JUTROSIN


Ignacy Durski (Ojciec Jacka) przed wyruszeniem na front polsko-bolszewicki (Jutrosin 1919 r.)

 

Spalcie mnie po śmierci i rozsypcie resztkę pod Jutrosinem. Najlepiej blisko madonny z Szymonek, tej z wypłakanymi oczyma albo nad Orlę, przy którymś mostku.. Pójdę sobie stamtąd do nieba.

Z błękitu sfrunął ptak. Jechałem dwukółką przez jutrosińską zieloność z małego dworca kolejowego do małego miasteczka. Mgły rozwiewały się odsłaniając coraz to dalsze pola i łąki.

Podskakiwałem na kolanach dziadka Blu. Ojciec ojca coraz ostrzej poganiał konie okładając lejcami brunatne zady. Dał mi prowadzić na prostej. Pędziliśmy jak wiatr, a za nami w bryce cała rodzina obiecująca dziadkowi „że go zaraz wsadzi do Wronek.” Było wspaniale. Pierwszy raz kierowałem końmi i poznałem dziadka z porąbaną głową. Dziadek Blu rówieśny Piłsudskiego miło wspominał wyprawę na Litwę, chociaż wrócił do Jutrosina ze szparą w głowie po czerwonej szabli. Jeszcze dzisiaj mógł włożyć w środek czoła grosz albo medalik z pierwszej komunii.

— Cybatego miałem wierzchowca — opowiadał mi zaraz po szaleńczej jeździe. — Potykała się szkapa i potykała, o tak. I potknęła się kiedy ciąłem kolejnego armiejca. O tak ciąłem — wytargnął szablę z pochwy. Zamigotało w pokoju słońce.

— Codziennie wywija tą brzytwą, aż strach — skarżyła się ojcu babcia. — Kiedy tylko wyjdę z mieszkania a przecież muszę do sklepu, Blu narzuca kołdrę na poręcz naszego łóżka, nasadza poduchę i z okrzykiem „no, ustaw się cybaty” wskazuje na rzekomego wierzchowca. Ściskając łydkami dębowe esy-floresy rusza na Mołodeczno. Musiałam odsunąć łóżko od ściany, żeby jechał jak lubi. I wyciął Polskę z atlasu Zbinia, Polskę z innymi granicami.

„Powinniśmy być wszędzie” straszy listonosza szabliskiem.

— Sam generał widział jak cybaty pogryzł tego armiejca. Zagryzł go najdroższy kiedy leżałem pod kopytami — wyszczerzył dziadek zęby i chapsnął mi marynarkę. — Razem dostaliśmy virtuti.

— Zostaw małego, dopiero przyjechał — oderwała się babcia od mojego ojca, od najukochańszego Ignaca.

— Nie było rozkazu gadać z babami — zachichotał dziadek i już siedział okrakiem na szczycie małżeńskiego łoża. Dosięgnął pamięcią ciepły łeb wierzchowca. Zarżał za cybatego.

Dziadek Blu był tym najważniejszym w Jutrosinie. Był żywym pomnikiem w miasteczku. Walczył z Rosją i Związkiem Radzieckim, z prusactwem i hitlerowcami. Większość życia spędził na koniu, z szablą. Słuchano go stojąc na baczność, tolerowano starcze wygłupy. Dopiero za nim stał ksiądz-proboszcz, lekarz, aptekarka, wikary. Tę kolejkę zakłócał tylko mój ojciec, kiedy przyjeżdżał do Jutrosina. Na szczęście dla „kolejki” co kilka lat, na Wielkanoc. Teraz przyjechał ze mną, pochwalić się pięcioletnim mądrasem, który już czyta od roku i rozwiązuje zadania szachowe.

— Po obiadku idziemy na spacer pokazać się wszystkim przed Wielkanocą — powiedział.

Wyszliśmy z przyjemnie chłodnej kamienicy, obrośniętej bluszczem na taflowany gorącem rynek. W czarnych lakierkach, z czarnymi parasolami spacerowaliśmy po kwadracie przez dobrą godzinę witając się z jutrosiniakami. Słońce płynęło ze ścian ratusza. Dobrze, że drzewa podsyłały cienie. Przywitawszy się z ważniejszymi w miasteczku zeszliśmy nad Orlę rozwierzbioną stojącymi nad nią iwami. Szemrała wpływając pod drewniany most. Zdjąłem buty i odłożyłem na trawę parasol. Popiękniało. Ojciec też ściągnął buty. Położył się pod niebem. Dookoła rozlewały się pola i łąki. Jezioro zielonego i brązowego. Pływały w nim biało-czarne krowy. Stały strachy-charłaki. Daleko, na drugim brzegu smukliły się wieżyczki kościółka. Usłyszałem ciche dzwonienie. Dźwięk polatywał równiną. Krążył niebieskawo, przysiadał bieluchno. Białe, zaróżowione na brzegach koła. Przez chwilę postrzępione gdakaniem kury. Dzwon brzmiał coraz mocniej, głębiej, niebiesko i żółto. Dzwonił do dalszych wiosek, falował barwami. Zabiło coś w ziemi, pulsowało pod piersią. Słyszałem bicie serca i nadobłocznego ptaka. Dziwna moc uniosła mnie z trawy. Rozkrzyżowałem ręce i leciałem nad Jutrosinem.

