PODRÓŻ

Na Bankowej milicja. W „Zoo” i przed bankiem. Trójki mundurowych biegają dziewiątkami. Trzydziestu sześciu milicjantów od zwierzyńca do skarbca, z bramy w bramę. Od krat do krat. Strażnik skarbów zastrzelił przez lufcik niedźwiedzia ratując życie, temu, który sprząta klatki. Niedźwiedź wiele lat przyjaźnił się ze służącym, lecz dzisiaj, nagle, zmienił uczucia. Nasadził przyjacielowi wiadro na głowę i odgryzł mu rękę z miotłą.

Przyprowadzono z banku obu strażników do klatki z martwym niedźwiedziem i jego ofiarą. Prosiła Boga o rękę. Z krwi i juchy wspólny skrzep, racuch czarnoczerwony. Zaraz zemdleję, oparłem się o domek szympansów. Samiec przestał jeść jabłko i wstał. Wyższy ode mnie i o wiele cięższy. Lepiej nie mdleć na jego mieszkaniu, położyłem się przed klatką. Zniknęły czarne gwiazdy. Zobaczyłem ponownie strażników w kajdankach i milicjantów z psami.

– Kto strzelał z tego parabellum? – pytano wilczura. – Ten siwy? Nie? To ten młodszy, bez spodni, prosto z ustępu – rozpoczęła Milicja dokładne przesłuchanie.

– Psy nie wiedzą – meldował sierżant porucznikowi. – Nigdy nie były w „Zoo”. Mają za dużo w nosie.

– To dowiemy się od zatrzymanych – westchnął porucznik głęboko. – Który z was kropnął misia? – przesunął sierpowymi obu strażników. – Kto zniszczył mienie państwowe? – przesuwał straż po klatce.

Obeszli już brunatnego dwa razy.

– To ja strzeliłem. Nie mogłem już słuchać tego wrzasku. Okropnego – przyznał się siwy po pięciu okrążeniach.

– Co za wrażliwość. Bez zgody Urzędu – boksował dalej porucznik. – To on zrobił ze skarbca ambonę – przedstawił nadchodzącemu pułkownikowi aresztowanego. Ustawił pięściami przed skórzanym płaszczem. – Przez to próchno, obywatel pułkownik nie zobaczy dzisiaj Gwardii z Legią – dosypał iskier w wkurwienie ubowca – A my, to nawet nie usłyszymy jak Gwardia bije. Bo będziemy w prosektorium. Trzeba zawieść ścierwo niedźwiedzia na sekcję zwłok. Nie mają z trupiarni fal nośnych – żalił się mundur skórzanemu płaszczowi.

– Aresztowany jeszcze na nogach? Tłuczesz, a on biega? – zdziwił się bardzo ubowiec. – Wasze nazwisko? – pociągnął ostro z termosu. – Nazwisko!? – nie zapomniał, że pytał.

– Kwaśniewski – wyprężyło porucznika od butów. Przybił zapałkę do daszka a do uda pudełko. Nie oddychał, żeby nie palić.

 Aresztowany ma leżeć… jak ten synek przy klatce z małpami. Tu – rozkazał pułkownik termosem. – Pokażcie ojczyźnie Kwaśniewski sierp milicjanta. Z Katowic! – wypił za Polskę Ludową i za województwo.

– Tak jest! – uderzył z rękawa sierpowy. Wytrzymała szczęka strażnika. Nie przewrócił się siwy na złość oficerom.

– Służysz chuju w milicji, – podniósł ubowiec odgryzioną rękę –  a nie potrafisz znokautować bankowca w bransoletach – walnął krwistym w papę Kwaśniewskiego. Rzucił na omdlałość czerwonego gryza. – A tobie przypierdolę całym niedźwiedziem – obiecał strażnikowi. Zakręcił pusty termos. Wypił z „tacy kierownika Zoo”.

– Zostawcie nam niedźwiedzie łapy – prosił tacą kierownik. – Zrobimy z poduch znakomity bigosik. Z wódeczką. Przyślemy do was za tydzień.

– Pełno ludzi, ale ani jednego człowieka – stwierdził szympans nade mną.

– Wracam już do siebie – powiedziałem do małp. Słabo jeszcze widzę ale nieźle słyszę.

– Oddaj mi moją...! – skamlał bezręki.

Któż to, któż to, idzie w moim kierunku. Prowadzi rower. Tandem, dwa siodełka zielone. Taki wzburzony. Macha do mnie i do szympasów. Mój wuj psychiatra.

