OSIEM SPOTKAŃ
PRÓBA OPISANIA SIEBIE

 

Spotkanie pierwsze. Ja i Bóg 
 

Krzyczę powstając z prochu. Koryto ludzkim mięsem napełniono właśnie.

Z
góry kości sterczy serce.

Ja, pierwszy byt po Bogu. Druga dusza świata. Co tam słoń, wieloryb. Można to zabijać dla kłów, dla tłuszczu. „To tylko zwierzęta. Duszy nie mają. Stworzone dla nas, dla ludzi", powtarzał ksiądz Jan czarny kate­cheta. Wiary guz. „Można też polować dla przyjemności. Pif-paf do bez­dusznych". Słuchałem tego zboczeńca przez półtora roku, aż wskoczyłem na katedrę w parafialnej salii zacząłem tupać. Wystraszyłem Janka. Zaniemówił na zawsze. Bóg też się zmienił. Przycichł trochę. Ro­zebrał się z szat i założył bonżurkę. Mego taty. Oglądam Ich często w lustrach. Ojca   z ojcem. Przeliczam Ich dobre i złe uczynki. W lustrze lustra. Piekło, niebo.

Kołyszę sumieniem Pana Boga i sumieniem ojca.

Czerwień, błękit. Supersymetria w dużym, współmierność    w małym.

Chcę być nieśmiertelny.

Mnożę w ciele duszę. Bardzo niespokojna.

Pragnę fruwać w Bogu. A nie spoczywać. „Co to za nagroda? Nic nie robić. Co to za wyróżnienie? Nie pisać książek", pytam Go co wieczór. Odpowiadaj! Wrzuć do koszyka dobrą powieść.

O poszukiwaniu Prawdy—Ciebie. Czarno w oku. Zimno w oku.

Idę w ziemi.
Szukam Pana.
Podchodzi pod niebo spóźniona łąka.

Trudno mi odnaleźć Prawdę, Boga, poza taty wizerunkiem. Przeszka­dza mi w tym tysiąc osób. Przede wszystkim moja matka  i  jej kochanek Eisengraeber. Bez nich byłbyś we mnie od dziecka.    A ja w Tobie. Przeszkadzają mi w szukaniu trzy nauczycielki z podstawówy i pięciu na­uczycieli z liceum. Przeszkadza mi też matka Agaty i matka Ewy. Nie mam szczęścia do matek. Może do Boskiej? I ten esbek, który strzelał mi w głowę podczas przesłuchań. Nawet podobny do Kiszczaka. Przeszka­dza mi też w szukaniu Boga polski parlament. Bez tej rasy byłbyś we mnie od dawna.

Kładł światło po cieniach.

Na starość.   

Pod kościołem odpust. Kram przy kramie. Figur wiele z lipowego drewna. Zbite Anioły na krzyż rzymski. Para przy parze.

Z gwoździ śmiechy zdrajców.

Gwałcą Anielice. Pod kościołem, za kościołem. Jak Małgorzatę. Bóg na kramach z łaską sporą. Dla esbeków, dla ubeków. Dla zła polskiego, ziemskiego. „Znowu Boże nie masz racji", wołam z wieży bliski płaczu. „Bądź człowiekiem! Jak ja. Z księżycem i w pię­ściach", płaczę z góry w jaskrawość. W odpust. „Odbieram Ci Panie moc. Tak na jeden dzień", płaczę, krzyczę coraz głośniej. Posiwiał ze zgrozy Anioł stróż. Mamla skrzydło do odkurzania luster. Toż to zmarły wuj Szmytkowski. Poznał właśnie plany Boga. „On chce uro­dzić nowy świat. Pierwsze dziecko nieudane", żuje skrzydła w pod­czerwieni. „Bóg już tworzy nową masę. Nowy porządek! Na horyzoncie widzialnego. Nie weźmie nas do nieba, nie strąci do pie­kła. Będziemy siedzieć tak na brzegu, w zgniecionych karoseriach.

W nieskończoność.", przeżuł wszystkie pióra.

Póki co pojadę na moją działkę, do tej jabłoni z kwaśnymi jabłkami. Tam czuję się bliżej Boga. Obejmę pień i zsunę się w nocy po białym - w środek świata, w kosmos. W słowo. W nim Boże jesteś dobry. Można z Tobą żyć.

