JA PRZEDMIOT POZNANIA
- fragment powieści "BYTY" publikowany w sZAFIe #48
 

              Ja – położony na wodzie kamień
                      Wyjmij z niego rzeźbę
                      Moją duszę
                      Moją osobność

Zobacz mądry przyjacielu jaki jestem. Ja, przedmiot poznania.

Dobra rzeka lustrem moim. Dotykam Orli, nie ma końca. Za rozłamaną prądem maską kawał twarzy. Lęk dziecka, starca lęk, płacz, krzyk. Poznaj mnie, Morusie, w strachu, opisz Durskiego w falach. Wpisuję się w historię Ziemi. Ja, moment dla naszej planety. Chwila Czasu.

Zanurzył się w Orli kamień. Nie wyjąłem z niego rzeźby. Nie zdążyłem. I nic nie wiem o sobie. O pragnieniu starego artysty, patrioty, o palecie ze stali, o słabościach prozaika i dramaturga, o słabiźnie wklęsłej powieści, scenach bez sceny. Nie będziesz brzydził się, Czytelniku, duchem moim, nie będziesz zachwycał. Jestem zbyt głęboko. Blisko dna.

Każdy człowiek w rzece opływa nas czarnym złem, karminowym, albo dobrem niewyraźnym, szaro, szaro. Opływa kontur postaci, nie wiedząc o jej istnieniu.

Nie jestem już w Jutrosinie, w falach Orli, lecz na Śląsku blisko Rawy, nad tym ściekiem hut i kopalń. Nie ma tu wodnych luster dla poety, dla poznania ducha jego. Za to transparent dymu. Węgiel drobny w literach. Ciemno, ciemno o mnie piszą albo milczą czarno. Przeglądam malarza przeszłość, rzeźbiarza, teraźniejszość prozaika, życie pełne strachu w wieńcach śmierci.

Jestem dla Boga podmiotem czy przedmiotem? Przepychanka molekuł. Kto organizuje moje postrzeganie Kosmosu? Wielość pytań z gromad neuronów. Czy Pan pozwala mi stwarzać własne życie? Chociaż trochę, abym był Podmiotem? Czy też krążę bezwolny w Jego Najwyższej Inteligencji. Wielość pytań z gromad neuronów. Odpowiedz Boże, pozwalasz mi na coś? Tylko nie mów, że moje książki, obrazy są Twoim dziełem. Przestałbym Cię kochać natychmiast. Odpowiadaj! Co jest moje, a co Twoje? Muszę wiedzieć to przed śmiercią. Muszę. W oczodołach dzwonki nocy.

Rozległość świata pod ciemieniem. Poszerzaj się auro Durskiego, uwielokrotnij. Niech zwariuję od nadmiaru. Gwiazdozbiory myśli. Powłoka mózgu coraz cieńsza. Samoświadomość bytem? No, bez przesady, panowie filozofowie. A gdzie szerszy związek w związkach drugich? Moja samo w waszej świadomości?

Ukryty w lustrach tłum. Chciałby kierować artystą. (O nie, gest prostaka). Odprysło srebro z luster. Z moich skroni. Jestem wolny, wreszcie. Mam siebie i władam sobą, tak od 1997 roku. Myśli z czoła, już łuk wyskalowany wystrzeli w Niebieskość. A Ty, Panie, zabij mnie Swoją Mądrością, widzeniem własnych Bytów. Chcę zginąć pełen informacji, wiedzy, z której Dobro. Wyrzuciłem z siebie kilka średnich mózgów. Najpierw ten z listą pojęć pierwotnych, zdań niepotrzebnie powiedzianych, napisanych. (Od czego NLP).

Teraz poznacie duszę zbuntowanego prozaika, spaliły się synapsy z zachwytu.

Czytam na głos moją powieść, Mariacką. Słyszę dziecko, które uprzedmiotowiła matka. Chciała zabrać świadomość synowi. Zmieniać lalce kostiumy, mięśnie, włożyć myśli w manekina. A tu matko wyrósł mężczyzna samodzielny, z brodą ognia, żołnierz „Białych Brygad”. Wokół stóp krew esbeków paruje z dywanu pod biurkiem. Czuję fetor juchy trzech bandytów.

Widzę też własną śmierć. Ciała spalenie.

– Nie umrzesz za szybko – woła z Kosmosu głos Małgorzaty. – Musisz najpierw napisać trzy powieści, tryptyk, studium swego życia. Dzieło życia.

Tak, pokażę siebie, przy sztalugach, kawaletach, na rusztowaniu w Lublinie i w pracy przy biurku. Pokażę też siebie w walce. Tyle zdrajców w politykierni. Trzeba ich rzucić w piekło. Niech tam czekają na Sąd Ostateczny.

Zdrada dla mnie gorsza od zbrodni.

Przedstawię również kilka kobiet, cztery na pewno. A może kilkanaście? Jedne wyniosę na szczyt, drugie pokryję górą swojego mięsa. Każda zadowolona inaczej, oprócz żony-nieżony. Zawsze zawiedzionej. Ona urodziła się nierada.

A co to za siwy koszmar przy moim tryptyku? To złodziej godzin. Przyszedł po książki nienapisane.