, opowiedzieć swój strach. Odpisał na tęczy, niewyraźnie. Deszcz krąży zamiast padać.
Sopot. Wiatr z różnych klimatów. Moja pięść w piasku trzyma mrówkę, świat mrówki. Mrówka zniknęła w gorącym. Anna Filipczak opalona, złoto, złoto, wchodzi w mięśnie wody, w błękit. W złotym karku drzazga światła. Fale stoją uśpione lepkim upałem. Anna zdjęła wszystko. W wodzie szelest nóg wysmukłych. Kontury podbrzusza naprężone. W kroku kontynent, niebo raz blisko, raz daleko. Szyja z prędkim oddechem. Z oczu Anny blask ( ), tej istoty, która mieszka w środku. Pokażę ją w lustrach( ). Całe ciało doskonale gęste. Poprowadzi nas na szczyt, gdzie Anioły z zapachem kobiety. Z piersi złote ptaki lecą, płyną. Żądza ciemnym złotem. Z miłosnego krzyku szept. Furia wspaniałych opada. Zostałaś, Anno, wzięta w falach, pokryta falami. Nie przybierzesz już kształtu człowieka. Wynurzył się z zatoki złoty Anioł. Stanął na niebieskim pod tęczą.

Za piecem w Witnicy wyschnięty świerszcz. Cyka cisza. Wuj Szmytkowski rysuje karykatury. Zawsze swoich bliskich. Z ogrodu, z otwartych okien, z prostokątów przyrody płynie cień obłoku. Cyka cisza wuja i siostrzeńca. Zapowiada motyla. Jego skrzydło znowu wywoła tornado. Czuję wirowanie Ziemi. Wiele wirów. Każdy w inną ciszę. Wiatr na dach położony. Śpi z dymem. Ciszo ustąp! Skwir ptactwa wyostrzył kreskę wuja. Drobna jabłoń wyszła z ogrodu i stoi w mieszkaniu nade mną. Spadają mi na głowę wykrawki nieba, niebieskość, niebieskość. Zaczynam rysować Szmytkowskiego.
Znowu w Bystrej. Noc świeża. Ogryzam korę dębu, wierząc w jego moc, prawie poganin. Wyjadam w drzewie drogę do nieba. Zabiorę z Ziemi miąższ szypułkowy na M45. Zaszelepotało w gałęziach. Głębokość świata żyje, wypiętrza się w słojach. Pryska ziemia. Ten dąb z Beskidu pierwszy w śpiewie niskim, wyżej sosna z Puszczykowa. Do dziś krzewię się przy nim. Przez lata był moim lekarzem, dawał mi niebo i ziemię, moc trawy i wiatru.
W którym to agro ślimak na czole, komar w oku? Ślad po dłoni na twarzy. Fuj! Co za linia życia! Nagle łopot stawu. Pijany letnik rzucił kurę w niebo, w wodę. Mokra kura wariuje w rękach. Kilka piskląt opuszczonych. Trzepocze pod powieką dzisiejszy dzień. Idzie za mną staw z łabędziem. Czułość wody. Pieści moje pisanie. Spod lasu purpurowe słońce, czerwone sarny. Wzburzony popiół z ogniska. Wypalone ogniskami kręgi. Nie pamiętam miejscowości, tylko siebie tam. Z kartką na kolanach, z wiejską chatą na plecach.

Na Porąbce widzę ogród z czarną trawą, śmierć wchodzącą na błękitne drzewo. Liści płacz. Ogród mój, nie mój, wieczność w fałdach pnia. Rano z mgły. Z psów mgła czarna. Opróżniam blaszki ciemne do kryształowego dzbana. Miąższ świateł. Zostają tylko wiązki przewodzące. Cały ogród w koszu. Śmierć Janiny Łuckosiowej.
Ostrość rżyska w Wilkowicach. Twoje skóry, Ulo, moje nocną ściernią. Ciemność klaska jądrami. Kłąb dwóch ciał coraz głębiej. Czuję w sobie ciężar samca. Mięso samicy nienazwanej. Łomot od tyłu nadzwyczajny. W podbrzuszu rzeka spermy. Czuję rozkosz kobiety. Płonie rżysko. Wreszcie jestem bestią w płomieniach. W tym ogniu doskonałość zwierząt. Zdzieram z siebie skórę. Z łbów naszych jakaś gwiazda. Natura w Kosmosie. Świt. Ziemia niebem. Moje zwierzę odpoczywa. Czekamy na Andromedę. Pęka w ślepiach dzień. Znowu ciemność na ściernisku. Rani deszcz. Czujemy góry coraz bliżej. Beskid piersią naszą. W sercach kryształ ze źródeł Białki.
Pojąłem naturę w lasach Jutrosina i Szczyrku. Bóg podał mi rękę pod ziemią. Modlę się za chore drzewo. O zdrowie ptaków proszę. Całuję rzeźby z igliwia. Z tych widoków poukładam kiedyś inny pejzaż, inny świat. Nową żyjąca całość.