– Wyjeżdżam dzisiaj z Rybnickiej. Od Heli. Pokłóciliśmy się wszyscy o Lepszą. Pożarli się bracia – westchnął. – Wicek jedzie do Witnicy za Gorzowem Wielkopolskim. Do narzeczonej z trzema domami. Wypatruje panna Wincentego od podboju Abisynii przez Włochów. Roztrojona na trzech dachach. Pankracy już wyjechał nie wiadomo gdzie. Wszędzie można filozofować. A ja wracam do Poznania. Wreszcie otwierają klinikę z oddziałem psychiatrycznym. Mam sporo pomysłów na leczenie nadzdrowych. Ty jak domyślam się nie chodzisz teraz do szkoły? Wagarujesz. Bo matka wyjechała z kochankiem. Do Zakopanego – spojrzał mi przez głowę na parę szympansów.

– Lubię wagarować jak starej nie ma. Robić to co lubię – pokręciłem przejrzystą.

– No to bomba – ucieszył się. – Do przyjazdu matki jeszcze miesiąc. Przedłużyli sobie – Jedźmy na ten czas do Poznania. Tandemem. Zima nie zima. Dojedziemy. Zobaczysz białą Wielkopolskę.

– Widziałem Jutrosin, Szymonki. I to latem. W zieleniach, błękitach. Jeździłem tam konno. Na siodle i dwukółką.

– Biel tez piękna z roweru. Zobaczysz więcej Wielkopolski. Pokażę ci Poznań, ulicę Ratajczaka, gdzie się urodziłeś. Muzeum Narodowe, a w nim galerię malarstwa obcego. Będziesz miał moc kolorów. Wsadzę cię potem w pociąg i wrócisz do matki – zamilkł na kilka minut.

– Chcę być z tobą szczery – zakrzyczał. Zatupał. Wrzucił cyklistówkę do klatki szympansów.

Przymierzały małpy prezent.

– Proponuję ci podróż do Poznania, przejażdżkę na tandemie, bo boję się jeździć pociągami, autobusami. Boję się jechać sam. Niepokój do kwadratu. Mam przeróżne nerwice, fobie. Tyle ogonów – lepił na ławce siedzącego bałwana. – To co pojedziesz z takim wujem?

Potaknąłem przejrzystą.

– No to jedźmy jak stoimy – pożegnał śnieg na ławce. – Zatelefonuj tylko z banku do tej waszej służącej, tej Lepszej, że wyjeżdżasz. I powiedz jej, że Szymon ją kocha.

Poznań. Po ośmiu dniach. Za nami białość ziemi z niebem białym. W czystej sferze zakwitały żółte słońca. Z bieli śniegu fioletowe cienie. Pachniało gorącym mrozem, niewidoczną trawą. Na drzewach szadź roziskrzona tysiącami tęczy. Z zamarzniętych mgieł delikatne cuda. „Bóg jest Artystą”, powtarzałem wujowi do pleców. Zgadzał się co kilometr, ale bez zachwytów siostrzeńca. „Zaparowały mi bryle zupełnie”, schodził ciężko z tandemu, maszyna z maszyny i kładł się w puchu aby odpocząć. „Przeliczyłem się z siłami”, dyszał za Jarocinem, na tym moście, nad Wartą. Leżała biała wśród białych pół. Wiatr wirował po śpiącej rzece białymi kołami. Tak biało bez słońca, bez niebieskich cieni. Biało aż strach. Śmierć kroczy na moście. Biały cień. Przeszła. Przeżegnał się Szymon szeroko. „Boli mnie serce przez Lepszą. Zakochałem się jak głupi w służącej. I to na starość. Dla niej skoczyłbym z tego mostu. Na lód. Ale nie sam. Z nią. Z jej pięknym ciałem. Pękłaby Lepsza na lodzie. W moich ramionach”, zadudnił pięściami po poręczy mostu. Stukał daleko.

Za nami śnieżna równina. Wioski srebrne, złoci ludzie. Gorące pyry z parą... Zasypiałem najedzony. Wuj siedział jeszcze z gospodarzami. Wysłuchiwał ich zmartwień, rozmawiał o kłopotach. 

Kulista próżnia w każdym śnieniu. Jazda w sferze, dookoła, po białych ścianach. Śnieg krąży zamiast padać. Za białą ścianą Tajemnica. Przeczuwam pełnie świateł. Barwy nieznanej wartości. Dostojny ruch kolorów. Wjechać Tam na rowerku, zobaczyć boski pejzaż. Ściano ustąp!

