OKNO
część pierwsza publikowana w Toposie i w sZAFIe

 

Przed chałupą Julii Huczek. Góralki.

Siedzę tu, pod gontem już cały lipiec. Pada w Szczyrku i pada. Będzie tak lało do końca wakacji? Boli siedzenie od siedzenia. Czuję tyłek najwyraźniej. Brzuch też boli, pusty bardzo. Hałas w kiszkach, chcenie kwasów. Głowa jednak nie pozwala wchodzić nogom do chałupy. Opór w mózgu. Stożek w kuli piknął znowu chłopca czoło. Dzień za dniem tak przesiaduję w drzwiach Huczkowej z ołówkami i kredkami. Rosną góry na papierze. Za to w nocy tylko słucham – rozpluskania, rozbębnienia – ziemi z wodą. Przetwarzam dźwięki na kolory. Widzę barwną prędkość. Coraz wolniej kapie z dachu. Coraz ciemniej w kroplach. Koc otula srebrnym dreszczem, wilgoć wełny, lecz zasypiam obolały od siedzenia, niechodzenia. Jestem wysoko nad chałupą w białym księżycu, za. Cicho tutaj, nic nie pluska. Tylko w kiszkach chłopca kruczy.

W chałupie matka z Eisenem. Nie chcę z nimi mieszkać. Narysowałem już izbę z parą kochanków. Olbrzymie łóżko, rzezane w słońca, półsłońca, wysunięte na środek, daleko od ścian „aby jakaś mysz nie skoczyła zza obrazu na jaśnie panią”. Przez niepogodę plaga gryzoni. Zbiegło się prędkie do chałup opalanych mierzwą. Smród gorący dla letników. Obok łoża pięć par walonek. W każdym bucie trzy butelki „Starowinu”, polewane zimną wodą.

Gorsza przyjeżdża co czwartek. Przywozi z miasta „Starowin” i coś do. Wypatrują służącą od niedzieli. „No, i nie ma Gorszej. Bukuje z listonoszem.” „Znalazł listowy pochwę w tłuszczach.” „Przyjechałaś w końcu służyć. Zostawiłaś Pocztę Polską? To posprzątaj państwu w izbie”. Gorsza zaczyna od myszy. Leżą w myszołapkach z rozgniecionymi nosami. Po wyniesieniu polnych w pole zwija obrus z resztkami jedzenia, ze zgliwiałym i z zjełczałym. Lecz najgorsze przed służącą – zmywanie okien po wymiotach. Nie ma Huczkowa basenu dla dyrektorowej. Rzygają kochankowie przez okno, okienko, w ulewę, albo w gazety Julii, w „Czerwony sztandar”, w „Kurs szycia”. Co napaskudzą od piątku, czeka na Gorszą. Oprócz myszy pełno much, krowich, końskich. Wszędzie czerwonawobrązowe oczy. Druga plaga przez szarugę. Do izb przylegają sławojki: Huczkowej i dla letników. Idą do nas duże muchy. Ciężkie od gówna. (Prosto z UBe). Od powały muchołapki. Rządek długich lepców. Faluje nad łożem z leżącą jaśnie. Bzyka czarno, bzz. Ileś ciem też ulepionych.

Lepiej już siedzieć na mokrym progu patrząc na Beskid Śląski, część Beskidu Zachodniego. Zielony w zielonym. Przede mną bujna łąka. Julii i jej krowy Julisii. Biega po trawie z moją piłką Antek Łaciak. Godzinami. Nie boi się dyngusu.

Za łąką szosa. Człapią po niej letnicy w wiejskich gumiakach. Od monopolowego do monopolowego, ciap, ciap pod parasolami, leżakami, „przejść się troszku w niepogodzie, zmusić słońce do spaceru”.

Dalej Żylica, ostra rzeka, teraz żółtoczarna od spływających do niej potoków. Rwą z góry, między świerkami, jodłami z leśną podściółką „brudem lasu”. Podniosła się rzeka, pędzi coraz gwałtowniej, toczy kamienie i huk, prawie sięga szosy. Porwała wczoraj letnikowi motocykl. Wyciągnęły góralki traktorem z remizy.. Nalazło się też górali nad żółtoczarną. W kapeluszach i z „bimbruskiem”. Pomagać! Baca z bacą bardzo dzielny, ale w gębie. Zbyt pijani do Żylicy. Pięć motorynek w nurcie ostrym. I znów baby wyciągnęły złom z Żylicy. Za chłopów, „przyda się im do fajek, do pykaia o dzielnych bacach”.

– O nierobach – roześmiałem się głośno pod gontem Julii. – Ci górale bez swoich kobiet nie za orzą góry żadnej, nie wyniosą konia z pługiem na Gronicek, na Bieniatkę. Za gorąco w spodniach z wełny, lenia skórą wyszywanych. Dać takiego do kopalni, nie przeżyje dniówki ciemnej. Słaby bardzo przy Ślązaku. O jak słaby przy górnikach – chichotałem pod chałupą.

– Ale jeden będzie silny – rzucił się Chrystus na krzyzu. Rzeźba wielkości człowieka. Siedzi, wisi przy domostwie. Teraz wściekły na mój chichot. Często z sobą gadamy, milcząc, krzycząc o wszechświecie. Kwadrans wieczorem, w nocy dłużej. Myśli moje z Jego drzewa. Dzięki Niemu też rozmawiam z Bogiem Ojcem. Tłumaczy Syn z boskiego na ludzki.

– Silny góral, duchem, ciałem. Święty będzie od tej siły. Polski papież. Z Wielickiego. Góral nad górami.
Za Żylicą odsłonięta biała skała. Drążą białość kamieniarze. Iskry w deszczu. Skrzenie w strugach. Wybierają światło z głazów? Rysuję ich godzinami. W środku kartek gwasz świecący, biel drapana delikatnie. „Kamieniołom z czapą drzew.” Biały, bielszy, aż niebiesko. Z ciemnozielonymi jodłami. Teatr skalny na tekturach. Cienie grają fantastycznie, anioł, diabeł, ojciec, matka, (Szymon), Eisen.