 

 

 

 

 

Spotkanie drugie. Ja i kosmos

 

Rodzi się gwiazda. Jeszcze ciemna. Wiązanie pola grawitacyjnego.
Spadają , lawiny planet.

Pułapka magnetyczna. Bieg czasu odwrócony. Z gwiazd węglowych widma same. Tylko człowiek z ciała, ze zwojów nerwowych wie o nowej gwieździe, o NMR. Chce wykorzystać wiadomość w różny sposób Zagęszczać plazmę w różnych celach. Bóg bardzo ostrożny. Powołał mnie daleko od środka galaktyki, od środka Wszystkiego. Na chwilę. Nie darzy mnie zaufaniem. Wygarnę Mu to, kiedyś. Mam żyć w harmonii kosmicznych śmieci? Leczyć się muzyką elektroniczną? Zbiegły się fale w purpu­rowy punkt.

W kropce kwantowej czytają elektrony.

Ale nikt nie słucha obrotu czasoprzestrzeni. Koła gwiazd coraz szyb­sze. Gęstość materii nieskończona. Prawa fizyki diabli wzięli. Przekładam zbiory gwiazd aż po horyzont czarnej dziury. Przepływa energia z ol­brzyma na karła. Biały przyspiesza. Karzeł to ja.

Drży czarne zero, energia próżni, supersiła z początków Wszech­świata. Obraca pulsar. Za dużo cząstek w jednostce czasu. Zmarli w gwiazdach. Małgorzata w białej materii.

Mruga dłoń z daleka.

Z kosmosu słów kilka. Czarnych słońc. Masy bezwładne, nie wycią­gnę z otchłani. Mózg nagle skręcił, z autostrady, wysoko,w przestrzeń. W lusterku wybuch supernowej. Rozleciały się buty z czaszką. Zarył się mikrokosmos we Wszechświecie.

Trzepocze skrzydłami śmierć.
Burza ognia.
Znowu przewrót gwiazd.

Błyska dół Słońca, igły w źrenicach. Mocniej przyciąga księżyc. Że­gnam na Ziemi przyjaciół. Wypromieniowałem już tutaj ciepło. Noc tru­pia w kościach.

Kosmos lodu. Teraz wy palcie korony, plazmę mózgu, niebieską. Dalej. Poza kosmos.

Na moim grobie model Układu Słonecznego. Przywołam do tych myśli jeszcze Gwiazdę M42. Merkury zbyt mały.

 

 

 

 

Spotkanie trzecie. Ja-rozum
          (niestety najkrótsze
)

 

Przezroczysta twarz ze strasznym umysłem.
Z czaszki komora iskrowa.
Dłoń na czole żarzy
.

Czuję wiązki między myślami. Zbliżyć je trzeba.

Energia nieosiągalna w akceleratorach. W skroni pulsują liczby, sze­lest, stukot. Z czarnych figur żółty kwadrat, z trójkąta klin czerwony. Czoło w białe linie z promieniem wodzącym bardzo białym.

Strzelaj wreszcie z łuku czoła.
Uderz w pierś skały.

Rozum - substancja życia. Napiera na mnie z każdej strony.

Prąd wirowy w rdzeniu. Szum spółgłosek nieprzyjemny. Uderza

w skroń. Moment pędu cząsteczki.

Przerzucam z ręki do ręki czynny pierwiastek. Świeci. To mój Bóg

i reszta. Pytania o duszę, o dobro. Z myśli kościelna wieża. Gotyk prawie. Głowa z wieżą. Wieża z głową. Z wieży popiół. Sucha mysz.

 

 

 

 

Spotkanie czwarte. Ja i dzieje

 

Z kurhanu strumień kości. Wygrzebałem czaszki przodków. W tej jest wolność, a w tej tylko pragnienie. Wącham czoło pradziada. Nepomucena Durskiego. Walczył w Powstaniu Listopadowym.

Złocone róże w oczodołach.
Gwóźdź od trumny pachnie.
Czernią tysiąca nocy.

Płynie rzeka z ziemią naszą. Biegnie po falach, w kościach sinych koń pradziada, ojca koń.

