POGRZEB SALOMEI DURSKIEJ
 
publikowany w sZAFIe #56
 

Ruszył spod kościoła karawan z żałobnikami. Wszystko czarne – konie, pojazd, ludzie. Tylko ja na biało. Wyróżniam się ostro na ulicy Francuskiej. Idę pod górę z bieluchnym wstydem. Wznosi się ulica wyżej i wyżej. Wysoko biały chłopczyk. A za nim czerń garniturów, garsonek.

Ojciec z matką. Ona z woalkami. Nie widać oblicza. Za to piersi, biodra, gęste ozdoby w dzierganej jedwabiem sukni. Ojciec z twarzą otwartą. Oczy, smutne kule.

Obok rodziców wuj Wicek. To przy siostrze, to przy szwagrze. Tańczy im po obcasach fokstrota.
– Przeszkadzasz mi znowu – zasyczało z woalki.

W drugim rzędzie ciotka Hela. Wiem, że to ona, ale nie widzę robotnicy. Zakryta kokoroko. Czarną paprocią z baśniowym kwiatem.

– Chodź tutaj – wciągnęła wuja pod kapelusz.

– Jacuś patrzy! – wyrwał się Wicek z kwiatu. Ucho zalepione szminką, oko. Wiśniowa strzała od skroni do ust.

– A może Lepsza obserwuje!? – wzięła go ciotka za krawat.

– Dość mam ciebie i papug – rozwiązał Wicek węzeł i rzucił się do tyłu. Na zakonnicę Benignę. – Pozwoli siostra, że z siostrą?

Granatowy habit faluje. Nad granatem fałdy śpiewu. Wzdyma się czarno „zabić ruskich”. Cień wygiął twarz Beni. Spogląda na most żelazny. Jedzie po nim pociąg. Pędzi po dachach Mariackiej. Patrzy Benigna na postrzępione kominy, na gęsto ułożony dym, z którego Bóg. Idzie zakonnica pod górę z granatowym śpiewnikiem.

Tuż za pieśniami Bendlewscy. Małżeństwo, zawsze razem w teatralnych pozach. Dobrze im w roli głupców. Wypatrują „kto złamie nogę?” na tej jezdni wspinającej się wzdłuż szarych kamienic do parku leśnego, do lasu Muchowca na szczycie Katowic. „Kogo wyrwać z asfaltu?”, z dziur czarnych, szczelin po ostatnich tąpnięciach. „Co za pogrzeb. Nikt jeszcze nie upadł”, rozmawiają rękami.

– Musimy ratować innych, pomagać bliźnim. To jakiś mus pospieszania. Natręctwo po okupacji – przyznają się panu Karze. – Potrzebujemy też świadków naszej pomocy. Mogą być Jehowy – zgarnęli z chodnika pana sklepowego.

– Nie pójdę za takim krzyżem – opierał się głowami cukru, soli. Protestował tak przez sto kroków. Buch, przewrócili go wreszcie Bendlewscy i podnieśli z czułością. – Proszę mnie nie przewracać tak blisko studzienki. Powąchałem miasto od spodu. Fuj – otrzepał się ze słodkiego, słonego.

– Nie przyłoży im pan? – obtańczył badacza Pisma wuj Wicek. – Nawet tytką herbaty? – pląsa coraz bliżej naszych służących. Jest już pod rękę z Lepszą. Prowadzi tangiem w pochodzie. Lepsza jak jaśnie pani. Też cała w koronkach. Nie ustąpi ciałem z pola. Nawet dyrektorowej. Kroczy przy panu Wincentym, aktorze! Na czarnych szpilach. Z czarną klamrą w talii, z czarnymi wstążkami w płonącym warkoczu. Odepchnęła siostrę, żeby lepiej stąpać.

– Odtocz się z tym fotelem dla dyrektorowej. Chcesz mi rozerwać koronki? – zawiesiła na ramieniu Bendlewskiego paltocik. Została w sukni.

– Jak w bieliźnie – zauważył Lepszą sklepowy. Potknął się w chwili widzenia. Pomylił jezdnię z chodnikiem.

– Pomożemy – pomogli mu upaść Bendlewscy.

– To pogrzeb! – zawołała ciotka z drugiego szeregu.