Na prawo od Julii chałupy, od Chrystusa – gospodarstwo Pińcikiewiczów. Mają byka bogacze. Czarny, groźny pokrył wczoraj białą kozę. Nie przeżyła spółki. Zamiast meczeć zamuczała. Nie wiedzieli Pińcikiewicze „co zrobić z taką kozą?” Zjeść 22 lipca, czy też obdarować probostwo. Pokłócona cała rodzina. Stary Pińcikiewicz pobił Pińcikiewiczkę, a młody Pińcik starego.

Za skłóconymi chałupa Łaciaków, chałupina. Padół bez pola. Ale Łaciaczki zdrowe, kopią moją piłkę. Biegają w nawałnicy. Antek przeskoczył starego Pińcikiewicza. Wzniósł się wysoko do piłki jak ptak. Dalej, to już droga na Skrzyczne.

A na lewo ogródek Huczkowej z głęboką studnią i z budą dla Honkisa, narzeczonego Julii. Czuwa chłop w budzie. Jak siwy pies. Pilnuje narzeczoną przed Pińcikiewiczem. Starym i młodym. Julia wdowa, hektar cały, prawie kułak. A on nic nie ma. Przyszedł do Szczyrku po wojnie. Nie wiadomo skąd. Zakopał pod warzywami krzyże i ordery.

Gdyby tak przesunąć Julii domostwo, do tyłu, o kilka kroków, to widziałbym jeszcze Klimczok, najpiękniejszą tutaj górę, trochę niższą od Skrzyczanego, ale z cudem Matki Boskiej, Objawieniem. Ze wznoszoną na stoku kaplicą. Jasność w ciemnej zieleni.

Mimo kropel wszystko ostre. Higienista na koniec roku zapisał mi okulary „pomyliłeś Półtoraczyka z panem wizytatorem”. Kiepskie oprawki uwierają, za uszami odgnioty, ale widzę świat dokładnie. Każdy drobiazg narysuję: „Kamień mokry w mokrych liściach.” Zatrzymam ten blask. „Pręcia płotu z dłonią Antka.” Witaj miastowy w okularach. „Całowaną przez zaskrońca żabę.” Zamarła śmieszka na fiolet. I namaluję wymyślone: „Stos z kropli przed progiem.” „Górę rzuconą na górę.” „Okrzyk skały.” Prawdę dla przyszłych poetów.

– Najpierw narysuj Huczkową – odezwał się Chrystus. – Zacznij od zmarszczek koło oczu i ust. Od mapy. Niech wrasta w głąb obrazu, solą z powiek i cukrem z warg. Potem szkicuj całą postać. Stare ciało z zapadniętą od wiader miednicą, z postrzępionymi od łańcucha żebrami. Potrzebuje życzliwego świadka. Przyjrzyj się też sukniom Huczkowej. Idąc do kościoła zawsze zakłada pięć. Wszystkie paradne w zdobienach, uplotkach. Dziergała je każdą zimę odmawiając zdrowaśki. I niech ci rychło pokaże swoją izdebkę „nie dla letników”. Tam beskidnicy ze świętymi. Dobra z niej kobieta. Chce zapisać wszystko na kościół. Niestety, umrze przez ten zapis. W sierpniu.

– Jak będę tutaj!? Przed chałupą? – wystraszyłem się bladej fantazji „trup blisko”.

– Chałupa też umrze. I krowa. I studnia – mówił Chrystus patrząc na góry. Przebierał różaniece zielonych kropel. – Malując gospodarstwo zajrzyj przede wszystkim do studni. W chłód, spokój zupełnie ci nieznany. Poczuj go w mózgu. A potem mózg i studnię wywróć na nice, obróć głębokość. Będzie gorąca głębia. Zamiast omszałych kręgów cynobrowe koła z paprocią płomieni. A zresztą zmień cały świat – zdenerwował się bardzo. Na kogo? Na Kogo? Żegnał się zawstydzony ramionami krzyża. W krzyżach z drewna krzyże z krwi. Czerń i błękit.

– A ja? Też umrę? – zapytałem w deszcz.

– W czasie śmierci Huczkowej, zagłady domostwa, będziesz w sklepie monopolowym z Eisenem i z matką. Wezmą cię do dźwigania butelek „Wypalanki”. Gorsza nie dojedzie ze „Starowinem”. Utknie w Bystrej nad Białką. Zerwą wody jeden most, drugi most – przestał przebierać palcami.

Słońce.

Uderzyło raptem. Żółta kula, biała kula. W czole, w oczach blask. Potęga światła. Pod powiekami fioletowy rój. Mrowisko purpury. Ustał pluskot deszczu, to stałe pluszczenie. Cisza, a potem ptaki. Śpiew mysikrólika, tak wysoko. Kukanie kukułki.

– Rachuj! – zawołała do kogoś Pińcikiewiczowa.

Nie lubię wróżb. Śmieszą mnie osoby przesądne. Najwięcej dyrektor Matusik, ateista, plujący w sralabartek. Otworzyłem lewe oko, zamknąłem, otworzyłem prawe. Zewsząd buchało kolorami. Po chwili chaos barw uformował się w treść. Julia prowadziła Julisię z obory. Krówsko latowało, tylne nogi podrzucały zad. Brunatne porykiwanie stawało się czerwone. Chlastał czerwony ogon po czerwonych bokach. Krowa Huczkowej zrywała się do byka Pińcikiewiczów. Popęd po sąsiedzku. Nagle, zamiast zadu poderwała łeb i podrzuciła gospodynię wysoko. W chmury. Upadło „o Jezu” w warzywa. W czosnek z cebulą. Podniosło się ciężko „o Jezu, o Jezu”, z „Jezu, Jezu, Jezu”, z obu kwiatostanów, białego i różowego, zgniecionych na fiolet.

