SZCZYRK
fragment pisanej powieści "Okno" publikowany w Toposie i w sZAFIe.
 

 – Jacek! Jacek! – jackuje od południa Eisengraeber. – Idziemy z matką do sklepu. Gorsza nie przyjechała.

– Co za czasy. Musi jaśnie do monopolowego. Po „Starowin”. Jak niepani – narzeka matka pod kapeluszem ze słomek. Pod gazetą, w artykułach „Trybuny Ludu”: „Stalin żyje nadal.” Pod parasolem Lepszej. Potrójnie zacieniona. Gra swoją rolę – jejmości – bardzo szaro.

Ruszamy górną ścieżką. Po alkohol „przywieziony z Buczkowic” i po cukier do alkoholu „trzeba przypalić to świństwo”. Szosy nie ma, w Żylicy. Podtrzymuję matkę, nie przywykłą do wzniesień, do górzystości. Na Kujawach ziemia prosta, wody proste, bez niepotrzebnych ozdób. Możesz strzelać daleko. Z Owic do Urzędu w Sokolnikach. Zabić ubowca dla żuchwy. Prasa cicho o myśliwym. Trzymam nad matką ojca parasol. Duży, z wiatrem w czaszce.

– Równo trzymaj! Nie tak! Tak! – dyryguje i narzeka na powódź, na faszystów, komunistów. Wszyscy na coś narzekamy. Stalin, Bierut i Morcinek w jednej rzece utopieni z Gorszą i parasolowatym cieniem. Zaryczała w oborze Julisia. Ostatni raz dla letników. Zawołał coś Chrystus. Zakrzyczał. Nie zrozumiałem zdań w gęganiu gęsi Huczkowej. W naszym gę-gę. Matka zżyma się teraz na Churchilla, a ja znowu na parasol. Przesłania czarny niebieskie niebo i szczyty gór. Chcę widzieć najwięcej! Zapamiętać: Klimczok nasiąknięty błękitem. Jego rysunek w fioletach, a po chwili w żółciach. Powidok-powidok, zimno, ciepło – falujące w oczach. Blask słońca na pochyłym dachu. Zasrebrzył się wysmołowany. Lepik z księżyca? Muszę także zapamiętać: Ostrą krawędź perzu, igły konietlicy, ogładzony kamień, rozplaśnięte krowie łajno. Zapach barw, smród chemii. Na kamykach wygrzewa się rodzina zaskrońców. Zielononiebieskie zwoje. Splecione w połyskujący kłąb. Gady razem, tak blisko, a moja rodzina?. Matka w Szczyrku z Eisenem, a ojciec w Międzyzdrojach. Rozpełzły wije.

– Pan dyrektor nad morzem, a dyrektorowa… – podniósł się głos matki. – Gdyby tu był, pod ręką…

– Nad morzem dalej kapie – bronił Eisen Beskidu.

– To jest kurort!? – A gdzie deptaki z siedzeniami? Co pięć metrów powinna być ławka, a co dwadzieścia pergola. Jak w moim parku, w Owicach – wspina się sopran po stromej ścieżce.

Rozprostowałem dla matki horyzont. Ma jak na Kujawach. Tylko, że zamiast dębów i wierzb – iglasto. W świerczynie dwór z kamienia. W zielonych koronach złote i srebrne Anioły. Błyszczy aktyw Pański. A na dole stróże szare. Stoją przy ludziach. Trzeba pilnować chrześcijan.

– Pochwalony – pozdrowił nas starszy Pińcik, a młodszy opowiedział: – Przyjechali miastowi. Od was. Z Katowic. Pomagać góralom z Żylicą. Trzystu górników w czarnych mundurach z frędzlami, medalami. Na taki gorąc w okrasie. A jeden to nawet z szabliskiem.

– To szpada górnicza. Symbol. Dawniej, broń białą mogli nosić tylko ludzie honoru. Przede wszystkim szlachta. Ale również i ci stanu wolnego, którzy wykonywali dla ojczyzny niebezpieczną pracę – mówiłem jakbym czytał. – Górnik zjeżdżał w głąb ziemi. W jej ogrom, czerń. Górnik spieszył górnikowi z pomocą – czytałem z głowy. – Nie zostawił konfratra w potrzebie. Tak jest do dzisiaj – przeczytałem chłopu. Ale po co? Po co mu ta wiadomość? – Wszyscy górnicy z Katowic mają takie szpady – poniosło mnie nad Rawę. Poczułem się przez moment Ślązakiem. Pierwszy raz. Nie, trzeci. Pierwszy, kiedy sierżant MO i kapral LWP zabili brata Poćsamtu, w majowym pochodzie, śpiewając. Wciągnęli do bramy, pomstującego na władzę Ślązaka i udusili. Płakał przez tydzień Poćsamino, milczała Poćsamtu. A drugi raz, poczułem w sobie śląskość, kiedy zamieniono Katowice na Stalinogród. Gniew chłopca z Mariackiej, stąd. Narysowałem w klasie portret Morcinka, a po lekcjach osikałem go z Bogowolskim, kolegą z ulicy Kościuszki. Płynął nasz mocz z grudkami grafitu pod katedrę Horeckiej.