— Dziadek jedzie po nas dryndulą — odezwał się ojciec. — O, zauważył, że patrzę i pędzi jak nienormalny.

Przestało dzwonić. Przebrzmiewające dźwięki-kolory opadły na równinę gasnącymi kręgami. Niebieski spopielał na wierzbie. Przysiadłem na parasolu. Zaszeleścił zwyczajnie krzak.

— Na „zajączka” kupiłem ci wierzchowego i siodło — powiedział ojciec do dziadka. — Od Sobańskich. Przyprowadzą po Wielkanocy. Ale pamiętaj najszybciej truchtem. Co robisz!? Całujesz mnie po rękach?

Nie spałem całą noc. Ten dzień miał tyle obrazów, muzyki. Dziadek udający cybatego. Maczugowata wierzba pochylona ku Orli, odbita w wodzie. Kościółek oblepiony domkami. Rozkolebane dźwiękiem barwy. Dziadek ściągający lejce. Pędząca jak ogień dwukółka. Różowy podźwięk dzwonu, różowo-szary. Wiechciowate dłonie strachów-charłaków. Rynek z jutrosiniakami. (Weszła w to naga Indianka i nagi Indianin). Daleko, mrużąc oczy stado biało-czarnych krów. Dziadek całujący po rękach ojca. Polerowane wiatrem niebo. Ptaki. Dziadek śmigający szablą. Ojciec śmigający szablą. Dziadek i ojciec śmigający szablami.

Rano msza przed witrażem Mehoffera. Niech Bóg ma ciało i głos, niech nie będzie taki nijaki.

A po komunii wszyscy przy święconym stole. Stryjek Jasiu odepchnął chętkę, na któryś tam plaster szynki... e, nie będzie jej dzisiaj odpychał.

Po południu wracałem z ojcem do Katowic, do matki. Dziadek płakał. Żegnaliśmy się „do przyszłego roku”, na zawsze.

Drugi raz przyjechałem do Jutrosina po dziesięciu latach. Z dworca wziął ojciec taksówkę. Sunęliśmy do miasteczka wśród zielonych traw. Słońce płonęło pod powiekami fioletową falą. Popędzał konie zmarły dziadek. Zawoził babcię do nieba. Świecił Gusi klingą.

Taksówka zwolniła. Otworzyłem oczy przed ścianą bluszczu. Ukłonił się przechodzący jutrosiniak. Stanął. Wziął od ojca walizkę. Wysiedliśmy z parasolami.

W kamienicy powitał nas stryjek Jasiu, stary kawaler ze swoją konkubiną, panią (zapomniałem nazwiska). Zapisał jej wszystko. Sprzedała konie i szable. Sprzedała dziadka ziemię. Nawet pół domu sprzedała. Złości się zmarły dziadek. Krzyczy ze ścian i szuflad. Błyska w lustrze brzeszczotem.

Usiedliśmy jakoś do wielkanocnego stołu. Mnóstwo wędlin, sosów i chrzanu. Żółcone cebulą jaja i czekoladowy baranek. Jemy i rozmawiamy omijając kilka tematów.

— Zbiniu zgubił dziecko na dworcu. „Kto przyprowadzi do dyżurnego małą Marylkę dostanie cztery walizki” ryczał do megafonu.

— Poznali się przy sekcji pijaka.

— Pamiętasz Ignac tę szarżę pod Wilnem? Naraz roztrysnęła się ziemia, lecz ja i kilku wiernych pędziło dalej, za tobą, na sowieckie okopy.

— Pamiętam. Podaj mi sól i pieprz.

Posolone i opieprzone jajko.

— A pamiętasz Ignac tę szarżę za Lidą? Poprowadziłeś nas na czerwone tabory. Tańczyła śmierć po głowach sołdatów. Wzięliśmy tyle broni, a ty dostałeś swój pierwszy krzyż.

Ojciec na ostrym koniu, szwadron za nogą szablą ojca.

— To ty tato byłeś bohaterem? A mama powiedziała, że zrzucasz rogi w Warszawie.

— Co u starych Sobańskich? Dalej kładą duże na małe?

— Dalej. Młodzi też. Michał skończył historię sztuki i gospodaruje w PeGeeRze. „Żyto nie żyto” zgadują specjaliści ze Śremu. „A gdzie to się pochowały ziemniaki?” szukają specjaliści ze Środy Wielkopolskiej.

Przeistoczyłem się w ojca na ostrym koniu. Pędzę. Rosnąca w oczach kolumna. Wdzieram się żelazem w nienawistną masę. Ten! Już wybrany na śmierć. Mój. Już nie zgwałci, nie spali. Najeżdżam i tnę z góry, i obalam z koniem.

— A pamiętasz Ignac tę szarżę w rejonie Ossowa? Byłeś taki młody, a już dowodziłeś batalionem. Blu, chcąc nie chcąc, od czterech dni służył pod tobą. Chciał się przed synem popisać. Dlatego dostał po głowie. Później zwalał na konia.