– Żyję? – zapytała Julia grządkę. – Wstałam z ziemi i pójdę do nieba – usiłowała mówić z sensem.

Zagrzechotał łańcuch, zaklekotała korba od studni. Zjechało wiadro w zieloną ciemność, w czerń i wyjechało pełne z zimnicy. Oblewała Julia Julisię. Z rogatego krówska – spuszczony ogon. Można za nim stanąć, po mleko.

– A ty Honkis, gdzie tak lecisz wzdłuż płotu? Dyr-dyr po godzinie – polała Huczkowa narzeczonego. – Uspokoiłam krowę bez twojej pomocy. Letnik mi pomógł z wiadrami. Podał jedno rozlewając połowę – śmiała się za głośno. Z powiek kurze łapy.

Ściągam mokrą skarpetę. Stopa z lodu. Utopiono w studni grudzień. Można paluch kłuć ołówkiem. Nie poczuje B5.

– Daj, pochucham – stanęła za mną (Lepsza). Drygnął chłopak w dziecku. Zawirował bez stóp po górach zielonych.

– Przyjechałaś dzisiaj? – zapytałem nie wiedząc, co zrobić ze skarpetami. Jedną wepchałem w kieszeń Honkisa, a drugą w daszek studni, między zielonkawe.– Dzisiaj Jacusia imieniny – szturnęła Lepsza siostrę – wyjmij z torby prezent. To od nas, najmodniejsze pepegi. Kupiliśmy ci po bucie. Ale najpierw… – zaczęła chuchać w białą stopę.

Ciepło, ciepło, coraz cieplej. Czuję już język w wysklepieniu. Łaskocze delikatnie. Można umrzeć w chuchach Lepszej. Ale na białym karku, pod warkoczem – czerwony ślad. Malina! Kto tu ssał? Wuj Szymon daleko, zresztą nie wychodzi ze szpitala, (Wicek) też daleko, bliżej garbaty (Donajszczak). Podobno garbaci bardzo namiętni. Czarna zazdrość o Lepszą. Nie moją. Biały kark do ścięcia. Zrzucić sierpem głowę na stopy. Poturlać Donajskiemu „masz garbusie malinę”.

– Przemoczył letnik onucki – odezwała się Julia do krowy – i zaraz całowany gorąco – patrzyła z niedowierzaniem na chuchanie Lepszej. – Nasz Honkis, nie chucha tak gospodyni. Zupełnie nie chucha. Tylko raz w roku wyciąga żenidło. W rocznicę powstania NSDAP. A tak, to siedzi za budą czekając na Pińcikiewiczów. Mógłby i krowie troszku pochuchać. Z jęzorem, jak ta pani. Pogzić się co nieco z moją Julisią. Aby nie wariowała. Teraz tylko muczysz. Już nie pamiętasz jaka byłaś groźna, nawet dla gospodyni. Jak rzuciłaś mnie w baldach! – bęcnęła Julia przed furtką demonstrując spod kiecek pofałdowane krocze. – Boli teraz wszystko, a ty czochrasz się o Chrystusa, taka niewinna, łagodna. Patrz!, On udaje, że zasnął – złapała krowę za ogon. – Widać lubi moją i swoją Julisię – dul-dul, wyduldała leżąc podpiwek.

– Tylko waszą!? – pierdnął Honkis pod Skrzyczne.

– A czyją!? – zdenerwowała chłopa do gnatów. – Zobacz, jak ładnie wygląda z Chrystusem. Jego krowa i Julii! – odwróciła się na bok, od Skrzycznego.
Złość wygięła Honkisowi zęby i cybuch. Nasypało się żaru do oka. – Włóż pan oko do studni – poradziłem przybłędzie. Złość ze złością sfalowała mu ostrze kosy. No bo co? Nie było przecież halnego Nie podziękował za poradę, tylko zarzucił Julisi łańcuch na szyję.

– Tobie też tak – obiecał Julii.

Zerwała się z trawy i kopnęła Honkisa w obiecanie. Opamiętał się narzeczony. Wyprowadzili krowę przed płot „żryj tutaj”, „dość zalotów przy Chrystusie” i usiedli w zielonym. Huczkowa powyjmowała spod trawy butle z podpiwkiem, ciemny słód, a Honkis wyszarpał z portek flachę samogonu. Pili blisko krowy. – Moja i Chrystusa! – Nie tylko! – posuwali się na bałyku za chudym wymieniem. Aż zaryli w trawie głowami. – Wszystko zapiszę na Kościół. – Honkisowi za… Hauptmannowi… – bełkotali do racic.

Poleciał Antek na wygon Pińcikiewiczów. Z piłką. Podbija skórę zielonymi stopami i przeskakuje z moją nad bykiem. Niezadowolony coś stadnik. Ciągnie na postronku pastwisko. A teraz gra Antoś przy szosie. Wali piłą w przejeżdżających motocyklistów. Prosto w pędzące głowy. Zawsze trafi w fryzurę. Znają szczyrkowscy talent Łaciaka, znają i bielszczanie. Och, mają pojęcie w Buczkowicach i Salmopolu. Hamuje każdy widząc utalentowanego z piłką u nogi „zaraz nam rypnie w fanfana”.

– Przypierdol mi Antoś! – podstawia łeb kierownik tartaku. – Pierdolnij prędziutko. Spieszę się z apteczką. Tartak ruszył i przerżnęło chłopa.