A teraz sfotografowane postacie bliskich. Zbyt wiele albumów. Z tysiąc twarzy, ciał, otwiera się w oknach. Wylosuję tylko dwie postaci serdeczne. Jednego mężczyznę i jedną kobietę. Niech przypadek decyduje komu wejdę do kości. Znajdę ich powiązania z Bogiem, z Kosmosem i ze mną. Przewróciłem w szufladzie ze skarpetami tysiąc karteczek. Nazwiska tych ważnych dla mojego świata. Trzaskałem w pracowni, zamykając i otwierając drewno w drewnie. Potem włożyłem dłoń między skarpety i wyciągam trochę liternictwa – Wuj Wincenty Szmytkowski, kiedyś zdolny aktor i Sarah Kaczmarek zdolna do wszystkiego (co za wyszukane imię do zwykłego nazwiska). Obydwoje z Poznania. Szmytkowski dawno w grobie, a Kaczmarek żywa. Żyć będzie długo, albo za długo ćwicząc i ćwicząc na siłowni piękną powłokę i kontemplując duszę. Poza tym seks, seks, fizyczność z duchowością. Fraktalność z seksu w triadzie.

Wickowi w dzień wystają z marmurowej płyty zdolności i zacność komedianta, natomiast po nocach gra Wincenty na cmentarzu wielu Hyde’ów, mężczyzn, za którymi szalały kiedyś prababki z Wielkopolski. Chodziły po Warcie i sześćdziesiąt osiem centymetrów nad Wartą z metrem krawieckim, aby zwrócić na siebie uwagę Szmytkowskiego. Wincenty-Hyde, prawdziwy mężczyzna, zwierzę w zwierzęciu, z prośbą w pięściach, z chcicą w kłach. Lecz na widok Bittnerówny zadzierał tylko motocykl i tak jechał dookoła opery, informując wielką primabalerinę o swoim wzwodzie.

Sarah, istota z innej planety. Zarejestrował ją w randkach nawigator czasu. Szuka tu na Ziemi esencji międzyplanetarnej. Na razie znalazła mnie, pisarza z Sosnowca, i udaje zadowoloną. Mamy to samo widmo, co zdarza się raz na ponad milion lat ziemskich. Wystarczający powód w wielu wymiarach. Chce teraz połączyć swoje doświadczenia seksualne, swoją tantryczność, z moją Nową Geometrią. Rozmiażdżę Sarah od środka. Niech wie, że żyje na Ziemi. Chce ona w moich książkach posunąć interakcję „Słowo-obraz”. I mnie posuwać. Pchać, posuwając pisarza w rozwoju. Uzgodniła ze mną nagością badanie map mojej duszy. Ale zaraz, gdzie ona schowała mi ducha i duszę! Umysł z mądrością! Mam tylko ciało. Może w którymś z luster? Ma ich pięć razy więcej w swojej pracowni, sypialni, łazience niż ja. Dwadzieścia. Tak samo głębokie wariactwo Sarah i sreber. Lubi współżyć we wszystkich na raz. Kocha ruch, Kaczmarek, poszukując tego łącza z PonadBogiem. Dla siebie i dla mnie. Zmienia strukturę materii, aby przenosić ducha z duszy do umysłu. Ona, Wolnomularka i do tego wolna.
 

 

Kołysze się ciemność światłość
Płynie masa
Nie ma mnie na moment wśród żywych
Jestem Tam
Jestem tutaj
Z powrotem
Moce umysłu nad głową
Na ich krawędziach wzmożony ruch
 

Niech spierdalają trochę dalej. Niech jaźń nie doświadcza manipulacji. Niech moja dusza-sumienie zawsze stoi przy sztalugach i biurku. Niech pilnuje mężczyznę złego z natury.
 

 

Mój język wizjonerski
Mój penis bez polotu
Co za harmonia mistrza
 

Staję się z Kaczmarek jedną osobą ze wspólnym programem duchowości, niefizyczności.

Lustra Sarah już niepotrzebne, piję z nią nie wiem co. Uzależniony z uzależnioną. Pijąc, rezonujemy wspólnie z moim Orionis i jej Syriuszem.

W kole inkarnacji Pan domiesza mi w głowie.

Będę tam, na M-45 równy Bogu, w sieci Tajemnicy. Z innym DNA na skutek transferu. Inny byt duchowości. A moje ciało? Tam też będzie do dupy? Nie wiem. Może zaistnieję na Orionis bytem niefizycznym. Nie. Raczej zwariuję do końca, tu na Ziemi.

Jak dobrze w kwantowych sztukach kochania, w których wspólna wibracja atomów. Zdarzają się nowe pozycje i słowa nowe. Wszystko z serc i genitaliów. Żarzy się pode mną, nade mną, nowe prozaika. Na ciele gorejący krąg.

Mój świat to przyroda, kobiety. Kobiety-matki, kobiety-kochanki. Ale przede wszystkim praca-kreacja. W dzień biurko pod oknem, rząd sztalug poświęconych pod ścianą, mebli świętych. Komputer na noc.
 

 

Na rękach skrzydła
Mój świat otwarty

 

Maluję obłęd. Z czoła kropla żywicy damarowej. Rośnie szaleństwo, supła się w płaskorzeźbę. Rzeźba blisko. Szelest marmuru pod skórą. Opętanie do wyjęcia z ciała. Posąg ze słów krzyczy. Stawiam figurę przed lustrem, a zgiełk wyrazów na balkonach.

Przede mną biurko prozaika. Długopis krwią. Ciężki od farby cynobru. Zeszyt biały, biała otchłań. Mój strach. W strachu jama z pisaną powieścią. Osuwa się dno, mrok nasączony grzechem.

Z biurka płomień, popiół z mebla, ze mnie. Lecz nadjaźń z Bogiem opowiada o pisarzu spod G2V. Mówi w gwiazdozbiorach, galaktykach.