– Górnik, ze szpadą, czy bez, był wolny, tylko za Grażyńskiego. Za oświeconego dyktatora – oznajmiła Jaśnie. – Tak, ten Grażyński, zostałby polskim premierem albo prezydentem, gdyby nie Hitler. A, że polonizował Ślązaków na siłę, hm – włożyła twarz do torebki. Zabulgotało, bul, bul. Skończyło się picie. – Tak – wyjęła głowę – polonizował. Może zbyt. Lecz doskonale zarządzał regionem, infrastrukturą. A jak starał się o edukację. Początki Politechniki, Uniwersytetu, nowoczesne Muzeum Śląskie, regionalna Rozgłośnia Radiowa. To był najwyższej klasy urzędnik – zwróciła się do mnie w potrójnym cieniu. – A, że tak polonizował, hm. On dobrze chciał dla Ślązaków. A oni dobrze pracowali. Pod ziemią w czarnym kamieniu. Często na klęczkach, a nawet leżąc w ciemnościach.

– Jest dziesięć typów węgla kamiennego – wręczyłem Eisenowi parasol i zacząłem rysować dla Pińcikiewiczów tabelę.

– A dzisiaj, to niewolnicy czerwonego Zagłębia. Klęczą ze strachu na dywanach w KW – mówiła dalej matka.

– Po legitymacje PZPR – zabeczał Eisen „Międzynarodówkę”. – Nie widać dywanu spod tylu kolan – przebeczał wszystkie zwrotki. Bez słów. Odezwały się w zagrodach inne barany. Zaszczekał pies Łaciaków. Zawtórował pies Klisiów? Nie, to Hauptmann. Wyje z bólu, głucho, jakby wpadł do studni. Nienawiść z piekieł do nieba.

– No i po co przyjechały do zielonych czarnuchy? – wyszła jaśnie spod parasola. Zmieniła temat, nastrój. Z idei, do nic ważnego. Z rozumienia w żart. Jej umiejętność wystawiania innych – do i pod – rozłości zaraz sprytnych. Poczują się oszukani rozmową. „Poddała nas miastowa działaniu.” „Nasze dusze w garści miastowej.”

– Jak to po co!? Powódź odczyniać! Bębnem i trąbkami. Talerzem o talerz – zamachał kosą starszy Pińcik. – Przyjechało do nas górnictwo z usługą. A letniczka z Katowic nic nie wie. Wyszła z izby po miesiącu. Szykują się na Żylicę czarne chłopy. Będą ją brać muzyką.

– Na razie ustawili przed barem Klisiów transparent „Górnicy Stalinogrodu dla…”, tu się trochę zmarszczyło – pogmerał młody palcami. – Zdjęli pióra… nie poprawiłem na „pióropusze”, … i piją, zamiast coś robić Żylicy. A kilku tańcuje z naszymi dziewuchami. Z moją narzeczoną.

– Tylko z twoją tańczą. Nie daje im pomagać. Góralstwu! Zatrzymać powódź – odezwał się stary na złość synowi.

– Tańczą z moją, a ojciec chce kosić zboże, i tak marne po deszczu, lichota, zamiast młócić wyzgiernych bijakiem – trzasnął młody starego. Głową w głowę „czołem ojciec”. Ale podniósł starzyznę. – Przepraszam Cik. Nie chciałem. To przez górników – otrzepał ojca z kupówki. – Tu macie podpieradło – oparł kosę na półprzytomnym. – Widzicie Klimczok? – zapytał jak okulista.

– Nie widzę. Z mojej strony Skalite.

– Wszystko wypiją czarnuchy! – wręczył mi Eisen parasol, i przyspieszył. Głowa w ramionach, łokcie, pięty, ostro, ostro. Schodził z pochyłości, białawej od blekotu, śmierdzącej zgniłym czosnkiem.

– Zjedz to dla pani! – zawołała za Eisenem Jaśnie. – Na kolana i zajadaj. Masz być inny, niż jesteś.

Szastnęło. Czerń, czerwień. Minęła nas Julia, ubrana jak w niedzielę. W białej bluzce, delikatnie haftowanej złotem, w czterech czarnych spódnicach różnej długości, do kolan, do łydek, do butów, do ziemi. Z granatową zapaską. Na biodrach szal, pod piersią szal, na szyi szal. Czarny przy czarnym, uploty, rozploty. Spod czarnego „szaleństwa” czerwone korale, czerwonoróżowe. Pełno korali. A na rękawach chusta z chustą. Biała z białą. I na głowie biało. Biały warkocz z białymi wstęgami.

– Idę do urzędu, a potem do Świętego Jakuba. Zapisać majątek na Kościół – zafurkotały szerokie spódnice, zaskrzypiały trzewiki. – A Honkis, niech wraca skąd przyszedł. Dziś w nocy zeżarł mi kurę, psiajucha. Na surowo, kapitan. – Wszystko zapisuję Bogu. Dużo tego od Huczkowej i Huczka – uniosła głowę nad Skrzyczne. W warkoczu, wstęgach wpleciony kłos. Zawył daleko Hauptmann, nisko.