– Strzelaj już Antek, bo pędzę do klubu. Ze „Starowinem”! Dla prezesów – zatrzymał motocykl działacz sportowy. – Obejrzeli zdjęcie skoczni po remoncie. Nowy próg i co pod progiem. Ostrość zbocza z fotografii żga prezesów. – Boją się wstać Wszędzie poniemieckich berżer.. Wszędzie przepaść. Pod parkietem, dywanami czyha dziura. Od przedwczoraj tak gniazdują – zleciał działacz do rzeki, w górskie fale, ciemne, ostre, z kamieniami, gałęziami. Omal nie utopił się ze skórzanym flakiem na twarzy. Pękła dętka na działaczu, przywarła do gadania. Prąd zabrał moją piłkę „Od Szkoły Nr 1 w Stalinogrodzie dla najlepszego ucznia”. Ani razu nie kopnąłem białej. Stale padało. Lecz mam już obrazki nie wyrzeźbionych Chrystusów, jeszcze w brzozie, pod korą, nie wyjętych dłutem. Zanurzyłem pędzel w słojach, w duszę drzewa. W krew i sól. W kości z pędu. Wszedł starannie w Jedynego włosiem, trzonkiem, przedramieniem, ciałem całym.

– Wiecie, kto tak… działaczowi? – zapytał Lepszą młodszy Pińcikiewicz połykając „przydupił”. – Nasz Antek, z LKS-u. Antoni Łaciak! Ma dopiero czternaście lat, a skacze na nartach jak stary. Kochamy go w Beskidzie – wyjaśnił Lepszej wyrozumiałość motocyklistów.

– Nie jestem dla was „wiecie”. Jestem pani Lepsza. Przyjechałam dzisiaj ze służącą. Z Katowic! Zobaczyć Matki Boskie na Klimczoku – otworzyła parasol. Zatkało w słońcu młodego.
Wyszedłem przed furtkę, za płot, powoli, na bosaka, odwykły od chodzenia. W podeszwach ostrość, obłość kamyków. Miłe odczuwanie ziemi. Parowała. Lotne barwy unosiły pejzaż. Z chałup buro, z łąki granatowo, z kamieniołomu subtelny róż. Między Klimczokiem a Skrzycznem tęcza w tęczy. Uniosłem się i ja, niewysoko, parę stóp i wyrzuciłem ręce do nieba. W wszechświat. Objąć go, całować. Chrystus też podniósł rękę z gwoździem. Ku słońcu? Do Ojca? Para lelków usiadła nad Nim wzdłuż, a nie w poprzek gałęzi. Dziwne ptaki. A może mnie powitał?

Z chałupy wybiegł Eisengraeber. Oblepiony mucholepcami. – Wypraszam sobie! Wypraszam! – wołał do dyrektorowej w chałupie. Zrywał lepy z nagiego torsu, przyklejał. Plasnął dłonią gdzie zabrzęczało. W pierś z muchami. Odlepił, przylepił. Otarł czoło lepidłem. Wystraszone kury starabaniły się wokół koguta. Wyrwał się kurak ze ścisku i zatrzepotał skrzydłami. Ruszył piejąc po nioskach na oblepionego. Zniknąli za drewutnią. Tylko pięty Eisena zostały. Słychać wrzask i trzepot duży: – Przestań pieju! Przestań zaraz kurysynie.

Co matka powiedziała Eisenkowi? Czym mu tak dogryzła? Że wybiegł z chałupy bez „Starowinu” i bez dwóch papierosów za uchem? Może sieknęła białymi kłami: „Nie masz erekcji przez mżawkę? Zamókł ci pieprz w spodniach? Od wczoraj opowiadasz tylko dowcipy. Te same. O Ethel Rosenberg. Dowcipy, których nie rozumiesz. Nasyp pieprzu do kaleson i przestań powtarzać o egzekucji.” A może kazała mu sprzątać w izbie? Pomagać Gorszej? Narysuję domysły ołówkiem, a później powycinam i będę układać, przekładać domniemania z przypuszczeniami, kłaść pasjanse „co powiedziała?” – oparłem żółtawy karton o drzewo z lelkami i zacząłem rysować jaśnie z Eisenem: „Już tryknięty. Nie umył rąk po wyjściu z UBe”, słyszę w myślach głos dyrektorowej. „Śmierdzą z daleka. Wyszoruj zaraz prawe łapsko pumeksem. A szczoteczką wyczyść gębę z obu choler. Jasnej i ciężkiej. Potem włóż smoking. Przebierz się za ziemianina. Lubię z takim przebierańcem.” „W smokingu, a bez niczego? Do mnie bez koszuli? Bez kamizelki? Z kłaczastą piersią do jaśnie!? Chyba sam wypiłeś pół litra jak byłam w UBe. A może jak spałam? Zaraz, zaraz, trzecia chłodnia, trzeci but bez ... Won od pani!”

Przerwał lelek terkotanie, „errorr” dla lelkowej. Wyszła matka przed chałupę. – Który to miesiąc? Sierpień? Dopiero był lipiec, A rok? Pięćdziesiąty trzeci? Tyle już lat po wojnie, i nie ma Anglików? Andersa?

– No, nie ma – rysowałem dalej.

– Pospiesz się dziewczyno z tym sprzątaniem pokoju – powiedziała do Gorszej w oknie.. – Zapomniałaś chyba, że służysz? Zbyt dużo słońca. Tak na raz. Futro moje jakby z wielbłądziej szyi, a nie z karakuł. Powinnam zaraz sie położyć i czegoś napić… Tak, alkohol leczy mi wątrobę – przysiadła na kolanach Chrystusa. – Twardo – podniosła się z trudem. – A panu Teodorowi jak przyleci stamtąd, gdzie poleciał, powiedz głośno, żeby nie dłubał przy wielmożnej zapałkami w uszach. Nie oglądał przy pani grudek woskowiny. Przekaż mu moje życzenie wrzucając do gnojnika niewychowanego. Chyba, że sam wskoczy z woszczyzną. Ach, jest i mój syn. Znowu rysuje – dopiero teraz mnie zauważyła. – Zapomniał o matce zupełnie. Nie zajrzy do cierpiącej. Nie poczyta chorej przy łóżku. Dantego albo… – weszła do chałupy.