Niestety, w żadnym śnie nie pojechałem dalej. Nie wiem, co Bóg nam przygotował. Raz tylko, na sekundę, rozchyliła się biała płacheć. W otwarciu świat przeraźliwie inny. Promieniują ucieleśnione dusze. Jest też Bóg. Wielki i mały. Na naszą miarę i na miarę Pana. Tu i… kiedy nie obudzę świtu.

Ulice rodzinnego miasta jeszcze straszą wojną. Sporo ostrych ruin, poszczerbionych kamienic. Przerażają chichotem diabłów. Stoi jeden we framudze bez okna. Przymierza różne mundury, nasze, wasze, z błyszczącymi orderami „tyle złomu za zabijanie” chichocze żonglując ogniem. Cieszy się z ludzkiej głupoty, ze zorganizowanego głuptactwa. Gdyby nie był Diabłem, to czułby do ludzi obrzydzenie. Rzygałby z Poznania na cały świat.

Zatrzymał rower wuj Szymon. Uchylił obskurną bramę. – Tam, w podwórzu mieszkało jaśnie państwo po wysiedleniu z majątków. Wszyscy w jednej suterynie. Obok pralni z maglem. Twoja babka wielmożna, i matka wielmożna, i ojciec wielmożny, i... Nie, pan dziedzic, to się ukrywał. W lasach, niedaleko Głęboczki. Ale nieraz przyjeżdżał tu wozem pełnym drewna, szczap różnej grubości. Dziedzic przebrany za robotnika leśnego. I tu cię Jacku poczęli. Tak niechcący. Matka nie sądziła, że w takich warunkach można zajść w ciążę, a ojciec zawsze się spieszył – pedałowaliśmy dalej ulicą.

„Tak niechcący”, poczułem w przełyku słone jabłko. Z pewnością byli wściekli, że jestem. Matka miała już wtedy czterdzieści lat a ojciec pięćdziesiąt. Po co starym drugie dziecko. Z jabłka  śliwa soli. Połknąć, wypluć? Mieli już córkę, śliczną jak anioł.

Poczułem złość do wuja.

– Tutaj się urodziłeś – zakrzyczał radośnie, aż spadliśmy z tandemu. W gruz pobielony śniegiem. Rower utkwił w potrzaskanych stopniach prowadzących do nikąd. Metalowy ozdobnik niczego.

– Tutaj? – patrzyłem na białe zgliszcza. Na kupę kamieni. Gnaty domów.

– Tu też… tu… – chciał mówić dalej. Nie mógł. Poprawił przy nogawkach klamerki.

– Chcesz opowiadać o mojej siostrze? Jak pff – pokazałem ręką rozsnucie anioła. – Opisywać jak krzyczy ogień? A ja nie chcę tego słuchać. Nie chcę śnić więcej krzyczenia. Słyszeć i widzieć krzyku płomieni. Tylko to z wojny pamiętam. Postanowiłeś mnie wykończyć gadaniem? Tu, w Poznaniu? – doskoczyłem do wuja. Przywalić go rumowiskiem. Zgarnąć w ramiona całą ulicę i wysypać na mówiącego.

– Nieraz myślę o niej – podniósł się prędko z kolan. – Była mądrym dzieckiem. – Miałaby teraz… szesnaście lat. Nawet zdjęcia nie ma… A tu SS zastrzeliło trzech twoich wujów. Dalszych. Moich kuzynów – pokazał mur jakiś. – Za szaber. Złapali nas z ukradzioną świniną. A tak naprawdę to Hela ukradła. Ściągnęła Niemcom z ciężarówki. O! Właśnie tędy goniłem Kokoroko – wyprowadził rower na jezdnię – nie wiedząc, że to ona. Zasłaniał jej głowę świński ryj. Bardzo apetyczny. Goniłem żarcie z Pankracym, Wickiem i z innymi wujami. Od Cytadeli przez całe Garbary. My bez niczego, ona z takim ciężarem, a nie mogliśmy dogonić. „Zbyt wysportowana. Trochę przypomina mi Kokororo”, dyszał filozof na Górnej Wildzie. W końcu dopadliśmy mocarną na ulicy Strumykowej, buch w zaspę, i wracamy z ryjem na Winogrady. Jeść, jeść. Lecz mocarna  idzie za nami, idzie i idzie, aż pod Cytadelę, strach śnieżny zamiast wyrzutów sumienia. Przeraził Wicentego. „Już dobrze! Podzielimy się z panią”, zawrzeszczał jak u dentysty. „Tylko jak?, pytał przez jezdnię. „Ma szanowna coś do...” „To ja, ty imbecylu! Hela! Ukradłam to dla nas”, zaskoczyła nas ciotka zupełnie. Wstyd większy od Cytadeli. „Nie wiedziałam, że to wy mnie gonicie. Poznałam was dopiero na Dolnej Wildzie. Jak żeście mnie przewrócili”, darła się głośniej od Wicka, idąc do nas z lusterkiem. „Zaraz popatrzcie na siebie. Na sześciu skurwysynów!”, wydarła się głośniej od samego Hitlera. I usłyszały Kokoroko zygzaki. Zobaczyły też świński ryj. Patrzył na nich spod płaszcza Wicusia. Kazali nam ustawić się pod ścianą. I od pierwszego, co drugiego, trach. Zastrzeli trzech z sześciu. A nam żywym podarowali wyszabrowaną „zeżryjcie se teraz”. Co za szczęście, że stanęliśmy tak, a nie inaczej – cmoktał psychiatra nad kierownicą. Całował dobry Los. Swoją Gwiazdę. – A potem jedliśmy – beknął tłustym wspomnieniem. – Coraz wolniej modląc się za dusze kuzynów. – Tylko Hela nie jadła. Żuła kokoroko.