Wyobraziłem sobie Julię wchodzącą do kościoła. Dryp, dryp, po wysokich stopniach, na wysoką skarpę. Szast, do dobrego. Szast, do przepięknej budowli z prostokątną Wieżą Aniołów. Szast, do zabytku pokrytego gontem. W całości! Od fundamentów do nieba. Szast kolorowo w cień Norbertanów. Lecz nie mogłem zobaczyć Huczkowej w urzędzie. Pomogła mi matka na wzgórzu sącząc coś przez słomkę z torebki:

– Będą ją namawiać, żeby zapisała majątek na ZSL, dla parobków PZPR. Ale ta prosta baba ma więcej klepek, niż pisarz śląski. Ten od Stalinogrodu. Nie da czerwonym. Nie podpisze nic dla nich, nie postawi krzyżyków, choćby mieli ją… – wyjęła słomkę z torebki i pokazała słomą czoło – zabić. – Ta stara ma charakter. Miałam na majątku trzy takie, charakterne wdowy. Nawet rządca musiał się z nimi liczyć. Zapraszałam je do salonu, po zbiorach pastewnych, do stoliczka Chippendale i kazałam mojemu pierwszemu mężowi usługiwać. Podawał dziedzic chłopkom frykasy. Kładł na mahoniowym mango dla chamstwa. Indyjskie w trzech kolorach. „Mamy to wyżreć z pestkami?”, pytała co rok trójka od ćwikły. Tak właśnie szykanowałam grzecznego, „podaj”. „postaw”, bo nie znoszę uległych dziedziców. W końcu dostał apopleksji, zabełkotał „Zosienko”, zsiniał i umarł na kanapie Chippendale – zgniotła słomkę serdecznym i wyprostowała „przyda się jeszcze do picia”. – Konając popuścił na moje cacko, w hebanową skrzynię, z ciemnobrunatnej twardzieli. Narżnął na jedwab z czerwonym smokiem, w chiński wzór drukowany w Anglii. Podarowałam chłopkom Chippendale z dziedzicem. I wreszcie mogłam zakochać się w twoim ojcu. Niestety, też mi się podporządkował. Nie tak bardzo, żeby usługiwać chłopstwu, czy też pić Zosi urynę, ale zakrapiał walerianą obiady, kolacje. Tym co lubi wielmożna, co uwielbiają koty. Spryskiwał żółtawo srebra i porcelanę, mimo że nie cierpiał moich persów i sjamów. W jadalni, sypialniach, w salonie… Nigdzie nie cierpiał. Nawet bezpańskich. Do dziś nie znosi miau. Ty też nie lubisz…

– Nie cierpię jak ojciec – poprawiłem.

– Poza tym wielmożny stale o coś zabiegał. To o uśmiech żony, to o gest łaskawy. A sądziłam, że on oficer Piłsudskiego, po Cudzie nad Wisłą, Powstaniec Wielkopolski, prędzej poćwiartuje mnie szablą w Chipp-fotelu z pomarańczowymi jaszczurami, niż zgodzi się na tyranię. Nie zawsze słodką. Najczęściej… – roześmiała się do torebki. – Myślałam, że on rotmistrz, dowódca szwadronu przywiąże mnie za włosy, do siodła, terlicy i będę biegła łąkami nad Gopło przy bucie pana, ostrodze. Pięć kilometrów po białych biedrzeńcach, kropidłach. Po białym do krwi. Że wybiegam z siebie mężczyznę. Potwora, który każe mi kazać. Pragnęłam być kobietą. Delikatną jak… Louise Brooks w tym dzienniku upadłej. Tak bardzo pragnęłam – zaniemówiła.

– Oddychasz jak pstrąg na trawie. Wyrzucony przez powódź. Różowe skrzela w niebieskiej szyi, otwierają się niepokojąco – opisałem wielmożną dyrektorowej. Wypiły obie z torebki. – Dobrze, ze teraz w dół, ale dalej niewygodnie. Dużo głogu, parzydła, kamieni i zaskrońców. No i te muchy, bzz – pocieszyłem matkę.

– Powiedz, co myślisz? Pod bzz? – pocałowała mnie w czoło. Gorący motyl, kwiat.

Znieruchomiałem w podnieceniu. Świat zewnętrzny, wewnętrzny uderzył chłopca równo.

Nigdy wcześniej mnie nie całowałaś. Nie dotknęłaś wargami. Zwykle postukujesz o moje ramionka drewnianym pantoflem „podaj drugi”, albo książką z drewna „poczytaj matce na dobranoc”. Coś o diabłach, popychasz „Boską komedią”. Pocałunek w moim sercu. Wielki motyl drży. Trzepocze w piersiach kwiat. Wibruje ścieżka pod stopami. Kołysze się góra, Szczyrk. Patrzę na matkę jak na samicę. Nie podglądam kształtów. Gapię się bezczelnie między piersi, w krok ciasny. W myślach jestem Eisengraeberem. Na nochalu ślepia. Z gał krętość grajcarków. Dlaczego tak wiercą matkę!? Nagrzane ciało polizał wiatr. Przylega do skóry cienka suknia. Zapach pachwiny. Chciałbym zanurzyć tam policzek, siebie.

– Masz już pięćdziesiąt pięć lat, pijesz, a dalej jesteś piękna – powiedziałem cicho.

Spojrzała na mnie spod białej chmury, a ja starałem się uróść, zrobić minę jak Eisen podczas cielesności. Zapiać jak kogut Huczkowej. Nie wyszedł mi hymn. Tylko cienkie staranie. Matka zamknęła oczy, abym mógł patrzeć na nią z zachwytem, ze strachem. Spod białego wiatru purpurowe usta. Jak krzyk. Żłobi w niebie czerwone łożysko. Potrząsa ziemią fioletowy lęk. Dygoczę od upału. Stoimy tak przez lata. Nasze cienie tam.