Po godzinie zjawił się Eisen. Bez mucholepców, z papierosami i z „Wypalanką”.

– Byłem w sklepie – usiadł na Ukrzyżowanym. Zapalił „emdeema’. Porwały go ręce Gorszej i uniosły nad gnojnik. Puściły.

– Pani kazała!

Usiadł w gnoju, zamiast upaść. Narysowałem zdziwionego przyjemną miękkością. Naszkicowałem jak wstawał ze śmierdzącej fali, uginającej się pod kolanami, łokciami. Za miesiąc to wyrzeźbię.

– Podobno przed wyjazdem na wczasy kleiłeś dla Zjednoczenia czerwoną gazetkę – zaśmiała się matka z izby. – O zamieszkach we wschodnim Berlinie. Przeciwko robotnikom, którzy byli przeciw. Którzy żądali wolnych wyborów. Dowiedziałam się o gazetce, zgadnij od kogo? – zaśmiała się drugi raz. – No zgadnij? – zaśmiała się po raz trzeci. Wyrzuciła przez okno pantofel.

– Musiałem, naprawdę, musiałem – deptał w gnoju z „Wypalanką”. Biały, czerwony, w brązach. – Przepraszam Zosiu, kazano. A i tak powiesili inną – rozdeptał się w mierzwie. – bo wkleiłem obok czołgów – Hillarego z tym żółtkiem. Akurat zdobyli Berlin, co ja mówię tę górę, zapomniałem…

– Everest! – podpowiedziała Pińcikiewiczowa.

– Pytał ktoś panią o Himalaje? Sam bym sobie przypomniał – przestał skomleć, zaszczekał. – Zaraz po przyjeździe do Katowic ukatrupię trzy siostry. Donosić na brata, na dobrego Eisenka. A chciałem dla nich zabić żonę. Powiesić grubą wśród biusthalterów. Aby moje siostry miały prywatność w Czeladzi. Marsz mi teraz z Katowic. Z powrotem nad Przemszę! Niech sprzątają po Żydach – usiadł w gnoju i wypił. Płynął w poprzek gnojnika.

Poszedłem łąką do rzeki. Przez zieloność do czarnej. Do. Nie można powiedzieć „nad”. Wali brzegiem po gościńcu. Trudno ustać taki łomot. Asfalt śliski od wody. Trzyma Antek miastowego. Środkiem żywiołu wieprze płyną, krowy płyną, koń płynie. Obraca rzeka martwą trzodą, bydłem. Rzuca z wiru w wir. Rozdziera o dno miękkie brzuchy. Wybryzgnął żwacz z łaciatej – świeżą trawą, bułką łąki. Tylko łeb konia w górze – rży. Komuś zabrało chlew, oborę, stajnię. Wszystko wzięła powódź. Po wielkich deszczach będzie wielki brak. Ani mąki, ani mięsa, nawet mleka. Zjedzą pociągowego z twardym kłębem, z siwą grzywą. Do drugiej orki będzie bez kopyt. Uśmiałby się, gdyby wiedział. Nie walczyłby o końskie życie z blachą w pysku.

– Do tamtej jesieni jadłem tylko mleko. Prosto z wymienia, albo gotowane z pokrzywą, szczawem. Nieraz z jagodami – zawołał Antoś w łoskot Żylicy. – Krowa wszędzie się wypasie. Nawet pod kamieniołomem. Wśród skał. Smyka trawiny spod ciosów. I jest mleko. Ale chleb? Bez pola! Chyba, ze Pański w niedziele. Długo zawsze trzymałem w ustach opłatek, długo, aż zwinął się na języku w bibułkę mąki, rozpuścił w pragnieniu. Spłynął do gardła z pszennym zapachem. Głód po przaśnych największy. Słodki, do bólu. Mógłbym komunikować co chwilę – klęknął na moment i zerwał się z wody. Wyskoczył tak wysoko i powoli opadł. Aż strach, że człowiek tak może. Patrzyłem na Antka z podziwem.

– My Łaciaki, zwyczajny chleb, to tylko wąchaliśmy. Pińcikiewiczka od rana modląc się przy studni ciamkała dokraszoną pajdę. A stary Pińcik ciamkał na dachu, aby pół wsi wąchało. Co miesiąc zakłuwali prosiątko, Po ćwiartowaniu, stara przesmażała tłustość, doskwarzała. Zapach bił na naszą chałupę, i nam Łaciakom kiszki skręcało. Oskoma straszna. Mordowałem w snach Pińcikiewiczów. Miałem się z czego spowiadać. Stos trupów dla księdza co tydzień. Ale teraz jem jak sam prezes LKS-u. Mięcho, kawiorek. Podsuwają najlepsze obiady „jedz Antoś i skacz”. A kolacje dają do domu. Cała rodzina syta. Krowę, to matka doi, żeby nie bolało krowinę. Kocha starą więcej niż nas, drób. Mnie kocha zaraz po Graniastej, bo teraz Pińciki pozdrawiają Łaciaczkę. Już z daleka widzą matkę Antka! – buchnął naraz płaczem. Płakał jak małe dziecko. – Onegdaj, to nawet nie odpowiadali „pochwalony” na matki „pochwalony”. Butów nie miała na niedzielę. Do kościoła w łapciach. Ale po co, po treningu wódką mnie częstują? Jakieś koniaki. Za dużo. Słyszę stale „Wypij Antek z działaczem”. Czasem mam dość już skakania. Chciałbym czytać książki. Jak ty. Chciałbym uczyć się w Bielsku, a później w Katowicach. Nie chcę być murarzem, robotnikiem. Nosić cegły, stawiać ściany. Lecz każą. Sportowiec ma być „fizyczny”. A oni działacze „umysłowi” – odsunął się ze mną przed płynącym „z ucha na ucho” szaflikiem.

