WICEK
publikowany w sZAFIe #54
 

Przyszedł wuj Wincenty zaprosić nas do teatru na Muchowcu, w leśniczówce Halickiego. Gra tam dzisiaj Cieszkowska ze Szmytkowskim. Wuj Wicek z panią Haliną. Zagrają coś, czego nie wolno w państwowych teatrach. Oprócz leśnika i jego przyjaciół, pary dzików i dziewiętnastu wiewiórek, pilnujących „Teatru Leśnego” przed zwierzętami z UB, przyjedzie jeszcze z Polski trzech entuzjastów wolnej sceny na Śląsku.

Już milczy Wicek, szepta Halina. Siedzą pod stołem, tańczą na, biegają wokół. Podają sobie krzesła, wnoszą, wynoszą. Tak z czterdzieści krzeseł. Bez sensu. Nie rozumiem. Ale czuję ducha. Rośnie w Jacentym niezrozumiały. Wuj Wicek staje się kurtyną, a Cieszkowska widzem. On opada na podłogę, ona klaszcze duchowi.

Goście dyskutują:
        – Co za niespójność!
        – Stworzył nowy teatr.
        – Ionesco.
        – Absurdu.
        – Bez intrygi, bez bohaterów.
        – Bohaterem przypadek.

Lepsza zachwycona Wickiem. Nie chce wracać do dyrektorowej. Chce zostać na Muchowcu, na zawsze. Ale Halicki zamyka „Teatr Leśny”.

Tylko pogłaskać dobre dziki po wilgotnej szczecinie. I pójść w ciemny las.

***

Zabrał mnie wuj Wicek do Witnicy na lato. Na podwórzu za domem przywitał nas naczupurzony indyk. Biegał, gulgocząc, od płotu do płotu.

– Ten indor to ja. Moje wnętrze artysty – powiedział brzuchem wuj Wicek. – A to mój siostrzeniec ze Śląska. Siostruń też będzie nienormalny. Może zostanie pisarzem – przedstawił mnie grzebiącemu i chuchnął w korale. Uspokoił wściekłego.

Weszliśmy wszyscy w wysokie progi, do willi z udomowioną w salonie sosną. Wuj wyciął cały dach, aby Pinacea rosła i rosła. Oparłem się o pień i spojrzałem w górę. W zielonych gałęziach płynęło granatowe niebo. W noc.

– Lubię malować szpachlą w ciemnościach. Słyszeć kolory. Zgiełk farb Jacksona Pollocka. Ten hałas wykopał mi z mózgu socrealizm. Teraz jestem prawdziwym artystą – wybałuszył wuj oczy.

W pierwszym miesiącu rzucaliśmy w siebie pigmentami, a potem tarzali w płótnach. Natomiast w drugim wymyślałem dramę za dramą. Wicek grał dużego wariata, a ja małego. On wuja psychiatrę, a ja wuja filozofa. Czwórka pomyleńców. Wysłaliśmy też do pani Durskiej mnóstwo radosnych kartek. Same damy trefl.

Nie chciało mi się wracać do domu. Do Katowic. Lecz przyjechała po mnie ciotka Hela.

– Pomieszało się ojcu podczas rewizji, kiedy jeden z ubowców otworzył czwartą szufladę w biurku. „Proszę księży, tylko nie otwierajcie mi piątej. Jest tam coś, co nie powinniście znaleźć”. Ale ja wyprowadziłam naukowca z bzium-bzium, namawiając do zabicia Eisena. „Zrób to, Ignac, zrób” szeptałam z miłością. „ Zróbmy to razem. Mam na Rybnickiej żeliwną wannę. Zalejemy Eisena kwasem siarkowym. Niech strawi go elektrolit”. Ojciec wyskoczył z wariactwa i pobiegł do telefonu. „Trzeba zmniejszyć produkcję akumulatorów zasadowych na rzecz siarkowych. Tak na wszelki wypadek” poinformował głównego inżyniera w fabryce.