Oglądasz matkę z Eisengraeberem. Często kopulują przy chłopcu. Stąd te myśli okropne, pocieszył mnie Anioł stróż. Wytrzymaj tylko pięć miesięcy. Przyjdzie niemoc do chutliwych. Zima zimna. I przestaną obcować. Już nie będziesz śnił o matce, o jej mięśniach z kością Eisena. przepowiadał w monopolowym. Zaczniesz zdrowo się podniecać modelkami dla malarza. Ich młodością w kochaniu. Na sztaludze, w sztalugach. Gładka prędkość z wodzidłem. Lecz fantazje matki nagiej, chore rzeźby, będą czasem się pojawiać, na dobranoc, blaskiem świtu. Coraz dalej w ścianach, oknie. Blady, bledszy obraz ciała. Pomoże tobie w normalności ostry rozkrok służącej, rozklęczenie dla chłopca, na stole w jadalni. Ta sekunda w pięknym rudzielcu, wielki moment, doznany za wcześnie, ale lepiej za, niż z matką. A niedługo po rudzielcu drugi kanał błon śluzowych, pochwa pisarki ze Szczecina, pochwa w pociągu, w domu wdowy, ściany, meble, wszystko łóżkiem, pochwa na plażach i w ogrodzie, dniem i nocą sam elastik, pochwa, pochwa tysiąc razy, stukał o ladę łokciem Anioła. Dziesiątki, setki…

– Który to obywatel tak klupie i klupie? – wrzasnęła baba za ladą. Gruba, sina, jaka jeszcze?, zapytałem Niebieskiego. – Jajołbowa, wódkocycna. Polski portret Ludowej – zapukał dodatkowo dwa razy. Klup, klup niewidoczną.

– Kto mnie tak wkurwia, że nie widzę kto? – wrzeszczy z chuchem babsko z blatu.

Pięćset pięćdziesiąt pięć pochew, wystukał już w sklepie Przepowiadacz. Pani pisarka oczytana, też zna profil Dantego. Nie tak jak Jaśnie, ale jest młodsza o wielmożnej o lat dziesięć. W sam raz dla piętnastoletnich chłopców. Delikatność w przemocy. I co z tego, że pisze do tyłka?, zapytał sam siebie, puk, puk. Piękny z niej grafoman i odpowiednio dziki. Poznasz właściwą w Katowicach, w teatrze. Na Wyspiańskim w Wyspiańskim, wystukał tysiąc pochew i zniknął. Pociemniało.

– A mówiłem, ze wódki zabraknie! Że wszystko czarnuchy wypiją – syczał Eisen w kolejce. Mają przywieźć „Starowin” ze schronisk. Pięciokrotnie droższy...

– Nie martw się o słone. Od finansów ja jestem. Wielmożna! A ty od czego? Robotnik płciowy. Nie przeczytał nic Eurypidesa, nic Owidiusza…

– Nawet „Trzech muszkieterów” – dorzuciłem pustkę w pustkę.

– Tak to inżynier, dużo czaszki…

Kapelusz pilśniowy na rogach jelenia, zaśpiewał nad Jaśnie Anioł. Błysnęło niebieskie światełko.

– Burze idą. – Z dwóch stron – wchodzili pod dach górnicy. – Już pada. Pióropusze namokną.

Coraz więcej górników, trzeba poupychać.

– Jak czarno – zauważył jeden.

– Od nas.– Cały przodek wybierkowy – zauważył drugi z trzecim.

Wszyscy dumni.

– Tak ciasno, że nie można nic wyjąć z torebki – oburzyła się dyrektorowa w galowych mundurach.

– Ani zapalić. – A nawet zakasłać – pojękiwał Eisen przełamany na ladzie.

Pod sklep zajechał furą, z workami cementu, wapna, niemłody ksiądz dobrodziej. Trzasnął biczem z trzaskawką.

– To ja w górze kościół buduję, a wy górale w dole? Za wódką!? – wymieniał po imieniu szczyrkowskich chłopów. – Zaraz na Klimczok z worami cementu. Pod święte źródełko. Nie będę męczył srokatej. Wychodzili z tłoku Pawlusy, Pawlusiaki, Pycliki. Wyszedł Hula, Wieczorek.

– A wśród górników nie ma chętnych na spacer? – palił z bata przed sklepem.

– Co za diabelstwo? – schował się Eisen pod ladę.

– My do Żylicy przyjechali, z Katowic. – Wieś ratować, ale ten letnik… – wyciągnęli spod blatu pokurczonego. – Dać go księdzu! – Niech baka za konia.

Podjechał na hulajnodze Antek Łaciak. Widać, ze pijany.

– Ten rowerek dostałem dzisiaj od najlepszej w Szczyrku. Lubi ona patrzeć na Antka jak jeździ nago po salonie prezesa, po jego jadalni, jak wskakuje z hulaj na stół zastawiony alkoholem i pucharami LKS-u. Jak wjeżdża na rowerku do łóżka prezesowej, w najlepszą – zachwiał się lekko, ale podskoczył. – Nawet pijany potrafię… – przeleciał nad koniem. Piękny w powietrzu, piękny na ziemi. Marzenie kobiet Beskidzia. Wyjął Antoś ze spodni litr „Starowinu”. – To od niej, od żony prezesa.. Dla budowniczych! – polał góralom do gęby. Stali równo, każdy z workiem pod pachą.