– Uusss – krzyczy coś z motocykla kierownik tartaku. Zadowolony bardzo. Pędzi gościńcem po wodzie. Do pół koła w falach. Trysk kropel z ciemnożółtego, czerwonawy w słońcu. Hamuje ostro przed Antkiem. Opada wodny ogon. Po cóż się zatrzymał? Nie ma już Antek piłki.

– Jak fajnie Antek, że nie masz fusbala – wyszeptał, co krzyczał prując w Żylicy. – Jak fajnie – odetchnął w szyjkę butelki. Wypił z Antkiem pod paznokieć.

– Co w tartaku? Pociął więcej ludzi? – A co z porżniętym? – zapytaliśmy na dwa głosy. Wysoki, i wyżej.

– Uratowałem ciesielskiego. Nie umie pić, a pije. Brygadzista z miasta. Z kacem, i bez paluchów – popędził kierownik dalej, do sklepu po wódkę „partyjną” z czerwonymi kartkami. – Jak fajnie – podniósł wodny ogon. Rozłożył się wachlarzowato. Piękne oka mkną po górach.

– Ja Antoś na pewno nie będę murarzem, ale zazdroszczę ci siły – napiąłem słabość. Chciałbym mieć twoje zdrowie, krzepę. Być chłopakiem, którego podziwiają mężczyźni. Który nie lęka się fruwać jak ptak.
– Uważaj! – podskoczył ze mną nad kamieniem. – Rzeka z gór toczy skalny drobiaz. Obrabia na gładzinę. Dobre to na podmurówki do chałup, na studnie i na gnojniki. Albo do rzucania w sąsiadów. Jak pokłócą się gospodarze, to mają czym. Biorą skalne placki z ułożonego stosu i drugiemu w okno. Po takiej kłótni ma sąsiad kamienie sąsiada. Tylko okien nie ma, albo za duże.

– Widzisz Antoś to ty mnie ostrzegłeś, a nie ja ciebie. Pomogłeś przeskoczyć otoczak. Nogi by mi połamał. Jesteś lepszy od miastowych.

– A ja, chciałbym mieć twoją siłę – odpowiedział ponuro. – Siłę bycia w sobie. Tylko z Bogiem i z wybranymi ludźmi. Daleko od szosy, od mas. Potrafisz zatrzasnąć furtę. Pilnować własnej chałupy, z sierpem. Masz chłopską naturę. Nie masz duszy miastowego. A do Łaciaka wszyscy wchodzą. Z kwiatami i wódką. Podpatrywałem ciebie, co noc jak padało. Jak przesiadywałeś pod gontami. Zimno, nie zimno, byłeś tam. Byle nie być z kimś, kogo nie chcesz. Obserwowałem jak czytałeś i rysowałeś przy świecy. Jak mówiłeś do siebie. Ty i ty. Jeśli nie pragniesz kogoś, to wała, nie dasz przystępu. Może ci zaleźć za skórę, ale nie głębiej. Dalej (Skaliste). A Łaciak dopuści każdego. Nawet prezesa z ZSL. Chociaż nie cierpi pijusa. Mówi mi ożarty, do kogo mam się uśmiechnąć. Komu uklonić. Komu dziękować za narty, za strój, za jedzonko. Jemu. Ustawia Antkowi myślenie. Nie odskoczę od tego pijusa od działaczy pijaków, choćbym przeleciał nad Beskidem – posadził mnie na ramionach jak Półtoraczyk. – Zejdźmy lepiej z szosy. Asfalt rozkisł. Lada moment nie będzie gościńca. Zsunie się do rzeki.

Naraz skrzyp straszny, aż wykręciło kark. Rumor pni. Rozleciał się most. Uderzyła od spodu Żylica. Energią gór. Poszło drewno wysoko. Jakby miner wysadził. Opadały z wolna kantówki i okrąglaki. Nie ma przejścia do kamieniołomu i z powrotem. Złażą ze skał kamieniarze. Będą drałować wzdłuż stoku z narzędziami, obchodzić wodę. Wieś tak blisko, a nie przejdziesz. Trzeba lasem w ciężkich hełmach. Na pewno kurwują na wezbraną, na swój fach kamienny, na życie kamienników.

Poszła po nas czarna fala. Noc też idzie. Wracamy przez łąkę. Julia z Honkisem dalej sztywni. Nie słyszeli o moście. A Julisia daleko. Na innym pastwisku – nieHuczkowej.

– I jeszcze boję się natury – nie dawałem za wygraną „jestem gorszy od ciebie”. A najbardziej, to lękam się Honkisa. Patrzy jakby chciał kogoś zabić.

– Nie przejmuj się przybylcem. Przeskoczymy go jutro. Zobaczy osiem pięt nad czołem. Nasze podwójnie.
W nocy, larum przed chałupą. Krowa wlazła w koniczynę. Zaraz pęknie i po Julisi. Nie będzie pięknej mordy z wielkimi ślepiami.

– Leć po puszczadło! – Nie na krew! Na gazy! – Leć po pędzonkę – komenderuje Julia Honkisem. Biega Hauptmann od drwalnika do drewutni zamienionych na bimbrownie. Są puszczadła, ale nie ma pędzonki. Wszystko wypił kapitan. Na szczęście dyrektorowa przysłała Eisena, ze „Starowinem”. Pomagałem poić, puszczać. Syk paskudny z dzięcieliny, fetor z brzucha, tłuszczu, kwasu. Warto było jednak w smrodzie. Dla Julisi krowy Julii.

