OJCIEC & LICZBY
 publikowany w sZAFIe #51



OJCIEC
 

       Umarł dzisiaj ojciec
               Jego myśli słyszę
               Tłuką o kawalet

Przybiłem trumnę do parkietu. „Nie oddam Ciebie". W dłoniach ojca kartka porosła liczbami. Wzór dla akumulatorów ołowiowych. Gruzły dłoni, pokrzywienia, gruzełki. Czuję w pokoju wilgoć okopów pod Verdun i Douaumont. Doznaję zapachu rozgrzanej ziemi z Ossowa, gorącej po przejściu konnicy, po szarży polskich ułanów.

Cień twój, ojcze, twarz z Orli na sztalugach rozpinam. Namaluję z niego tęczę. W tęczy Jutrosin, Pakosław, Szymonki – ziemię Ignacego Durskiego. Dzieciństwo dobrych równin. Prostą Ignaca. Właśnie zaprzągł jutrosiński wiatr do swojej dwukółki i pędzi ze zmarłym bratem do Szymonek, pod las, tam gdzie jego syn kiedyś malował, rozlewając niebo. A od Szymonek pojadą w Tajemnicę, dla nich już bez tajemnic.

Pamiętam jego porcelanowe słoniki. Białość kaolinu z wypalonym lazurem, błękitem. Siedem niebieskich. Stały w szeregu na biurku naukowca. Sam odkurzał słoniątko po słoniątku. Zawsze od najmniejszego. Nie wolno mi było patrzeć na nie dłużej niż minutę. Nie pozwalał też służącej dotykać tych siedmiu maleństw. Ale kiedy wyjeżdżał do Warszawy, do Instytutu, Irka masturbowała się jego maskotkami. Najpierw dwa małe…cztery… Ostry krzyk przy największym. Miała twarz półdzikiej anielicy, potem diabła dzikiego. Podglądałem ją spod parapetu, zza etażerki z maszyną „Continental”.

Ulepię zmarłemu na urodziny siedem miniatur słoni.

Postawię na biurku twoim-moim. Teraz mojego syna. Czy wnuk mój też będzie przy nim pisał?

Odchylę próg domu, przeniosę w dłoniach cień ojca na łąki Szymonek. Poruszy skrzydła wiatraków, aniołów. Światło pierwszego pioruna zapowie daleki grzmot. Potem już piorun za piorunem prosto w siedem czaszek stryjów moich wypełnionych ziemią siedmiu bitew o Polskę. Aby ojczyzna była jak w pieśniach. Polska Polską. Dłonie ojca w trumnie. Wielkie po życiu.

Ojcze! Jesteś Mistrzem moim. Pierwszym po Bogu. Drugi wuj Wicek z Witnicy. Trzeci Zdzisław Stanek. Was czterech przede mną. Za nami miliony, a za milionami tysiące polityków, ofiar bez osobowości niepotrzebnych Rzeczypospolitej. Gdzie im do Piłsudskiego? Nigdzie. (No, ale Marszałek nie był prezydentem).

Duchy ojca w lustrach z obrazami wojen, z żony portretem, z moją wyklejanką pięciu Eisenów. Wszystko to w liczbach niebieskich i czarnych. Dzięki Tobie nasz rezonans z fizyką. Od Ciebie gen twórcy. Program światła. Błysk ze skały, poemat, kryształ z gwiazdy M43.

Boże, on zmartwychwstał, chociaż nie jest Twoim synem, tylko moim ojcem. On wstał z krzyża swego! Zerwał z gwoździ jedną dłoń, drugą, siność, czerń. Niestety, tylko ciałem zmartwychwstałeś. Posąg z gliny, gipsu. Usiadł w oknie otwartym w noc. Wśród kawaletów. Paruje siarczan z naukowca. Wypełnię formę poliestrem i zapalę nad rzeźbą brzeszczot z Bitwy Warszawskiej, szablę Cudu.

W pracowni w lustrach migot lamp. Przeczucie tąpnięć w Katowicach, Ślązaków intuicja. Naraz zapadł się dom cały. Na gruzie czarnym niebieski płomyk. Gram błękitu. Ileś płomyków dookoła. Jakby ciało szło po tąpnięciach przyprószonych śniegiem.

Sczerniała zima, śnieg odwiało. Domu nie ma. Nie wiem gdzie ojciec. Gdzie jego Spoczynek. Podobno widziano Ignaca w Jutrosinie nad nagrobkiem rodziców, dziadów moich. Zastukał szablą do najbliższych i wszedł w marmur z godnością. Teraz duch jego ubrany w brąz opowiada swojemu ojcu Józefowi o ułanach Piłsudskiego.

Przy mnie ojciec – ten za życia i ten po śmierci, drugi Anioł Stróż. Nie, on jest Pierwszym Strażnikiem. W oczach, oczodołach dzwonki. Dzwonią w środku mojego mózgu. Uniosę cień Twego skrzydła.

Nie mów, wydawco, o zmartwychwstaniu mego ojca. O tym, co i ja nie opowiem nikomu. Tylko lustrom w śnieniach.

 



LICZBY

Na różnych miejscach trójkąta sferycznego moc rzeźb zdeformowanych. Do tego utwór algebraiczny. Matematyka Boga. W pracowni wielokąty luster. Wieczność przyszłej geometrii. Badanie punktów na nieskończonej.

Mózg mój dzisiaj zbiorem pustym. Wyjęty przez narzeczone pomyślunek. Obok mózg ojca, fizyka, pełen wiedzy.

               Przymierze liczb i metafor
               Słowo z liczbą rzeczywistą
               Dopełnieniem
               Pary doskonałe

Spacerują po biurku. Wiele par. Myśli w gęstym skupieniu muszą przeliczać doskonałość. Z każdej pary krotność par. Trzymam też takie w szufladach biurka. Wkładam dłoń w gęstość. Mnożą się palce. Co za figury dla seksualnych gier. Ruch od paznokci wykrojonych zielono. Wariuje szorstkość G. (Wracam rano do liczb).

Z kosmosu wielki implant w głowie napędzany wiedzą prawdziwą. To nie komiks na twarzy. To oblicze z kryształu. Znajdę tam prawdę.

               Z nowej głębi porządek Boga
               Przestrzeń zbiorów
               Uciec z nimi z Czasu
               Daleko w Przestrzeń
               Znikniemy stąd za moment z naszej galaktyki.
  
            Nie wymyślam, przepowiadam.
               Patrzę w gwiazdy rozświecone cieniem ojca, w blask zmarłego.
               Duch mój z duchem twoim
               Bliskość znaczona symbolami nieskończoności
               Obydwaj razem
               Zawsze
               Zespół słów i liczb

               (Nie pojmiesz tej kompozycji, nauki i sztuki).