JA PRZYRODA
- fragment powieści "36 BYTÓW" publikowany w sZAFIe #49
 

A przecież szedłem do biurka z jaskini, z drzew w skórach rysich, niedźwiedzich. Widzę las w sobie. Błyszczy koronami, świeci noc w noc swoim majestatem. Dzisiaj zamiast drzew, tęcze. Cuda z deszczu. Ileś barw w jednej kropli.

Chciałbym być bytem nadleśnym, węzły zmysłów w skrzydłach, w ustach kilogram czystego powietrza. (Lecz jestem odbytem w fotelach).

                   Trzewia poety
                   Spirale smrodu
                   Pierś wypełniona sadzą

Najgorzej z kresomózgowiem, nawet nie cuchnie. Zastygł odór. A do tego, z szuflad, biurek, pysk Eisena, uda matki. Chichot z piekieł. Wzbudził strach w pisarzu.

                   Śmierć ze wskazującym palcem
                   Pęd na mur

Żegnam się warstewką ziemi z Jutrosina, strzępem łąki znad Orli. Stoją na blacie biurka w przezroczystym słoiku. Obok trzy pioruny z plaży w Sobieszewie znalezione przez Annę Filipczak i kilka kasztanów pozbieranych przed moim domem przez Joannę Segietę. Głosy ziemi, nieba.

Z luster, ze ścian pochód bohaterów powieści Okno, osób z wielu światów. Do wyboru dla czytelnika dobro, zło podsłowia. W szybach zapisanych myślami jaśnieje kasztanowiec dla przyjaciół moich książek. Aura Joanny. Żarzą się pioruny dla moich wrogów. Aura An. I jeszcze kilka natchnionych długopisów. Z żył pióro. Podniosę nim skorupę czaszki i zapiszę jakiś obraz z zawirowania przeszłości, na przykład „ja z Haliną Dymarek”. Leżymy w Warcie, w zakolu rzeki, pod Puszczykowem. Rosną nam w plecach kwiaty, kamyki. Coraz ostrzejszy pięciornik, rdest, niecierpek. Ostrzejsza krwawnica. Sporo ostrości, lecz nam miękko, gorąco w kochaniu. Już bez ciał. Materia duchem!

Wyrosło z blatu źdźbło trawy. Chyba z Jutrosina. Odczuwam drobny niepokój. Za bardzo w oczach zielono. Ze ścian pracowni zieleń. Widzę ciężar natury. (Zwariowałem w Sosnowcu?).

Lepiej już wyjadę w niebo, wrócę do gwiazdy M42. Tam przyroda inna. Zabiorę jednak nasiona z Ziemi. Dla planet Oriona. Urosną z widmami metafor.

W głąb dłoni płyną kartki z zapachem drzew w Pruszczu Gdańskim na osiedlu Soplicy. Tam, na razie, czeka Anna Filipczak. I nasza wierzba za jej oknem sypialni. Wierzba z korą poezji, w liściach złoto, zamiast srebra.

Znowu powieść w moich żyłach. Na powrót w sercu.

Siwieją oczy, lecz płynny ogień pod czaszką, magma między palcami.