– W takiej mżawce kościół budować? – W wiatrach takich? – nie chcieli odejść od hulajnogi. Pogonił ich ksiądz trzaskawką.

– Z Bogiem! – wysłał leniuchów na Klimczok.

– Mogę tam też coś – wydostałem się szary z czarnego. A za mną matka, purpurowa ze złości: – Nigdzie Jacek nie pójdziesz! Nie zawlokę sama zakupów. Taki kawał do Huczkowej. W górę, w dół, i jeszcze w dół, i jeszcze…

– Nie dam kurwa rady – zaklął górnik z wielkim bębnem – wejść do sklepu z tamburyno. Bęben moknie, górnik moknie, kurwa sucha.

– Coś, zamiast dwóch toreb z sześcioma „Starowinami” – powiedziałem głośno, pod niebo.

– Masz – wręczył mi ksiądz cegłę dziurawkę. Zaniesiesz od miastowych.

– Jedna? Z dziurami? – udawałem silnego.

– Wystarczy. Poczujesz jej ciężkość na stoku. Tylko nie zgub się w zalesieniach. Trzymaj się górali. Burza idzie. No to… – przeżegnał drogę przede mną. Matka spojrzała na syna obiecująco „zabiję cię jak wrócisz”, ale nie odezwała się wcale. Tylko dyszała. O tak: „uchu, uchu”.

Dyrdałem ciężko za góralami. Stary Wieczorek z młodym Pyclikiem prowadzili równo. Deszcz się nasilał. Chrypiała burza, fioletową barwą, ciemnofioletową. Coraz groźniej. Przestań się bać miastowy, powtarzałem w ulewie. Naraz piorun. Białe drzewa. I grom, łoskot czarnego. Nie bój się, tuliłem serce do cegły, nie porazi cię Bóg. Idziesz budować kościół! Wiara strachem pomnożona. Zresztą Bóg nie ma czasu na zabijanie. Musi tworzyć ludzi na nowych planetach, pocieszałem się boską pracą. Zaszelepotało w koronie drzewa. Ptaki. Obłok trzepotu, skwir. Zapłonął las. Z zielonych pięter spada ogień. Wybuch paproci. Widzę chałupę Huczkowej, całe gospodarstwo. Skąd ono tutaj!?, na stromiźnie Klimczoka. Już w gałęziach płomieni, strachu, słupem prosto w niebo, w granat. Jest i Julia, trup bez głowy. Kto jej strzaskał świat caluśki? Zabrał pamięć „co przeżyła pod Bieniatką, z ojcem zbójem, bratem zbójem, no i z Huczkiem partyzantem”. W mojej głowie, w ogniach lasu przebiegają myśli zjawy. Z tego lata 1954: „Znowu powódź, jak co roku, znowuż woda pod chałupą, Pawlus z koniem się utopił, a Pawlusiak ze źrebakiem. Ładnie Julię pozdrawiali, pokuśnicy Skalitego.” W moich skroniach moc obrazków, zbiór ze zbiorem z duszy Julii: „Lasy faliste na niebie”, „Twardy wiatr od Salmopolskiej, miękki od Leśnicy, niepokój, przytulność, fiolet, zieleń.” Jeszcze sama rzeczywistość: „Szparciały z boków kurnik, wpełznie kuna w środku nocy, pożre gąskę cichuteńko, albo uprowadzi.” „Za to gnojnik murowany, prawie pałac. Z gnojówką Julisi, z larwami muchówek, z Eisengraeberem.”

Sunie Julia w ogniu sosen nie widząc, nie słysząc. A może poznaje świat inaczej? Widzi z innych gwiazd: „Mrugliwe po górach ogniska”, „Sekret w studni.” Może słyszy z innych stacji?: grad na progu, cień kota. Może postrzega tylko Duchem! Tą energią niezbadaną. Ciało Julii do mnie idzie. Coraz bliżej moich świerków, czerwone w czerwieniach. Nie odróżnię kropel od iskier. Ten sam zapach grozy. Przeżegnałem się ostro, z pretensją do Boga „I Ty mnie straszysz!? Mnie, już wylęknionego Eisenami, tym diabelstwem z wnętrzności piekieł. Sam Siebie przeraź Julią bez głowy, albo Julisią bez przełyku.” Czy ja Stwórcę poprosiłem? Czy też Stwórcy rozkazałem? Tak bezczelnie. Sporo uczuć, od błagania do bluźnierstwa. Wolałbym, żeby, to były myśli Matki Boskiej, albo zakonnicy Benigny. Zastanawiam się, rozważam. A tu postać już bliziutko, kilka kroków, w szyi szczęka, wypełniona krwią i ogniem. Strach. Drżą buty, chcą uciekać. Mięsień łydki tak napięty, nie zgina.

– Nie strasz Boże chłopca w lesie, bo przestaniesz być Wszechmocny – zagroziłem Panu cegłą.