— I rży teraz co noc. Ani go wapnem zadusić, ani ukropem sparzyć. Musimy żyć z Blu. Dobrze, że Gusia nie straszy.

— Wszystko pamiętam, a najlepiej ciebie Janek na końcu ataku. Mogłeś pilnować starego.

— Jak miałem pilnować, kiedy był szybszy ode mnie?

— Jacusiu, idź proszę na spacer!

— Lepiej mówmy o Zbiniu. Liznął Simone de Beauvoir i odwróci się od narzeczonej. Woli Ostrów Wielkopolski. Dziwny.

Podziękowałem i odszedłem od stołu. Coraz szybciej przebierałem nogami. Przedpokój, kręcone schody, rynek, i na prawo na cmentarz do dziadka, do złotych liter na czarnym granicie. Patrzyłem na żółtego robaka. Wylazł z grobu.

Co krzyż to człowiek. Istnieje w myślach bliskich. Umiera tak naprawdę po ich śmierci. Muszę mieć dużo synów, i córek, wnuków, prawnuków. Niech myślą o mnie na starość.

Kilka kobiet opowiadało o czyimś konaniu, o śmiertelnej czkawce. Robak szedł po złotych literach. Dziadek stukał iglicą fajki. Nadleciała czarna chmara wron, może gawronów, zatoczyła koło, rozbiła się o dachy miasteczka.

Nie wrócę do stołu, do tej krzywej Napierały (przypomniałem sobie nazwisko), co tak mówi o dziadku.

Poszedłem drogą do Szymonek. Międzydrzewne obrazy pól. Wiatraki, wiatrak, skrzydlina wiatraka, skrzydlisko. Dziadek na wierzchowcu ojca. Słońce w skrzydlinie. Dziadek na klaczy koloru pleśni. Rozerwana wiatrem chmura, białe części idące błękitem. Dziadek witający się z charłakami, z przydrożną madonną.

Pokazały się chałupy Szymonek. Kilka zagród pod lasem. Odjechał Blu do Gusi. Położyłem się w bzykającej trawie. Zmierzchało. Wiatraki lawowały pole długimi, niebieskimi cieniami. Jeden z wiatraków zawirował ostro i powoli zatrzymał się. Stanęła śmiga w miedzianym słońcu. Dotykające mnie zewsząd obrazy: niebo, skraj lasu, idąca po ręce biedronka, waliły się w mózgu, łomotały do jakichś drzwi. Wszedłem tak mocno w naturę, aż poczułem Boga.

Nade mną stał ojciec. Wysiadł przed chwilą z taksówki.

— Szukam ciebie od drugiej. Nie przyjedziemy już więcej do Jutrosina — powiedział. — Nie, nie z twojego powodu — zaprzeczył gwałtownie.

Wykrzywiła mu się twarz i zaczął płakać jak dziecko.

Nigdy nie zapomnę ojca pod Szymonkami, ojca spacerującego po kwadracie rynku, ojca za wielkim stołem, ojca bohatera. Nie zapomnę jego rodziny, mojej rodziny czekającej na nas z orkiestrą na stacji „Jutrosin” czterdzieści siedem lat temu. Będę pamiętać ten dom obrośnięty bluszczem, ratusz na pół Jutrosina i tę zieloną, niebieską przestrzeń, w której Bóg. Nie oddałbym tych wspomnień za złoto Niusi, za samochody przyjaciół. Rozkładam w myślach, na stole kolorowe obrazki. Tasuję i znowu sobie rozkładam. Przed chwilą ułożyły się tak: rozpękła wierzba. Dziadek udający cybatego. Dziadek śmigający szablą. Klockowe i szydełkowe koronki. Chłód poddrzewnego kamienia. Królujący na stole baranek. Biały krąg dźwięku, biało-różowy. Gusia z packą na muchy. Wioska obsypana kolorowymi dźwiękami. Gusia z oganką. Stryj słuchający Londynu. Stryj zasłuchany jak kuropatwa. Most łukowo przeciągnięty nad Orlą. Zbiniu z geograficznym atlasem. Dwukółka. Bezśmigły, podługowaty wiatrak, skrzyniasty. Szarża za szarżą.

A teraz: dziadek nad talerzem owsa. Podleśna wieś. Litosne ręce madonny, konopiasta suknia. Dziadek z babcią pod powiekami ziemi. Krwawiące mundury. Ojciec przed batalionem. Patykowata noga stracha-charłaka. Przeżółcony zasłoną pokój, rozcieplony żółtym. Wiszące na strychu zabawki. Siła dźwigająca z trawy. Grzegotanie żab. Stary Sobański przewracający w palcach monokl, a po dziesięciu latach binokle. Polska z innymi granicami. Przesuwający się po rynku cień wieży ratusza, bodzący ścianę bluszczu. Dziura w głowie dziadka; grosz i medalik.

Czas, żeby stanąć przed sztalugą. Zbieram rozłożone w myślach wspomnienia. Nie chcę grobu, tylko trochę trawy pod Jutrosinem.