OKNA
fragment

Publikacja w: sZAFa No. 35/2012

 

Leżałem w czarnym. W pokoju dla dziecka. Naraz zadrżało łóżko, zatrzeszczał parkiet. Rzuciło czernią raz i drugi.
I znowu. To diabły. Chcą porwać mojego Anioła. Jeździł po ciemku trójkołowy rowerek. Uderzał w strach.
Do sypialni weszła Irka. Zaświeciła skrzydłami.

– Wystraszyłeś się jak tąpnęło? – poprawiła mi poduszki i usiadła blisko. Ogarnął mnie spokój. Pachniał ciepłym mlekiem. Zasypiałem. Pod powiekami płynęła ulica Mariacka. Z wieżą kościoła, dachami, gołębiem. Przykrył się domem kominiarz. Przepadł ptak w księżycu.

Obok czarnego pokój szary. Z dwoma szafami postawionymi inaczej. Przykryte prześcieradłem udają stół. Zawsze ktoś przy nim siedzi, je koninę i popija „przepalankę”. Jakiś wuj albo ciotka. Bracia i siostry mojej matki. „Prawie wszyscy to ziemianie. Oprócz tych trzech. Psychiatry, filozofa, aktora. Trochę dziwaków.” przedstawia matka swoją rodzinę zakonnicy Beni. „Wyproszono nas z majątków, więc przyjechaliśmy z Kujaw na Śląsk. Tak na chwilę”, prezentuje co wieczór jedenastu pijanych i zalanego robaka. „A ja utraciłam dziewictwo”, śmieje się ostro Benia po kilku wódkach. „Zgwałcił mnie zwierzak z pepechą, Ruski wyzwoliciel”, zgrzyta zębami. „Mnie też ruscy”, woła wuj Horacy, filozof i pędzi na ścianę. Całym sobą. Zsuwa się czerwono, powoli, ciemnoczerwono. Krew z kurzem.

– Już niedługo tu zabawimy – podryguje matka w balowej sukni. – Przyjedzie Anders na białym koniu.

– Koniecznie na białym — wtrącił wuj Szymon, psychiatra z roześmianą szczęką.

– Zabiorę Benię do moich Nowic. Będziesz tam liczyć zdrowaśki. Za swoją wielmożną i za jej zbiory buraków. A tym ze wschodu odbierzemy Moskwę – przestała pląsać i grozi palcem na ulicę Mariacką.

– Zagram to zaraz – zawołał wuj Wicek, aktor. – Moskwa w rękach Zochy – zebrał ze stołu noże i widelce. Powbijał w parkiet żelastwo obok głowy wuja Horacego. – Też jesteś rekwizytem – postawił na piersi filozofa butelkę. – Nie oddychaj głęboko!

– Pan dyrektor złamał nogę – wnieśli ojca do pokoju Mendlewscy. – Wyszedł z kamienicy nie bramą a bramką i nadepnął na szczura. – A może na kota. Nie potrafi przypomnieć sobie kształtu. Tylko wielkość – położyli bladego na metalowym łóżku obok babci Salomei.

- Kto to jest!?— oburzyła się babcia. – Nie znam tego człowieka!

– To pan dyrektor...– zaczął Mendlewski.

– Twój syn – warknął ojciec i zapisał coś na poduszce. – Mam pomysł na nowy akumulator. Wpadł mi do głowy, kiedy się przewróciłem. Dzięki temu szczurowi – uśmiechnął się do Mendlewskich. – Muszę teraz do Warszawy, do instytutu. Przedstawić projekt. Ale ta wykręcona — porównywał nogę z nogą. – Iruś – obniżył glos – telefonuj po mojego kierowcę. Niech natychmiast podjeżdża pikapem. Położę się w tyle jak robotnik. Tylko zaznacz, że pikapem. Bo jak powiesz, że prędko, to przyleci na motocyklu. A co tam noga – uprzedził pytanie Irki. – Złożymy ją po Warszawie. Jak zatwierdzą nowe ogniwo w innym szeregu.

– On jeszcze żyje. Mój Ignac – zdziwiła się babcia.

Wuj Wicek przebrał się za wuja Szymona a Szymon za Wicka. Razem grają siostrę. – Co za nieszczęście. Będę miała dziecko. – Ignac fajtłapa nie uważał. Dlaczego naśmiewają się z mojej mamy? Z ojca? Nie wiem o czym mówią. Pomóż mi Irko rozumieć dorosłych. Twoje oczy mają tyle światła. Na pewno jesteś spokrewniona z moim Aniołem. Stróżem. Błękitną wiązką.

