NOC
 publikowany w sZAFIe #52
 

Wybrałem się na nocny spacer po naszym mieszkaniu. W świetle – wielkim, a w ciemności – ogromnym. Do narysowania mrok różny, czerń rozmaita. Najpierw dwa pokoje z oknami prawie pod sufit, podświetlone latarnią z Mariackiej.

W pierwszym błyska kaflami szeroki piec, lśni politurą potężny stół. Jaśnieją w ciemnym krzesła. Dziesięć krzeseł z dębu. Na nich siedzą księżyce. W drugim pokoju szafy z płatkami róż. Czekają na nowe futro dyrektorowej. W jednej z szaf po ciemku rysuję mój dzień. A potem zasypiam, słuchając otwartymi drzwiami głosów ulicy: wołań prostytutek, przekleństw dzielnicowego-alfonsa, śpiewu Poćsamino. W tej szafie zastanawiam się nad samotnością wśród ludzi, pytam Anioła, jaki człowiek wyłoni się ze mnie. Ojciec? Eisengraeber? Pytam i pytam, dlaczego umieramy, dlaczego nie będzie mnie w Katowicach.

Z pokoju szaf wejście do salonu. Pusty. Tylko etażerka nie wiadomo po co. Nieraz wyrastają z parkietu czarne rzeźby – babcia Salomea, wiele babć. Suną przez długi korytarz, tunel z wnękami, w których diabły. Tam strach z całego mieszkania. Prowadzi zimno do kuchni, do okien, na nieoświetlone podwórze, plac szczurów, nocnych przyjaciół Poćsamino. Na plac do kłótni Poćsamtu z Hitlerem, „wierzyłam w ciebie, w Rzeszę, a ty ją grrr. Nie tak dawno byłam Niemką, panią profesor Heidelbergu. A teraz jestem… Nawet nie dozorczynią w tej Polsce, nie-Polsce.”

Obok kuchni, ubikacja, zwana przez domowników „ube” albo „urzędem bandytów”. Szczamy Jurkowskiemu i sramy. Tylko matka z Lepszą „robią ub-ub”. Opowiadamy sobie o sraniu i o „ub-ub”. Matka mówi do Lepszej „zrobiłam ub-ub na ube”, a Lepsza do Gorszej „dyrektorowa ub-ub na ube”, a Gorsza do Eisengraebera „Jaśnie sra na ube”. A Eisen… Mogą tak w kółko o „ube”.

Za „ubecją” łazienka z piecykiem-cylindrem. Co wieczór woda w dymach dla siedmiu osób. A za łazienką spiżarnia z kamiennymi garami. Zakwasy. Wreszcie spanko dla obu służących. Chrap Gorszej.

Koniec spaceru nocą. Pora wracać na swój siennik w szafie. Zasnąć w pokrzykiwaniach prostytut. Nie wszedłem do gabinetu ojca. Zamknięty. W nim matka z Eisenkiem. Nie ma jej dla mnie.

Na parapetach świt. Stanął w gęstych dymach. Niebo z siarki mamrocze bladym światłem.

Wyszedłem z mieszkania. Na klatce schodowej jeszcze ciemno. Minąłem Bendlewskich. Chyba nie mają noszy. Stukają do Broyowej. Na pewno chcą ją ratować. Niżej sień. Podszewka naszej kamienicy. W niej młode prostytutki.

                 

                                  (
Okna z dwóch pokoi na ulicy Mariackiej w Katowicach,
                                           w których m.in. dzieje się akcja pisanej powieści "Okno".)
 

– Lubisz, Jacusiu, jak tu stoimy? – zapytały, rozchylając spódnice.

Wymaszerowałem na Mariacką. Deszcz z ołowiem. Ulica już bez słońca. Gwizdanie węglarza. Nauczył gwizdać klacz. Koń ma lepszy słuch od starego. Chociaż zęby te same. Próchno żółte. Za furmanką dorożka z księdzem. Na moich spodniach bryzgi błota. Uśmiechnął się zadowolony wikary. Na dachu kominiarz. Zawinął się w falę deszczu, a dym przeniósł to na Tylną Mariacką. Położył przy kilku żołnierzach Wermachtu. Ślązakach. Leżą wzdłuż kamienic bezdomni.

– Kolejarz utopił w wannie matkę kolejarzowej. Za bardzo podobna do śmierci – informował pan fotograf. – Wypstrykałem film cały.

Nade mną Kościół Mariacki. Muszę klęknąć przed męką Chrystusa. Z tym moim pragnieniem „uśmiercić Eisengraebera”. Zmówić za zabitego szybką zdrowaśkę. Wszedłem w mrok nachylony ku Bogu. Organista gasił świece po porannej mszy. Wyciemnił ołtarz. W pierwszych ławach modliły się zakonnice przed bitwą z prostytutkami. Nad niebieskimi czarny diabeł. Wejdę do bocznej kruchty, prawej. Poszukam tam Tajemnicy.

W kruchcie. Mój Anioł Stróż udaje dziada. Zamiast skrzydeł łachmany. Lecz po chwili niebieskość. Błękit piór opisuje Tajemnicę, której szukam. Jest piękna. Unoszę się z Aniołem nad Katowicami. Nie mamy już kształtów. Rozlewamy się do granic nieba. Liczę gwiazdy. Jestem naukowcem jak ojciec. Bóg odchyla wieczność.