Cień cienia.

Z szablą, lancą, z siodłem ułańskim pędzi dookoła Lidy, po ścianach pokoju. Odrzucam polską szablę, za lekka, lancęz drzewcem, za krucha. Zdzieram wygodne siedzisko, czaprak   z potnikiem. Dobry los opancerzył moje ciało, dał szybki topór. Przywiódł klacz-potwora. Bujak unosi z marzeniami. Jadę    z Pobożnym przeciwko Branderburczykom. Poeta cwałuje na krześle. Drewno utkwiło w mięśniach rzadkich. Lecz topór spieniony purpurą. Coraz bardziej w dziejach. Teraz z Krzywoustym, na Pomorzu. A teraz z Chrobrym pod Łużycami. Na horyzoncie parapetu koń i jeździec, bez łba, bez głowy, bez karku, bez... Jeepyz UNRY zajechały. Trąbią głośno przed kościołem. Dary wiozą od Narodów Zjednoczonych.

Zamiatam słowa z biurka.
Samoloty z kartek dziobią plecy historii.
 

Chciałbym żyć w epoce stegozaurów. Bać się, bać stalew jaskrawych kolorach. Albo zaistnieć w XXX wieku. Latać na spotkania autorskie po wielu planetach.

Miednice oczu patrzą, tace języków mówią.

Mój byt bez tajemnic. Nie miałem rąbka przed Agatą. Za to ona miała obwody. Nie mam też przed Państwem. Powiem Wam co widzę. Przeszłość dziejów i przyszłość. Chorągwie z mgły biało-czerwonej. Do­okoła wiatraków umarła kawaleria.

Trąbki z ziemi.

Tryumfalne tęcze. Świeży mocz na chorągwiach. Zlana uryną Polska. W ranach bardzo zardzewiała. Ale co tam mój kraj, mój naród. Mały w małym.

 As trefl przyplasnąl Ziemię. Ta gra zabije dwa miliardy.
Kwadrat stuka w kole dziejów.
Z rogu spada imperium.
Po ludziach wodoru piękne cienie.

W którym wieku się zatrzymać? Znaleźć względny spokój. Dla my­ślenia. Dla kreacji. Na pewno nie w XXI. Nie lubię samolotów   z czarnymi pończochami, w czerwonych podwiązkach. Zaparkuję swoją hulajnogę w gaju Akademosa. Pogadam z Platonem    o najnowszej historii. Zasłabnie barczysty w gaju. Opowiem mu o... „Zabierz mnie tam ze sobą", zaszcze­kał pies córki. „Mogę być w Akademii. Nigdy nie byłem marksistą", za­tańczył z radości. Ze mną hipa, a z córką hopa. Potknął się o nasz Czas, o jakiś marmur    z żelaznym krzyżem. W krysztale, w gnoju.

 

 

 

 

Spotkanie piąte. Ja i świat 

Zadomowiłem się trochę w tym świecie. Chwilami nie jest straszny. Można go polubić. Po białych nocach czarne dni. Zaczynam też lubić siebie. To trudniejsze niż kochać innych. Zostawiam na razie kosmos, mgławicę Oriona „pa, gwiazdo M"i idę — Durski do Durskiego, głę­biej, w środek kuli, jestestwa. Odnaleźć duszę w ciele, rozum w umy­śle - w nim cały świat. Ten dookoła. Muszę dotknąć prawdy małej.

Wyjąć ze światła.

Duża prawda zbyt wielka dla Durskiego. Nie jestem filozofem.

Mój chód przegrany. Rozum kwaśną kromką, dusza... Kiedyś patrzy­łem w pusty talerz, w dziurę po chlebie. Długo.

Brzeg talerza śpiewał o kole głodu.
Pamiętam szklany ból, szklanego kanarka.

Godzina ostrych widzeń, przesłuchań.

Cień klatki. Liżę własną duszę jak pies ranę. Łaskocze pragnieniami. Książki moje tłumaczone na angielski, na hiszpański. Czytane, podzi­wiane. Gdzie granica pragnień? Nie ma. Chcę wszystko.