– Żałujesz zwierzęciu pół litra!? – bije czymś matka Eisena. Kiepsko słychać, dudni z rzeki. – Podaj mi zaraz pantofle. A najlepiej ten klocek Huczkowej! Do pieprzu! Nie będę chytrego chlastać bamboszem.

– Muszę letnikowi podziękować za pomoc. Poił krowę jak stary gospodarz. Zobaczy za to izbę góralską. Beskidników na ścianach. Mój pokój – cmoktała z wiadra gospodyni. Co zdanie, podpiwek ze „Starowinem”. – Taki pokój to tylko oglądać nocą. Przy świecach – cmoknęła nad pustym wiadrem. – W dzień zbyt pstrokaty dla oczu miastowych – zawarła Julisię w oborze, a Honkisa za płotem. – Nie będziesz spać przed budą po moim Gryzaku. To był czujny pies. Wychłeptał podpiwek ale pilnował. A kapitan prześlepił krowie ścieżki. Rozdęło Julisię przez Hauptmanna. Nie dostaniesz nawet psiej budy. Wszystko na kościół! – wróciła do figury Chrystusa. Wyjęła z drewnianego boku różaniec. – Mam tu schowek przed Honkisem. Wszędzie węszy, za gontami, pod podłogą, ale nie w Jezusku – położyła liść na ranie. Odemknęła krzyżykiem różańca pozłacane drzwi. – Kawał lasu sprzedałam, żeby ozłocić – zapaliła pierwszą gromnicę. Na podłodze dziewięć świec, krzyż ze świateł. Chyboczą kolory chyba stu obrazów. Na szkle malowanych, na kaflach. Rzędy gór wokół izby, Te najwyższe przymocowane na ukos, do powały i ścian, pochylone nad nami. A na górach – górale. Tańczą tupanego. Beskidnica z beskidnikiem. Przytup, zaśpiew. Niepotrzebnie zachrobotała mysz. Znieruchomieli tancerze w barwnych przegibach.

– Umrę za niedługo – przeżegnała się Julia. – Ps – psyknęla na osiem kotów. Jeden bez sierści leżał w misce z mlekiem. – Cały Honkis – syknęła „iiis” jak zaskroniec. Ruszył się bezwłosy kocur. Obszedł miskę fukając. Hauptmann z trójkątną czaszką, z różowym bielactwem. Para czerwonych źrenic w bladym trójkącie. O czym myśli kapitan zamieniony w kota? Krew przyczajona w ślepiu. Trup Julii w zwężeniach.

Światło poszło na sosrąb. Patrzą na mnie czarne świątki wyrzeźbione w głównej belce. Przecież to… od dziecka do starca – Jacek Durski. Widzę siebie pod powałą. W różnym wieku. Ktoś mi to uświadomił. Ale kto? Kim jest ten wiedzący? Nasz Chrystus? Mój Anioł? Pytania uciosane w czarnym drewnie.

– Huczek to wyharatał, wydłubał w beli. Namalował też te obrazy. Dziewięćdziesiąt dziewięć. Cały Beskid dookoła. Potem został partyzantem. „Nie będzie w Szczyrku Hitlerów”, powiedział Chrystusowi do rany i poszedł w las. Z najlepszą krową. „Pożre sobie Małocha do pierwszego śniegu, czernic i grzybów, a potem ją zjemy, jak wilki.” Nie walczył Huczek, ani w AK, ani w AL. Dowodził armią Huczka. Kilkoma babami i sobą. Nie zabijali Niemców. Raczej robili Szwabom psikusy. Baby zamieniały znaki drogowe i leśne. Przez to, i raz Huczek pobłądził. Zaszedłby do Milówki, gdyby nie krowa. Pięć bab huczkowych, co noc, strzelało po Skrzycznem z korkowców, pięć razy pięć, a trzy huczkowe zapalały na stoku ogniska, trzy po trzy, „tylu jest partyzantów”. Huczek mniej dowcipkował. Przebrany za gospodynię czekał z krową na brzegu lasu. Zapraszał między sosny wracających z posterunku Schutzmannów, i wstyd powiedzieć, gwałcił mundurowych. Taki podwójny był. A żenidło miał wielkie. Trzy razy jak Honkis. Cztery. Jak przyłożył od tyłu – wsunęła pod kiecki przewiąsło. – To na Huczka rzucała bomby Luftwaffe. Dla niego na cały Beskid – tarła pod kieckami – Żartował z odłamkowych leżąc w jamie, w świerkowym zasieku. Aż zrzucili burzącą, gdzie był. Ta połać, pod szczytem, to nie leśna polana, to grób beskidnic i beskidnika. Tańczy Huczek pod ziemią, w środku góry. Kołuje do samego wierchu – dotknęła językiem ufirankowanego obrazka i pieści dowieszone do koronek dzyndzyki. Mamrocze mieląc w ustach dzyndzoły: – Wychodzi Huczek ze Skrzycznego. Co wieczór. Z ziemi do nieba. Popatrzy na podupadłe gospodarstwo, na cmentarz z dzieckiem, usnęło w świeżej słomie i – na ślubną. Postarzała się bardzo od okupacji. Sama w polu. Sama z podpiwkiem. Woli Huczek spozierać na Małe Skrzyczne. Z dużego… na mniejsze – krzyknęła wypluwając na brodę dzyndzyki. Wysunęło się spod kiecek czerwone powiąsło.

– Zatarła się pani? – zapytałem jak inteligent.

Dniało, pstrokaciały obrazy, koronki ram. Kicz z dziwną siłą. Co to jest? Dobre i kiepskie zarazem. Pomyślunek artysty prymitywa. Duch ubogi wysoko. W izbie nie tylko góry, mnóstwo gór, lasów zielonych i białych. Pejzaż przy pejzażu. Kilka panoram. Ale są i portrety. Chyba Huczka i Huczkowej, i… zauważyłem scenkę rodzajową „Julia skrępowana powrósłem”. Nad nią Huczek, fruwa.