Zniknęło widmo. Chyba zrozumiał moją determinację. Tylko kontur Huczkowej, obrys z głową, jaskrawi się w ogniu. Cofa w żar domostwa. Rozpalony do białego krząta się po zagrodzie. Przyszłość-przeszłość powiązana. Julia-Julia: „Chodzi po gnoju kłapciastym krokiem.” „Podścieliła krowie sucho i ciągnie ledwo żywą od byka Pińcikiewiczów.” „<Huczek posuwał z tyłu dłużej. Dawał w zad przez pół nocy>, prowadzi gniaciastą na posłanie.” „Przyzywa dzwonkiem partyzanta.” Mało konturów Julii? Mało rozpalonych? Wybiegły z rysunku beskidnice płomieniste, te z obrazków Huczka na szkle malowanych. Gibają się, podrygują cynobrowo, karminowo. Tańczą z dymem. Z nimi Huczek skakanego, rozognia płomienie. Pierwszy tańcownik w Beskidzie. Naraz znieruchomiały w przegibach i rozsypały się w popiół. Matka Boska na polanie, obrysowana blaskiem. Prześwietli las cały. Spokój w chłopcu. Obeszła powoli pierwszą jodłę. Świetliste koło. Drugą jodłę, koła, koła. Za Nią ostać starego mężczyzny. Chyba książki ciężko niesie. To ja, za lat? Pierścieni się światło dookoła oczu. Okulary, grube na palec.

Dobiegłem do źródła słynącego cudami. Postawiłem na cegłach moją cegłę, gorącą, a twarz, dłonie zanurzyłem w mroźnej wodzie. W oczach rozsnuwa się kryształowy piasek. Wymyślam plusk grzmotu.

Wymyśliłem więcej schodząc z Klimczoka, ślizgając się po rozmokłym igliwiu, trawie. Burza odczołgiwała się do Bielska-Białej. Pełzła po Szyndzielni do Mikuszowic wlokąc ze sobą granatową chmurę. Odkaszliwała w kolor. Deszcz prędko skapywał z świerków, niciowate zapachy igieł.

– Nie bój się miastowy! Już się nie pali. Zdusiliśmy ogień cementem – zawołał Wieczorek z ocalonego lasu. – Klimczok tak paruje, że nie widzę letnika, tylko słyszę gadanie. Sam do siebie tak rozmawiasz? Lepiej posłuchaj jak po burzy. Świat zacichł. Tylko lekkie tchnienia. Muskanie błękitem. Na powiekach czysto.

– Powinien pan liryki pisać, a nie skakać z krokwi. I tak pan Antka nie przeskoczy – zakrzyczałem zdanie po zdaniu.

– Toś mi przypierdolił miastowy. W tej mgle. Prosto w niemożność. Ona, na nic nie pozwala. Jeść nie mogę, pić nie mogę i z żoną prezesa nie mogę. Nie potrafię prezesowej dogodzić. A Antek potrafi. I tam wyżej od trenera. Muszę bębnić rząd turystek. Ustawiają się jak jodły. Lecz kto był w tyłku prezesowej, ten… – zamilkł na chwilę w białym zasnuciu. – Żyć mi Antek nie daje. Nawet w snach nade mną – zastukał fajką o jakiś pień.

Teraz nabija cybuch, przykłada zapałkę i pyka, i pyka. Sportowiec. Wymyśli dowcip o narciarzach dla letników, albo nie wymyśli. Przesunęły się we mgle obrazy Huczkowej. Zasłoniły obrazek trenera z fajką. Niech pyka dalej nad rozbitym o góry talentem.

Już dochodzę do Bieniatki. Lasu mało, chałup więcej, prawie wszystko zaorane na kamieniach, nogę złamiesz idąc w zbożu. W każdej z zagród niby Julia. Niby Honkis. Para rzeźb przy furcie. Patrzą na Szczyrk martwo. W drewnianych oczach góry z drewna. Tylko w tym obejściu blisko piekieł, słyszę czarny ogień, Hauptmann ze stali, z żelaznym krzyżem pod żelazną brodą. I Julia żelazna w sukniach stalowych. Teraz ze słomy. Wystrzelił z czegoś kapitan. Płonie niebo czerwonymi źdźbłami. Zapala przelatujące ptaki.

Chrystus przecież przepowiadał. Huczący w głowie wyrok. Łomotanie proroctwa. Słyszę wyraźniej, niż widzę. Z lewej strony krzyczy Klimczok, pełną skałą, z prawej… Ale, co tam w dole Bieniatki? Tłum? Na łąkach Huczkowej? Jezu, Jezu, nie ma naszej chałupy! Czarno, pusto w środku tłumu. Zbiegam z góry jak szaleniec. Tylko czasem się nie potknij, ta pochyłość może zabić. Zmieli mięśnie z trawą, czaszkę w noc. Wpadłem pędem w zbiegowisko, na strażaków, z księżmi chyba. W tłumie głosy o tragedii:

– Wadził się z nią o majątek.

– Jej majątek!

– Chciał dla siebie morgę jedną. No i legowisko.

– Chciał coś mieć.

– A ona wszystko na kościół. Dobrodziejowi.

– To ją wygiął z płotem. I dusił – pokazała baba babie.

– Chłop przecież. Powinien dusić… udusić.

– Nie tak łatwo z Huczkową. Wżarła się Honkisowi w policzek. Wyszarpała skórę z kością. Wypluła mu fuj na powiekę. Musiał zetrzeć okrawek. Jak popuścił, odskoczyła i za widły.

