KONIEC ROKU SZKOLNEGO -KIEDYŚ
fragment pisanej powieści "Okno" publikowany w sZAFIe #55
 

– Ale tłok, ludziska przed wakacjami zupełnie powariowali, pchają się jeden na drugiego, omal nie rozwalą sklepów. Wszędzie ich za dużo, wykrzykują po ile? „Dejcie sam”, „wraźcie se to”, urywają guziki. A kradną w zamieszaniu! Jakiemuś połamanemu dziadkowi wyrwali pieniądze na karabin dla wnuka. Biedny, zupełnie stracił rozum. Chciał czekać, aż oddadzą. Więc kupiłam mu pistolet, niech zna panią z Kujaw, a on rozdziawił pyszczysko i zemdlał, zamiast prosić o kapiszony.

Spocone służące piją wodę z kranu. W otwartych oknach suszą się podkoszulki. Lato z gorącym młotkiem. Na parapecie grucha gołąb. Nie, nie grucha udaje upieczonego. Dzisiaj koniec szkoły, a jutro jedziemy do Szczyrku. Mama z Eisenem i ja. Znowu w górkach przepiją lipiec. Znowuż i sierpień.

Dzielnicowy straszy po numerem „13”. Obrzygany od rana rozebrał się do służbowych gatek. Piersi na brzuchu. Dzbanki na dzbańcu. Fuj. Dobrze, że dużo dymów. Obok dzielnicowego nasza Poćsamtu. Puściła mu w nos kilka świstaków. Nawet nie poczuł. Zaczął śpiewać, naśladując głosem każdą prostytutkę. Po deszczu, deszczyk. Widać całą Mariacką. Płynie od kościoła do ulicy Dworcowej. Przewrócił się dzielnicowy od kolejnego świstaka. (Chyba zaczadziłem się tym dymem i widzę białą ulicę, błękitną Poćsamtu i złote gołębie). Znowu słońce udaje, że świeci.

– Jacku, nałóż prędko buty. Te co dzisiaj kupiłam. Przed wyjazdem na wczasy musimy pójść do Horeckiej. Ze zdjęciami z końca roku szkolnego. Wypadłeś świetnie, taki poważny, inteligent – mówiła matka urywanie, zakręcając się przed lustrem, to w jedną, to w drugą stronę. – No, pospiesz się. Idziemy.
Wyjęła z niebieskiej torebki niebieską kopertę, z koperty szare zdjęcia i ściska między kciukiem a wskazującym palcem dowody moich szkolnych sukcesów. Dała słowo, że prosi po raz ostatni. Potem rozkaże.

– Nie pójdę.

Prasnęła fotografiami o podłogę. Rozsypały się, rozesłały na jodełkowym parkiecie. Jedna odstrzeliła wysoko od drewnianych klepek, śmignęła bielą, szarością i zakrążywszy bezszelestnie opadła z powrotem. Zapukał o klamkę pantofel. Spoglądałem na zdjęcia, na Jacków, Jacusiów. Mógłbym pójść do Horeckiej, „buchnąć w mankiet” grubą, dziękując za całoroczny trud.

Spaceruje nerwowo po porozrzucanych zdjęciach, trzaskając szpilkowymi obcasami, przystaje przed jednym lub drugim lustrem. Co mam robić, żeby być od Eisena ważniejszy? Mam być chory? Siedziałabyś przy mnie, na łóżku, w jasnoniebieskiej gali. Trzeźwa. A ja rysowałbym Indian walczących o puszyste prerie albo ojca mknącego na jabłkowitym koniu z poderwaną na wroga szablą, z wiernym szwadronem po bokach.

– Zbieraj fotografie!

Ucichł tętent kopyt, zgasła głownia szabli. Wypełzły zimne myśli.

– Nie będę zbierał.

Uklękła i zbiera sama, przywołując pańskich świętych zamiast Gorszej lub Lepszej służącej. Podnosi się z klęczek, z „o Boże” na ustach i powtórnie chlast zdjęciami o podłogę. Wyszła z pokoju. Wyszła z domu. Zza drzwi wychylił się ojca kapelinder. Zlustrowawszy sytuację, cofnął się na korytarz. Wysunął z mieszkania. Wróć, tatusiu. Natychmiast!

Z kolei zajrzały zęby Eisena.

– Znowu kogoś zdenerwowałeś.

Myśli goniły po podłodze i ścianach. Pytały, pytały. Nade mną wielki jaszczur kiwa się i kiwa. Eisen zawołał Gorszą i kazał posprzątać zdjęcia.