– Coś takiego – dziwiła się dalej babcia.

– Niedobrze mi z dzieckiem pod balową suknią – wyrzucił garnek wuj Szymon. Rozwścieczył tym Wicka okropnie.

 – Wyszedłeś z roli. Nie jesteś już naszą siostrą – biegał Wincenty dookoła brata.

 – Jestem psychiatrą a nie aktorem – tłumaczył się wuj Szymon. – Mogę grać Zochę ale na pasach.

 – Coś takiego – powtarza babcia od zimy. W białe kółko zagląda Anioł. „Będzie się dziwić do lata” poinformował kościół Mariacki.

 

Zostawiłem rowerek Aniołowi stróżowi, pilnuj z Irką trzech kółek, i pędem do dziwnej rzeki, ciemnej jak ziemia. Taki piękny brud, zanurzyłem się w gęste, wolniutko.

– Wychodź zaraz z Rawy! – trzęsło Irką, targało.

– Jeszcze trochę – wyjąłem kawałek rzeki. Śmierdział jak stary Poćsamino.

 – Wyjdź proszę, to opowiem bajkę. Wszystkie opowiem. Będę opowiadać bez przerwy – obiecywała Irka gwałtownie. – Błagam wychodź. Ja w to nie wlezę – uklękła na brzegu.

  – Jutro referendum a ta się modli w środku Katowic – wyszło z krzaków dwóch milicjantów. Młodszy chwycił Irkę za włosy, moją Irkę, podniósł i pchnął na starszego. – Przeżegnaj się teraz „w imię milicjanta.” Po „amen”, wbili swoje łapy Irusi pod brzuch, z przodu, z tyłu, i wepchnęli Irkę do Rawy. Wybiegliśmy z cuchnącej w przerażeniu, tak blisko siebie, prawie jedno w drugim, wołając o pomoc ludzi, Jezusa. Chyba poszedł na rynek.

Irka posadziła mnie na rowerku. – Jedź Jacusiu. Jedź! – i popędziła w kierunku Warszawskiej, Mariackiej. Pochyliłem się mocno i pedałowałem za Irką do domu. Dlaczego na nas napadli? Jak można tak wsadzać ręce, tam, drugiemu człowiekowi, ze zdumienia pojechał rowerek do tyłu.

Wreszcie nasza ulica. Rząd pań pod ścianą. – Czemu tak zdupczacie!? – Łapanka? – zniknęły w bramach. Przy naszej — dozorca Poćsamino. Zdziera afisz „Trzy x Tak”. Zsiadłem z rowerku i przytuliłem się do Irki. Podniosła mnie wysoko i pocałowała. Patrzyłem z góry na naszego dozorcę, na cały świat. Pućsamino rżnął pazurami przyklejony do muru papier, rozrywał pocięty. „Trzy razy nie!”, postukiwała w chodnik drewniana noga, kij z nogawki.

– Niech pan tak nie hałasuje zrywając – wychylił się z okna Mendlewski. – Złapią i zamkną. A potem zabiją – zrzucił na dozorcę poduszkę.

– Uważaj Poćsam. Na Dworcowej pełno milicji – zaśpiewał po niemiecku kominiarz. – Idą na Mariacką. Z psami – ostrzegał z dachów sznapsbarytonem.

Objęła mnie Irka mocniej.

– Lećcie zaraz do zakonnic. Po Benię. Benignę! – wyskoczył z bramy wuj Wicek. – Pan dyrektor sam sobie złożył nogę. Lecz mój brat, lekarz, nie potrafi założyć mu gipsu. Mówi, że on psychiatra umie tylko leczyć od wewnątrz. Gips tężeje a on...

Pedałowałem znowu za pędzącą do plebani Irką. I z powrotem, za Irką i Benią. Obok wóz z górą węgla. Zatrzymał się w jezdni. Nie mogą szkapy dalej. Za dużo dziur na naszej ulicy po tąpnięciach, tąpaniach. Z brzegu szare, a głębiej? Straszą piekłem niegrzecznego Jacusia. Minęły wóz dwie dorożki z matkami Maślińskiego. „Każda chce być matką księdza. Jadać z proboszczem rozprawiając o manifestacjach w Krakowie. O krwi na rynku. Żałować studentów nad czerniną. Potępiać UBe nad karpiem”, odczytał duszyczki matek wuj psychiatra. Już dawno temu, przedwczoraj. Zanotował odczyt na rękawie koszuli. Jak pan dyrektor.