– Z gnoju.

– Z gnojnika murowanego.

– I w słabiznę. W słabość gnojem.

– Nie dała się chłopu. Pierwsza ona pod Bieniatką!

– W Szczyrku całym. A może i w Beskidach.

– Nas to chłopy biją równo. A my jeszcze przepraszamy.

– Ale za płytko dziabała. Doczołgał się do drewutni po pancerfaust. I buch, odpalił w Huczkową. Nic nie zostało z gospodyni.

– Tylko ręka w żerdkach płotu.

– Machała.

– Potem odpalił w chałupę, a sam się powiesił.

– Na krzyżu, na karku Chrystusa.

– Powiesić się mógł, babę no…ale on krowy nie wyprowadził. To nie góral. Jakiś z nizin. Z niewyraźnym nosem, bez fajki…

– Fajkę, to on pykał, ale nie dumał przy pykaniu.

– A my baby będziemy, kiedyś, fajczyć? Przed chałupą, przy chałupie, w gospodach?

– Kiedy zagonimy naszych chłopów do roboty?

– Od świtu.

– Kiedy założymy kapelusze?

– Bardzo bym chciała popykać patrząc jak mój Pawlusiak coś robi. Obojętnie co. Nygus śmierdzący. Nie kąpie się, bo nie pracuje.

– Ja tam nie muszę kurzyć, ale patrzeć też bym chciała na mojego przy robocie. Pawlus przy dorobku.

– Twój chłop nic nie umie. Nawet…

– Twój też. Razem dumają.

– Kiedy będziemy chłopów biły? Tak bym chciała mojego helmonckiem.

– Ja bym Huli wsadziła w żyć. Jak gotowałłby kwaśnicę. I zapytała „dobrze ci, babo?”

 

– Wyjeżdżam stąd. Do Murcek z górnikiem. Nie będę Pińcikiewiczową. Jadę z jednym z tych, co tu... Dużo zarabia i nie ma go w domu. Bo jest w ziemi. Będę palić papierosy i dumać.

Poczułem swąd spalonego. Przeciskam się przez zgromadzenie. Czarna ziemia z jamą.

Tu stał płot, a tu wchodziłem do zagrody otwierając furtę z drzagowatych desek. Trzeba było trochę unieść, a potem dopiero pchnąć. Tylko przerdzewiałe zawiasy leżą na ziemi. Tu opierałem blok rysunkowy szkicując zarzeczny kamieniołom. A tutaj ciurczała rynna. Ciurczało w niej cały lipiec. A w tym kwadracie czarnych kamieni była izba matki i Eseingraebera: „piejące z wycinanek koguty”, „kolorowe wystrzyganki kur”, „upięte na ścianach dziewięciosiły”, wróżące ogień, albo wodę, „gałganek z serem i myszą”, „mucholepce z muchami”. A tam stał stół, przy którym Eisen pisał kartkę do kierownika Kubika. Martwił się o zdrowie pani Kubikowej „czy już zaczęła mówić po śpiewaniu międzynarodówek, i czy pan dyrektor dostał mapę samochodową ZSRR. Żałował też bardzo, że z szanownym państwem nie zwiedzi Kazachstanu. Przesyłał najgłębsze ukłony i wyrazy szacunku „niech chwali się tumanek, że dostał list od inżyniera”, popluł miejsce na znaczek.

Kiedyś utrwalę domostwo Julii. Zrobię to w marmurach. Mogę wykuć Eisena majtającego ręcznikiem. Ale jak wyrzeźbić muchę w powietrzu? Przeganianą na cztery wiatry. Jak odkuć samo powietrze? Jak zrobić w twardym dyndu-dyndu muchołapek? Tu tylko słowa. Tylko w książkach można wyśpiewać smród. Czy kiedyś będę pisał? Czy usiądę przy biurku? Jak ojciec ze złotym piórem. Czy też malowanie, rzeźbienie wypełni tak gęsto moją duszę, moje wszystko, że już nic więcej. Młodość, starość przy sztalugach, przed kawalerem, stojąc w pyle, w mdlącym zapachu sykatyw i terpentyny. A jeśli na stare lata będę chorował, nie napnę płótna na krosno, nie dźwignę już na kawalet kamienia, to słowa same przyjdą na kartki, na biurko, do trzech kasztanów.

Górale trzymają za stopy martwego Honkisa „aby nie uciekł”. Nie ma jeszcze milicji. Na pewno dostała rozkaz pilnowania górników „mogą popić, i zagrać coś przeciwko ludowej”.

– Pan Łaciak wyniósł Huczkową z ognia – powiedział prezes LKS-u. – Nasi sportowcy…

– Wyniósł, co było w płocie – wtrąciła szlochając Pińcikiewiczowa. – Tam leży.

– Pod naszą płachtą na posusz – powiedział młody Pińcik ciągnąc narzeczoną za włosy. – Słyszałem, co mówiłaś babom – szarpał za warkocz i za podpaskę.

– Puszczaj! – krzyknął mi z gęby dzień straszny.

– Nie martw się o nią letniku. Nie zabiję, chociaż parzyła muzykantów oczami. Tylko zamknę babę do ślubu. W piwnicy. Na marchwi i burakach – puścił warkocz i obiecał łaskawie.