– Ciszej! – przesłał wuj ciotce kopniaka. Po czym zagrał „tył Heli”. Wypinał ostro zad i cofał, powoli podśpiewując do szyi Lepszej. Rozbawiło to Gorszą, zezłościło. Naprężyły się mocne mięśnie i puściły. Co za pierd.

– Zanieś to pani Heli – dźgnęła Lepsza Gorszą tym ślicznym łokietkiem. – Zanieś zazdrośnicy. Niech zamknie gębę pod kokoroko. Zwinie ozór pod kikiriki. Pupsnij raz jeszcze w dziwadło – stuknęła siostrę piąsteczką.

– Znów mnie popchnęłaś tak nieprzyjemnie – postawiła Gorsza fotel na środku jezdni. – Znów! – usadziła w nim wuja Wicka. – Patrz pan! – doskoczyła do Lepszej. Kadłub do talii, cyce do piersiątek i pięścią jak bochen. Poprawiła bochenkiem.

– A – wypadła piękność z konduktu i leży na brukowcach. Rozdaje nogi ulicy. Przestał demonstrować wuj Wicek. Zatrzymał „zad ciotki”. Nie dosunął do końca. Bardzo wystraszony, oglądając się na Gorszą z fotelem, podszedł do leżącej.

– Zobacz, Zosiu – wyskoczyła przed matkę ciotka Hela – Wicek chce dymać Lepszą! – wymachiwała rękami.

– Mój brat nigdy nie był ziemianinem. Tylko artystą. Nie mogę od niego wymagać zbyt wiele. Od ciebie też. Ale jestem wyrozumiała dla prostaków, którzy wynieśli mnie z palącego schronu – odesłała matka Helę do drugiego szeregu, poprawiając woalkę.

– Nie musicie pomagać aktorowi. Sam podniesie Lepszą – zawrócił Bendlewskich pan Kara. – No to co, że Lepsza dalej na jezdni? Tak szeroko. Koń by się otworzył po takim dyszlu – zawracał nadgorliwców chusteczką.

Stanąłem na moment, cały wykręcony, aby zobaczyć, „co wuj Lepszej”. Wpadł na mnie ojciec. Też gdzieś zapatrzony. W dym? Matka uniosła woalkę i tak na mnie spojrzała, że wszedłem w zakonnicę. Biel w granacie.

– To pogrzeb! – zawołała Benia jak ciotka. Wepchnęła mnie w prezencję Cieszkowskiej. Pod czarnym płaszczem jaskrawa suknia. Pod jaskrawością pachnąca skała. Zwaliłem tam głowę, kadłub. Pchałem siebie w twardość nieznaną.

– Ale ty jesteś silny – zdziwiła się pani Halina. Przewrócisz mnie – pogłaskała delikatnie po włosach. Spojrzałem w górę z wdzięcznością. Z biustu na maskę. Na uśmiech pod maską. Oprócz Lepszej, nikt nie dotyka tak czule.

– Nazywam się Broyowa. Byłam właścicielką kamienicy, w której teraz mieszkają Durscy – przedstawiła się pani Cieszkowskiej przybrana żabotem starucha. Widziałem już tę twarz, tę nienawiść patrzącą zza szyb na mój trójkołowy rowerek. – Byłam, bo od miesiąca właścicielem – szeptały zmarszczki – jest Urząd Katowic, „Możesz wyjechać do Fatherlandu, ale bez niczego. Pozwalamy”, poklepali mnie po pośladkach jak prostytutkę. A kiedy poszłam ze skargą drzwi obok, to jakiś pułkownik kazał mi się rozebrać. Zupełnie! Nawet Walter mnie tak nigdy nie widział. Żyliśmy ze sobą w nocnych koszulach. Niekiedy nawet w szlafrokach. „Raus z Polski. Bez niczego” zasalutował, siedząc, oficer. Biegłam na Mariacką, całkiem naga, przez pół Katowic. Śmiali się ze mnie ludzie, klaskali. A tydzień temu przyszło kilku ubowców z wilczurem. „Pozwalamy ci, starucho, wyjechać na zachód. A ty nie chcesz? Żal tej kanapy do szczania?” wysikał się jeden w tapicerkę. „Zgnijesz tu, na poszczanej, czekając na męża z Wermachtu. Zabiliśmy go w Urzędzie miesiąc temu”, śmiali się do rana, pijąc moją ratafię. Wyprowadził ich pies. I nie wiem, czy Walter nie żyje, czy oni tylko tak…