– Smakował ci ryj? Po tym wszystkim?

– O tak. Bardzo. Nie jadłem od tygodnia. Nic oprócz zielonego groszku. Poznań, jak wiesz, Niemcy uznali za fortecę. Wszystko dla nich, żywność, opał. Anglicy zrzucali paki z żarciem. Ale sam groszek w puszkach. Na pewno gdzieś zrzucali tylko marchewkę. Nie zapomnę zielonych kulek, zielonego smaku. A w tej bramie Armia Radziecka – przerwał sobie zieloność Czerwoną – gwałciła ciotkę Helę i jej córki. Młode nie wytrzymały wieczoru. Zamarzły podczas stosunków. Nagie w mroźnej sieni. Lecz ciotka okazała się silna. Zwariowała tylko na tydzień. Pomogłem jej bez elektryczności. Uruchomiłem stłumioną nienawiść. Zaprosiliśmy do naszego mieszkania, do piwnicy z węglem, tego oficera, który gwałcił i dowodził gwałceniem. Rozlokował się na całym parterze, nad naszymi głowami. Taki ważny pułkownik z mapą Cytadeli i ze zdjęciami żony, córek. Czekają na bohatera. I ze zdjęciem syna. „Też walczy.” Teraz gwałci we Wrocławiu. Zaprosiliśmy pułkownika na czysty samogon. Zszedł zaraz do Szmytkowskich zadowolony z życia, zachwycony wojną. Zaginął wyzwoliciel. Najpierw, zmiażdżyłem mu kość krzyżową, od czego węgiel w piwnicy, a potem ciotka gwałciła go do końca lutego. Cierpiał w mleczu pod Helą. Rozdzierany od wewnątrz pacierzowym krzyżem.

– Przyglądałeś się temu?

– Długo. Chciałem zaobserwować zemstę jako przypadek kliniczny. Z powikłaniami. Zobaczyć pragnienia Heli. Opisać je, aby potem analizować. Pułkownik mnie nie obchodził. Nie dostarczał żadnych emocji. Nie interesował mnie też jako schorzenie. A tutaj was zasypało – zakończył wuj wspomnienia.

Oparliśmy rower o studnię Proserpiny. Z gęstej, ciemnozielonej wody patrzą nasze twarze, wuj z siostrzeńcem. Uśmiechy do szarego gołębia. Ładnie paskudzi Damę zmarłych.

W Muzeum Narodowym. Sam. Wuj już w szpitalu. W bieli wygląda na lekarza. „Dojechałem do pracy”, uścisnął mnie wylewnie. Przytulił się do biurka, do oddziałowej, objął wieszak z fartuchami kolegów, przygarnął „krok w krok” młodszą pielęgniarkę, rozwiązał pacjentom rękawy. Obściskiwał wszystko i wszystkich. „Na nim przyjechałem z siostrzeńcem”, pokazał rower szefowi kliniki. „Wie pan profesor gdzie leżą Katowice?”, zatarasował tandemem gabinet szefa.