Spod drzwi purpurowe słońce. Za drzwiami dwoje moich dzieci, które Bóg dał za chwilę pieprzenia. Pragnę ich miłości. Bardzo. „Ale stary nie ma kasy", nie chcą ojca bez portfela. „Z jego książek rzeźby małe". „Lepiej już go złożyć w wierszu, w białym grobie. I tak nie da na samo­chód". „Ja mam składać prozaika? W jakichś strofach?", słyszę myśli, wielki hałas. „Z niego tylko dźwigacz jąder. Niech go złożą jego baby", słyszę znowu hałas wielki. Nie wejdą dzieci do mieszkania. Nie przy­chodzą od lat czterech. W Wigilię najtrudniej,    i w urodzinki. Idę sam do siebie. Po pokojach zalewanych słono. W stopach sól, w papciach sól. Słona samotność. Zachód słońca. Wysyłam miłosny  e-mail na piąty kon­tynent. Do Klarci w układzie rombowym. Chcę jeszcze żyć. Ziębię czoło księżycem. Wodą z kranu. W zlewozmywaku głowa. Na suszarce dłonie. Po wyschnięciu zamkną się w pięść. Nie będą błagać o miłość za euro.  Na pewno nie.

Rozwiał się cień syna, córki. Pusto zupełnie za drzwiami.

Z głosów waszych wybrałem swój krzyk.

Poziomy. Nie bójcie się. Nie dojdzie do nieba.

Zarosło zimnym miastem.

Za to Bóg ubłagany.

Śmierć rzadko zagląda. Tylko co noc. Wśród czarnych świeczek, sza­rych ścian jest taka kolorowa. Tylko malować jej akt tlenkiem kobaltu, glinianem, cyjanem.

Całe życie w śmierci.

 

 

 

 

 

Spotkanie szóste. Ja poszukujący sensu

 

I co mam robić z sobą? Z takim wytworem przyrody? I co z tego, że jestem najinteligentniejszym zwierzęciem. Niby na szczycie wymyślonego przez ludzi wzniesienia, lecz często zsuwam się... Tak marny przy afry­kańskich słoniach. Przy słoniu, słonicy broniącej słoniątek. A jak Bóg po­zwoli, to marniejszy nie tylko od trąbowców. Od...? Po prostu hiena. A może i cętkowana lepsza ode mnie?    I pręgowana. Nabiegają się nocą dla innych hien. Dla stada. A ja nie gnam po żarcie dla braci, dla sióstr. Nie mam rodzeństwa. Siedzę tylko i myślę. Przyrośnięty do skroni palec. Odlany z nocnika.

Siedzę tak przy biurku, i siedzę, zamiast karmić afrykańską faunę. Składam słowa w zdania na blatach dwóch biurek, na ulicy Czystej 12 da­leko od sawanny. Dzień w dzień grzebię w kilkunastu szufladach niczym nie ryzykując. Nie ma już Jaruzela u władzy. G(i)enerała czerwonego za­konu. Też pisze książki. Grafoman. Mogę spokojnie bazgrolić. Nie mam konkurenta wśród polskich prezydentów.

Ale poza pisaniem - ciężko. Męczą mnie metafizyczne wizje, myśle­nie religijne.

Śmierć z każdej strony.
Struktura jestestw druzgotana.

Ciągła deformacja bytów.

 

Dlaczego istnieję na łamanej? Kaprys Boga na którymś stopniu? Ciężka świadomość siebie. Człowieka. Chociaż sporo we mnie zwierząt: Stary jeleń. W oczach ślepe rogi. Okrwawił młodą sarnę. Stary łabędź wrósł kuprem w jezioro. Mróz chwycił. Stary knur na zboczu góry pod tytułem Literatura polska. Wchodzić, schodzić? Spaść na ryj? Burzą się w wieprzu jelita. Szkoda, że pies córki umarł „na starość". To był byt. Nie taki jak ja. Nieokreślony projekt rodziców. Ani fizyk, ani prawnik. Tylko malarz z rzeźbiarzem pokłócony od rana. Przed czym stanąć z duchem wielkim? Przed sztalugą Kawaletem? Z pędzlem, szpachlą? Młotkiem, dłu­tem? Cicho? W hałasie? W zapachu akryli? W pyle piaskowca? Z ciałem żony, czy sąsiadki? Co innego moja córka pełna ciemnych sił. Ona wie jak żyć. Ale nie powie ojcu.