– Nam też zabrano kamienice. Też straciliśmy bliskich. Rozumiem pani ból, poniżenie, ale trudno mi współczuć. Nasz naród jeszcze dziesięć lat temu był wolny. A teraz pod okupacją sowiecką, po okupacji niemieckiej – mówiła coraz ostrzej Cieszkowska. – Nie wbije nam pani poczucia winy, na pewno nie – odsunęła Broyową na właściwą odległość.

– Raus! – odepchnęła ją jeszcze dalej kolejarzowa. Jak zwykle pijana. Potrzebuje sporo miejsca, aby iść. Stopy miękkie, ale z zębów siła. Gardłuje o swoim mężu, kolejarzu. – On już nie może. Nic. Za dużo chleje w parowozowniach. Za to ten – chorągiewką sygnalizacyjną pokazała Niańkole. – Ale i tak żaden Murzyn nie sprosta pociągowej. Żaden Umba-Umba!

„Niech aniołowie zawiodą cię do raju” zaśpiewał ojciec na cały głos. Zagłuszył nawet dzwon. Teraz tylko widać. Bendlewscy wycofali się za Człowieka z Oświęcimia i idą za Frankensteinem. Straszna twarz w strasznej głowie. Straszna w strasznym. Dym przybrał kształt babci Salomei. Położył się w chmurach. Z Muchowca wybiło słońce, rozlało się z dymu brudnym rozjaśnieniem. Wycinam to ciepło powieką, poduszkę do trumny.

Pragnienia Frakensteina też z dymu. Chce wyglądać jak przed wojną, obozem. Zwyczajnie. Tak jak przed eksperymentami na jego ciele. Krzyczy „jak” twarz maszkarona. Rozpiął głowę szeroko. Pokazał mózg po badaniach, po hitlerowskim obrazowaniu.

Za cieniem Człowieka – Poćsamy. Dozorca Poćsamino ze swoją babą Poćsamtu. W garniturach wuja Wicka. Kuśtykają równo. Poćsamtu kuśtyka dla Poćsamino. Sama rusza się szybciej. Z miotłą, na miotle. Zwykle pędzi nad chodnikiem naszej ulicy, nie wysoko, metr, półtora, przeganiając prostytutki na Tylną Mariacką.

– Nawet Poćsamino się nie wywali – spogląda z niedowierzaniem Bendlewski.

– Chyba raz jeszcze przewrócimy sklepowego – zaciera ręce Bendlewska. – Wrzućmy do grobu Świadka i wyciągnijmy Jehowę. Na oczach dyrektorowej – poleruje dłonie.

Za Poćsamami ich kundel – Poć. Bez nogi jak jego pan. Modli się o czwartą łapę, trzymając w pysku parasol pana Kary. Nie odda rysownikowi.

Pies Poćsamino zamyka kondukt dziewiętnastu – najbliższych babci Salomei. Dalej tłum pracowników ojca, cała PRiDA z Katowic i trochę Instytutu z Warszawy. Pochodem zawiaduje brygadzista Leżanko, elektromonter z fabryki, a rolnik z Bystrej. Niesie zmarłej akumulator. Wylał kwas, wyjął elektrody, wypełnił pustą obudowę świętym źródłem z Klimczoka, zwykłą wodą z Białki i spirytusem. Zamoczył w tym pięć liści miodunki sercowatej, spod płotu. Dźwiga nalewkę dla mojej babci, żeby Tam nie kaszlała. Popija ze skrzynki, raz po raz.

Konie już przed kaplicą cmentarną, a daleko u podnóża Francuskiej, spod mostu kolejowego, wyjeżdża wózek podnośnikowy, żelazne ramię fabryki. Unosi wysoko obywatela z Warszawy, towarzysza Matusika, i jak mówi ojciec, pierwszą świnię Instytutu. Co za zaszczyt dla babci. Matusik ubrany na czerwono z czerwonym grzybem kwiatów. Chyba patrzy na mnie. Czerwony na białego.

