PRZYJACIELE
 publikowany w sZAFIe #50
 

Na zmarłych ławkach przyjaciele moi. Do wyrzeźbienia pamięcią. Przed familokami z marnych cegieł w Szopienicach ludzie z brązu, ławki z brązu, gołębie. Wybiły się z luster i ścian studia w Sosnowcu, ciągnąc w skrzydłach niebo Katowic. Błękit po sadzy znaki czyni. Błyska na powiekach światłem Stamtąd. W źrenicach krew zamarła, niebieska z panoramą obrazów. Oni żyli na Śląsku, tutaj pracowali. I tu odpoczywają w spokoju. Aż Bóg.

Ja – na mój popiół, miłość moją – wybrałem Wielkopolskę. Jutrosin z kwiatem iwy. Wierch zapachów na nizinie. Śląsk, ten z liter, literacki, był już blisko mego serca, lecz odepchnął moje sztuki. Nie wystawił. (A powinien). Jednak śląscy przyjaciele dalej będą w duszy mojej, jutrosiniaka i jutrosinianina. Pokażę zmarłym Szymonki, wyjątkowość zwyczajnego pejzażu.

         Obecność określona śmiercią

            Zamyka się cisza
            Śruby trumien
            W kościach pamięć wczepiona
            Nasza pamięć
            Przestwór ziemi
            Czerń ciasna
            Wchodzą do ust robaki
            Grób otwarty
            Coraz głośniejsze światło

Postawię w rynku rzeźby bliskich, ich godność. Rozchylą milczeniem miasto ciemne, ołowiane, gwiazdę bez świateł, noc w Katowicach. Pierwszy stopień w Kosmosie. A potem zaproszeni przez Pana pójdą z miastem wysoko. W Jasność.

Namaluję was usypanych z prochu, odlanych w brązie. Zapiszę kopie ciała, aury, ducha. Pierwsza postać – Zdzisław Stanek. Ogląda źdźbło, opowiadając o mądrości natury. Dowód Zdzicha na istnienie Boga. Z tego patrzenia ileś dzieł w pracowni, w muzeach. Druga postać – Stefan Suberlak. Zżył się z lasem okropnie. Ryje wieś w linoleum i deskach drewna. Albo prószy na kamieniu litograficznym. Pocałował mnie raz w rękę. Chyba myślał pijany, że w pracowni odwiedził go Chrystus. Dziwnie to wyglądało, on, wielki Suberlak na kolanach, a ja, mały Durski, nad wielkim.

W pracowni także bracia żywi. Wychylają się ze swych istnień prozą, wierszem. Dotykają innych bytów. Jeszcze w marmur nieubrani. Imiona nieznane szeroko. Ciała boską stalą szyte. Wychodzą z luster i wchodzą. Migot w pokoju. Chcą w kryształach coś przeczytać, coś wyrzeźbić. Przesypują się lustra, szeleszczą. Całonocny szmer.

Sporo mam przyjaciół. Nie jestem złym człowiekiem. Test szlachetny. Na moim czole korona kamienia gładzonego bożą mocą. Jej dźwięk obudził mnie ze snu. Obok ciało klubowej panienki? Nie, to jakaś kość udrapowana skórą polana alkoholem, smród procentów i smród szpiku.

Lecz z nadrannych luster zapach terpentyny. Ekstrakt z sosnowego lasu. Rozsnuł się nad łóżkiem. Zygfryd Dudzik w pracowni. Właśnie go zabito. Nie będzie już Zyga malował. Naraził się trzem milicjantom i nie żyje. Przyszedł się pożegnać. (Poznamy go jutro).

  Cykl narodzin i śmierci
            Policzyłem przyjaciół na A4
            Szereguję bliskich
            Koło zanika