I znowu dorożka. Z ciotką Helą w kapeluszu z kikiriki, albo kokoroko. Nie zdążyłem rozpoznać trzęsideł. Rzadko taki ruch na jezdni. Tyle kopyt. Ile z pięciu szkap? Ojciec by policzył. I jeszcze idą stare dziady. Ciągną na sznurach jakąś skrzynię, chyba trumnę, kiedyś była złota. Zbierają do niej, to, co usypało się z wozów. Węgiel drobny jak piasek.

– Żyjemy w piwnicach na Tylnej Mariackiej. W piwnicach umieramy – kwęka jeden z dziadów. – Jesteśmy Ślązakami a mówią o nas Niemcy. Resztka Wermachtu. Wyrzucono nas z mieszkań, i wszystko zabrano. – Bądź cicho! W niedzielę zniknął Ewald. – Zniknął, bo zjadł gołębia. A gołębi się nie je. Gołębie są do fruwania. – Ewald wiedział co robi. Chciał przeżyć. Był z nas najstarszy. Miał prawie pięćdziesiąt. – A wyglądał na sto. – Ty też tak wyglądasz – zamazywały się głosy starców. Tylko szuranie skrzyni.

Pedałowałem. Iruś ledwo biegła po tylu gonitwach. Ale przecież, ona służąca, nie mogła być wolniejsza od mojego roweru. Porwał ją wiatr. Uniósł w bajkę.

Z Dworcowej wyszły psy.

W szarym pokoju cala rodzina. Już wie. Nie zwrócą majątków z pewnością.

– Nie jestem ziemianinem? – Nie mam dóbr rycerskich? – Nie mamy nic, po tym głosowaniu? – Nic a nic – dusił się wuj z wujem.

- Nikt nie ma? Nawet Zosia? – spazmowały ciotki. Coraz ciszej. Do ciszy. – A ty Ignac, co na to? Mieliście z Zosią najwięcej? – odezwała się któraś po długiej chwili.

– Ignac żyje? – poruszyła się kołdra z babcią.

– Co tam majątek! Córka! – zakrzyczał ojciec. – Spalili mi ją sowieci. A miałem ich wcześniej na szabli. Pod Ossowem. Pod Wilnem. I nad Wisłą. Tyle cięć. A i tak za mało. Namnożyli się dzicy. Od kilku lat prawie nie sypiam. Córka stale przede mną. Nie mogę dobiec do ognia, do niej. Trzymają... Teraz, muszę na okrągło pracować. Katowice, Warszawa. Żeby nie słyszeć jej krzyku. Myślę bez przerwy o akumulatorach. Aby nie widzieć tego co widziałem. Tej dymiącej kukiełki, tak czarnej, z niebieskimi zębami. A wy mi o majątkach!? Bo nie będzie polowań, kuligów, balu za balem – szydził ojciec okropnie. Poprosił ciotkę do tańca.

Z ulicy jęki, ujadanie, chichoty.

– Biją Wermacht – zamknął wuj Wicek okno. – Ustawili dziadów na baczność i tłuką kolbami. A teraz, po spocznij, każą im grzebać w węglu. W tej trumnie z miałem. Czy nie ma Hitlera? – rysował na brudnych szybach scenki z ulicy.
Do pokoju weszła matka z wielką, rzeźbioną klamką. Rzuciła się na podłogę i zaczęła gryźć pozłocone żelazo.

– Nie przeszkadzaj – zatrzymał wuj Szymon wuja Horacego. – Niech zjada klamkę ze swojego pałacu. Przeszłość – nie pozwolił na nic filozofowi. – Niech zeżre całe Nowice – wcisnął brata do szafy-stołu przewracając ileś kieliszków. – Wiem co robić! Jestem psychiatrą z kliniki... w odbudowie. A nie ziemianinem bez ziemi. Czy też aktorem bez teatru – szarpał się z Wincentym.

Matka rzęziła. Na rozwartych ustach pęcherz śliny. Wielka, mała bania po Nowicach. Pękła.

- Gdzie ten Anders na białym koniu? – wyrwał się z szafy wuj filozof. I w ścianę.

– Znowu zaczyna. Nie możesz go Szymek uśpić? Tak na tydzień. Albo chociaż na kilka minut? Żeby odpoczęła kamienica – pytał któryś z wujów ustawiając kieliszki. Nalał – Wypijmy za nic.