W kaplicy chłód fioletowy. Pokazali na chwilę babcię i prędko zamknęli „źle pomalowana”. Zaśrubowali porządnie „coś takiego”. Teraz się modlą w różnych pozycjach.

Ojciec – klęcząc na obu kolanach. Właśnie prosi o niebo dla Salomei, zaszeptał mi do ucha Anioł Stróż.

Benigna – też na obu. Ale nie prosi. Ona żąda kuli dla radzieckiego sołdata. Żąda, aby go śmierć zgwałciła, przed zabraniem.

Pan Kara – leży na kamiennej posadzce i błaga Matkę Boską, aby powiedziała Bogu, że ilustrator książek Štorcha nie chce umierać w tym kwartale. Czego on jeszcze „nie”, wsłuchał się Anioł w myśli rysownika. Aha, nie wstydzi się tak leżeć, tak błagalnie, prosząc Boga o pięć lat w Katowicach. Ma w dupie, co pomyśli o nim ksiądz i pani Durska.

Człowiek z obozu – leży jak pan Kara. O nic nie prosi. Już zrezygnował, już nie chce wyglądać jak dawniej. Chce umrzeć w tym roku. Za pana Karę.

Gorsza – klęka i wstaje, wstaje i klęka, to na jedno kolano, to na drugie, prosząc kilku świętych o pieniądze, aby nie musiała służyć u dyrektorowej. Chciałaby służyć u pana Wincentego.

Poćsamtu – wierci się na jednym kolanie, delikatnie, aby nie zabrudzić pożyczonego ubrania. To „nie” wypełnia ją, cieknie ze skóry. Zajmuje garnitur pana Szmytkowskiego, kaplicę.

Moja matka – w fotelu przyniesionym z domu przez Gorszą. Siedzi i rozkazuje. Każe Bogu wytracić wszystkich komunistów. Na całym świecie. Przede wszystkim Stalina i Bieruta. Ma sporo żądań.

Pozostała dwunastka prosi na stojąco. Kiwają się z życzeniami.

Wuj Wicek kiwa o rolę w teatrze, choćby ogon ogona.

Ciotka Hela o zdrowie papug i miłość Wincentego.

Bendlewscy, aby przewróciło panią dyrektorową, najlepiej niech fajtnie z fotelem.

Cieszkowska kiwa, aby pisano dla niej role. Sam mistrz Ionesco.

Broyowa kiwa, żeby zmartwychwstał Fűhrer i wszystkich żałobników puścił przez komin.

Kolejarzowa nie tylko kiwa, ale się zatacza, prosząc o wielu mężczyzn, koniecznie z Afryki.

– Z tych pragnień spełni się tylko chcenie pociągowej – zaszeptał znowu Anioł Stróż. – I chcenie tego – stanął za Poćsamino. – Ten modli się prawdziwie, bez kiwania, stoi prosto na jednej nodze. Prosi Boga „żeby było, jak jest, Mariacka, bimber i prostytutki”.

A ja, o Jezu, zauważyłem ze wstydem, nie klęczę, nie modlę się. Nawet za zdrowie babci, Tam, Gdzieś. Tak bardzo ciekaw jestem, co dzieje się za ścianą kaplicy. Co to za chłopczyk papla z dziewczynką? Otworzyłem niskie, ciemne drzwi. Wszedłem. Pokój dziecięcy w jasnych kolorach. Z zapachem czekolady. Na cmentarzu mieszkają ludzie!? Obok trupów!

– Chodź z nami – chwyciła mnie za rękę dziewczynka. – Dostaliśmy od mamy i taty nową zabawkę – pokazała czerwony szpadelek. – Do kopania grobów dla dzieci.

Żyją wśród zmarłych wesoło. A ja?

– Chodź, chodź! – wołał chłopczyk, biegnąc w deszczu przez cmentarz. – Tak fajnie pada – skakał po nagrobkach, z płyty na płytę. Wesoło z deszczem, z duchami.

Dobiegło trzecie dziecko grabarza. Z „wędką”. Patyk, sznurek, szpilka, mucha. Usiedliśmy przy wykopanym dla babci grobie. „Nad stawem”. Chlupotało w czeluści.

– Jak ty – zerwała matka woalkę – Wyglądasz jak – rzuciła kapeluszem zamiast pantofla.