Tajemnica w pięknej skórze.

W sam raz dla... Diltheya? Po co ja, o niej, tutaj? Z wnętrza ciemności promień. To jego szukam - sensu.

Idzie przy poręczy światła, cicho w sandałach z piór.

Podchodzi do sztalug, do obrazu. Przędzie z płócien ciszę jasną. Wchodzę z nim na szczyt wzniesienia. Nade mną tylko Bóg. Przez chwilę. Pokazał mi skład logiczny. Mój i Jego. Za dużo sensów w jednym sklepie. Znowu spadam ze wzniesienia.

 

 

 

Spotkanie siódme. Ja i metafizyka

 

Odrzuciłem dzisiaj ciało. Nie ma mięsa. Wyrwałem się z własnych kości. Jak najdalej szpiku. Co zostało? Sama świadomość? Że jednak to możliwe — być i nie być. W wymiarze nieskończonym. Ale czy na wiecz­ność? Co będzie, jeśli Bóg, nie jest jednokrotny? I pojawi się ileś razy z inną maską istnienia? Z innymi Wszechświatami? A co będzie, jeśli stwierdzi, że nie jest idealnym Twórcą, (bo nie jest, piszę to ze strachem) i zniszczy Siebie? I wszystko? Przecież jest wszechmocny. Tak przynajm­niej nauczała Jacusia katechetka Benigna. Straszyła boską potęgą chłopca z Mariackiej. Bałem się Boga jak diabła. Pełzły z obu złote węże. Dopiero teraz, na starość dostrzegam różnic milion. Zagęszczają tajemnicę mojego istnienia. Czuję w duszy drugi świat, lepszy, masyw biały, przeciwko złu.

Modlitwa za diabła.
Bieleje szatan mój.
Obserwuję przemianę nie widząc.

Bóg przekształca czasoprzestrzeń. Nie ma mnie w oknie Mariackiej, nie ma ulicy, miasta, Ziemi. Zakrzywił wreszcie czerń. Przed moim du­chem kula światła. Rośnie mój krzyk na nowej Ziemi wśród gwiazd M42. Duch prowadzi duszę. Energia i masa. Idą razem moje miary.

 

 

 

Spotkanie ósme. Ja i kreacja

 

Staję się. Sam dla siebie celem.
Bęben Ziemi w sercu słyszę.
Uderza coraz szybciej.
Otworzy pierś szeroko.

Większa swoboda cząstek. Pędzą fale po ścianach pracowni, po lu­strach. Dźwięczą w strugach kryształu. Słowo w kuli szklanej. Strzelam w serce od rana. Lecz Pan Bóg łaskaw dla artysty. W rysach Boga resztki białka. Chyba się zapomniał. Zamiast pompy, obu krążeń trafiłem własną śmierć. Za blisko podeszła do biurka. Teraz mogę pisać dalej. Całym skrzydłem. Biję w porządek. Opór cieni. Gęsto od piór nadłamanych. Pokażę czytelnikom mechanikę nieba, piekła. Karuzelę dobrego i złego. A w środku kół autora. Dlaczego w, centrum? Ponieważ kocham siebie. Nie znając. Lecz dość już mam tej miłości. Strzelę w serce zwykłą kulą.

Nie zapisałem tamtych myśli. Tylko te. Przepadł akapit. Tylko oddech w powietrzu. Grudzień, biało-szaro.

Zaciera ręce postrzelona śmierć.

Akt matki z głową Eisengraebera. To transmisja rzeźby Diabłów. Lęk z lękiem. Kruszy palce piszącemu. Wystają słowa ze śródręcza. Znowu coś przekroczyłem. Będę musiał zaraz odejść.

Chyba, że zagracie ze mną na strunie Wszechświata. Przez ten moment punktu na linii, kontrapunktu. Tak polifonicznie. Pragnę dzisiaj Spotkania.

Ludzi ukształtowanych przez blask.

Oddychających do rany wierszem.

Nauką i sztuką.

Z wiarą po przejściu ognia.

Z ideami kreacji.