– Dużo tego mąż narobił – podziwiam jarmarczność w nowym świetle.

– Oj, dużo. Chyba hektar. Kupowali to piśmienni. Sam proboszcz to sprzedawał. Po sto sztuk innym księdzom księżom z Bielska-Białej, i z Tarnowa, a oni dalej wiernym w parafii, tym bogatym, asesorom, planistom. Było za co krowę kupić. Wisiał Huczek, w asesorstwach…
– Obejrzę dokładnie dziwną sztukę. Dzieło bez umiejętności. Toporny realizm z wielką fantazją. „Wbita w górę błyskawica.” „Płomień biegnący po Małym Skrzycznem.” I ten pejzaż na obrusie. „Tęcza w rozkroku. Od Skrzycznego do Skrzycznego grzbiet czerwieni” A na talerzach: „Rozblask ogniska.” „Krąg z popiołem.” Centrum Huczkowego świata.

– Niech letnik popatrzy na ten kafel, na Skalite przekrojone na krzyż. Błyskawicami. I na ten, Skalite po burzy, dymi las biało.

– To chyba jakiś abstrakt jasnożółty?

– Jakie „bs”, nie rozumiem? Żgli się słońce, w mgiełkach rannych. Płakałam jak to malował. Żegnałam się i płakałam.

– Ale przecież, to okropny landszaft!

– Nie podoba się letnikowi? To się nie podoba!? Skalite po burzy!? W słoneczku – patrzyła na mnie jak na stukniętego kamieniołomem. Zacząłem rozumieć, że jestem puknięty. Prędko się uczę. – To przecież nasza garbata ziemia. Garby piękne. Jak nie płakać w takiej chwili. Nie rozumiem miastowego. Nie rozumiem! – wielkie Coś rzuciło Julię na kolana. Przed tym krzyżem ogni z palących się świec. Pchnęła ją wielka miłość do krajobrazu, do gór śląskich ze świerkami, bukami, czasem z jodłą, a czasem z jesionem.

uż nic nie mówię. Dłoń na ustach, pięść. Tylko zerkam po obrazach: „Jakaś krowa z jakąś kurą. W złotym łańcuchu w złote żółtka. Pierścienie w pierścieniach.” „Kogut zapatrzony w kałużę.” „Wilk wychodzący z owcy.”

– A to nasze dziecko głaszczące strumień – opowiada Julia z klęczek. – A to… Kiedy skończy to „a to”… Chrystus w spodniach łubianych. Z bukietem kąkolu. Odprowadza naszą dziewczynkę do nieba. Wbite w obłok drabiny. Obwieszony paciorkami, dzyndzykami. A może to nie Chrystus? Może to ja, Julia? Idę z dzieckiem wysoko? A tu Huczek w piorunie kulistym. W trzaskawicy i gradzie. Z ogniem w ustach. Jak on mnie pobił, że nie dopilnowałam dziewczynki. Że zasnęła w sianku. Skopał jak Pińcikiewicza. A potem wykasztanił się obok. Taki galanty.

A to Julia na obrazku zza figurek niedorzeźbionych. Nie wiadomo kto jest kim. Czy górale szczyrkające, czy z Suchej Beskidzkiej. Tam też miałam kawalerów. Ale o czym to ja? Ach, o sobie na obrazku. Wchodzę po ostrwi na dach. Pokazałam wszystko Pińcikiewiczom. Pobili się o oglądanie. A teraz galeria portretów Huczka: „Młody Huczek w zalotach.” – Przychodził do mnie z kozą. Albo z owcą. Dzwoniły dzwonkami. Mój pokuśnik dyn-dyn – uniosła nafałdowane suknie. Fu. Nie jestem Honkisem. Odwrócony nos z oczami. A to, „Weselicho Huczkowej i Huczka.” – Mój przy stole, ze szklanką okowity. Gotowała się już pierzynczyna. – A to, cały stół weselny – pokazała dogniwające ścierwo. – Tak, Huczek lubił nieświeżą owcę. Myśli Julii tuż tuż. – A to…

– Musicie tak stale mówić „a to”? I zawsze na początku. Już nie mogę słuchać tego „a”, tego „to”, tak powiązanych.

– A co za „a to” mam powiedzieć? – zaskoczyła mnie pytaniem.

„Huczek w Salmopolu.” W 1932. Z tymi Niemcami, którzy ufundowali „Biały Krzyż”. Zajęty witaczką – opowiada Julia. – A tu z kosą. Już gospodarz. Pozdrawia ostrym Pińcikiewicza. A tam Huczek z gazetą. Czytałby gdyby umiał – powiedziała prędko. – A tutaj my, Huczkowie z samogonem. Połowę piliśmy a połowę łyżką. Huczek trzy łyżki, a Huczkowa dwie. Wówczas to miałam apetyt. To był dobry rok. Daleko do wojny, dziecko na bałyku, a w kołysce indyk – zachwyciła się wspomnieniem. – Powodzi nie było, pożarów nie było, gradobić. Spalił się tylko chlew Łaciaków. Ale oni nic tam nie mieli. – Nie patrz na to! – zasłoniła chustą mały obrazek. – Obok patrz! Przypomniałem sobie powrzaskiwanie zakonnicy Benigny. – Patrzaj na tę chmurę z drzwiami do nieba. Nimi nasze dziecko…

– Na tym zasłoniętym obrazku Huczek kocha się ze świnią. Coś takiego nie widziałem nawet w domu. W Katowicach.

– Nie ze świnią, tylko z krową.

– Świnią!

– Krową!

– Z miasta jestem, ale odróżniam świnię od krowy – powiedziałem bez emocji. Przekonałem brakiem Julię.

– Tak ze świnią, ale Pińcikiewiczowej – odsłoniła w końcu obraz.

<droga do części drugiej>