Idę po marmurowych schodach. Coraz więcej obrazów. Kolor mózgiem obraca. „Malarstwo holenderskie, XVII wiek.” Klękajcie malarze polscy. Wszyscy na twarz przed Holendrami. Pejzaże van Ruysdaela, van Goyena. Niebo zajmuje większą część obrazu. Na dole trochę ziemi, morza. Rolnicy, rybacy. Być tam wśród pracowitych w szarozielonkawej mgle. Lecz dalej jestem w PRL-u i tylko podziwiam Zachód. Czaszka budą a skóra łańcuchem. A teraz portrety, co za prawda w twarzach! Liżący ramę spryt z „Portretu prawnika” de Voisa, wyniosłość artysty z autoportretu Hannemana. Przekaz dusz portretowanych i portretujących. Ci malarze żyją przez wieki! Czy i ja tak będę żył? Czy coś po mnie zostanie? Pani pilnująca obrazów wydaje się Losem. Zapada czarno w parkiet. Na jasnych klepkach cień. Zniknął.

– Zemdlałeś – pociera mi „Los” czoło zimną herbatą.

Czuję zapach cytryny z obrazu van Schootena. Chłodny plasterek z zimnej łyżeczki. Zieleń na srebrze doskonała.

– I co dalej? Wracać do Katowic? Głupotą by było spieszyć się do domu, do szkoły. Do matki z Eisenem, do klasy z Horecką. – zastanawiam się na głos na kolanach „Losu”. Siedzimy, leżymy na czterech taboretach empire, wyścielonych miło.

– Lepiej się już czujesz? Dzwonić po rodziców? – pyta starsza pani.

– Mam pieniędze od wuja na przejazd do Katowic, i więcej. Móglbym gdzieś jeszcze pojechać… za Poznań. Rysować Wielkopolskę wiosną. Im dalej od matki tym cieplej. Mróz puszcza. A potem wróciłbym pociągiem bez biletu.

– Mówisz do mnie, czy do siebie? – pyta znowu pani.

– Do obrazów. Podoba im się pomysł „na gapę”. Wychodzić poza wagon widząc konduktora i pędzić na żelaznym zderzaku, na drabince żelaznej. Wir w stopach. Mknąca blisko szyna. Kusi „dotknij butem”. Poczuj prędkość pociągu. Bądź prędkością. Bez butów. Odpowiadaj z wolnej stopy strażnikom PKP. Żeby tylko nie padało i nie truło kopciem.

– No to zamykamy Muzeum – zmusza mnie „Los” do dalszej podróży.

W Gnieźnie. Drzwi oparte o kościół. Rzeźbione skrzydła na bocznych ścianach. Jakby podpierały katedrę. Brąz, dokument do pielęgnacji. Piękno z ideą w niebieskim słońcu. Stoję pod wielkim skrzydłem. Przed Chwilą. Zapatrzony w rzeźbienia. Tyle figurek w kwaterach. Nie rozumiem do końca tych scen. Odczuwam. Widzę krew w metalu. Ujrzałem czyjąś śmierć. Pierwszy raz coś Takiego. Dotknął mnie Wojciech laską. I nic. Nie jest jeszcze świętym. Lecz misjonarzem. „Już jadą dzikusy”, zaszeptał z kwatery. „Zabiją dzisiaj biskupa. Wolę umrzeć teraz rozerwany końmi, niż czekać 953 lata na UBe”, szeptał ze wszystkich kwater. Chciałem mu dać jabłko, chałwę i kawałek Gniezna. Ale zaszło słońce i została tylko sztuka. Przeszedłem między brązem a murem. Przez ten trójkąt z ziemi, wrót i ściany katedry. Było tam niebiesko.

Wągrowiec, Września przemieszane w oku. Poplątane rzeki, jeziora w jeziorach, las w las przenika. Nałożyły się na siebie kościoły miasteczek. Późnogotycki z późniejszym. Renesansowa polichromia z nijaką. Tylko kościółek na Lipówce stoi pojedynczo. Przepiękny zrąb z wieżyczką na sygnaturkę. Z trzema ołtarzykami dla Rocha i Rozalki po bokach, a w środku dla Jezuska. To maleńkie cacko zajmuje mi teraz pół głowy. A może trzy czwarte? Wypiera opowieści wągrowczan i wrześnian „krzyżactwo, bunt polskich dzieci w pruskiej szkole, atak powstańców na oddział Grenzschutzu, nalot Luftwaffe”. Historia zepchnięta w tył czaszki. W skroniach dach dwuspadowy kościółka, w czole prezbiterium pięknie rzezane. Głowa budowlą z XII wieku, przebudowaną w XIX.

Pod pachami mnóstwo rysunków do podarcia przez Eisengraebera. Czuję w gruczołach niepokój papieru, drżenie kresek. Trzeba wracać. W gardle strach przed matką.

Ponownie staje się dzieckiem.