Co za wspaniałomyślność górala. To ciepło pod kapeluszem. Jak dobrze, że jestem z Wielkopolski, ze Śląska.

– Patrzcie! Idą górnicy. Z orkiestrą.

– Po dziewuchę Pińcikiewicza.

– Idą zagrać Huczkowej.

Ledwo idą, ale idą. Doszli, i grają żałobnego marsza. Rytm tworzy nastrój. Między tanecznymi akcentami – cisza. Maszeruję po łące z Julią, Julisią. Zapraszam z krzyża Chrystusa, poczekaj, wyjmę ci gwoździe z kończyn, poprowadzę chromego. Stara Łaciaczka zrobiła z poru fujarkę i też gra Julii. Antek rozpłakał się jak chłopiec. Łzy mężczyzny bardzo duże. Słabnie szloch Pińcikiewiczowej „też mógł nas, gadzina”.

Górnicy ustawili na spalonej ziemi czapki z pióropuszami. Pozapalali karbidki dla zmarłej. Niesamowita scena piór i świateł.

– Broniła iścizny przed Honkisem. Dla Kościoła! – zawołał ksiądz dobrodziej. – Dla!

Namaluję w Katowicach, w mieszkaniu na wszystkich szybach okien popiersia Julii. Pod światło. Z światłem. Julię myjącą deszczówką korale, paciorki. Zęby. Purpura, czerń, białość. A kiedyś będąc prawdziwym artystą „zrobię o Huczkowej obrazy obrotowe i postawię kołowrót na szczycie Bieniatki”, zapisałem tuszem na spodniach. Jak ojciec dyrektor. Dzisiaj, to tylko wystrugam kolibę, kolibusię dla jej snu niebieskiego. Puszczę drewienko z prądem Żylicy. Uspokoi powódź.

Tu była studnia. Z drewnianej obudowy, z gontów – czarny dół. Paruje gorąco.

Wchyliła się prezesowa w parówę. Wpadnie tam? Zatrzepoczą z krzykiem zgrabne nogi. To już myśli Wieczorków.
Tylko ja się nie spaliłem, powiedział Chrystus z krzyża. Nawet tego nie zauważyłeś. Julia już w niebie. Nie w tym. Wyżej. To, tylko przepuszcza światło słońca.

Przychybał z kosą stary Pińcikiewicz. I upadł z radości. Ktoś mu powiedział, że jego zagroda w ogniu. Że, po co kosić „gdzie zrzucisz siano nie mając stodoły”. A to nie jego ogień. Nie jego pogorzelisko.
Sto kroków od tłumu matka z Eisenem. Rozmawiają wpółleżąc, półsiedząc na pryzmie otoczaków z Żylicy. Wylazł z kamieni zaskroniec. Patrzy na żabę. Powinienem podejść do wielmożnej,zapytać starą „co dalej”. Spaliło się i nasze. Tylko wódka w torbach. Nic nie mamy w Szczyrku. Trzeba wracać do Katowic.

– Zobacz kto przyszedł? Pan Jacenty – zaśmiał się zjadliwie Eisengraeber. – Wrócił synuś do matki z Klimczokiem w plecach. Zbij go zaraz przy wszystkich. Dam ci mój trampek – zdarł ze stopy śmierdziucha. – Masz drugi!

– Za głośno inżynierze – prychnęło z wielmożnej „Starowinem”. – Nie czuje inżynier dystansu. Większy burak od Pińcikiewiczów – zaczęła tupać po gołych stopach kochanka. Oparła się plecami o stertę kamieni i tupała Eisenowi po twarzy. – Nie ruszaj się! Jak u fotografa – trzaskały półbuty po maskach. – Przypomnij pani jak cywilizowaliśmy Huczkową – kopała.

– Możecie używać papiery toaletowego. Dźwigałem babsko z ciemnoty – zaczął Eisen szybciutko.

– O pani mów! – przyjęła matka specjalną pozycję. – Wyostrzyłam pięty na górach – żgała obcasami.

– Mając tyle ziemi i krowę – zajęczał od nowa kopany – możecie wypiąć się na Bieruta, patrzeć spokojnie jak dookoła huty budują. Nie będziecie jedli żelaza. Chyba, że w szpinaku.

Zobaczyłem ich jako Zło. Zamknąłem w kamyk. Odrzuciłem daleko. Bez miary.

– Uderz Jacka choć raz, proszę – całował jaśnie po nogach. – Pacnij, za to zostawienie matki pod sklepem.

– Pantofle też się spaliły. Muszę kupić nowe w Katowicach – przestała kopać i zasnęła. Śpi z otwartymi oczami. Jak zwykle. Oddychający trup.

– Obudź się i pacnij synalka – wyszeptał do butelki. – Pacnij, pacnij, proszę pacnij – nucił w pustą.

– Jezu – zawołał do siebie Chrystus – ogarnia mnie boska wściekłość. Drewno krzyża przejrzyste. W słojach purpurowy gniew. – Ojcze! – zwrócił się do Boga. – Zejdę zaraz z symbolu i stuknę Teodora Eisengraebera w galaktyce galaxis. Nie w Obłoku Magellana. W tej Mlecznej, z inżynierami, którzy wszystko psują. Pozwól mi go… uch, przed Ostatecznym.

– Zrobię to za Ciebie – powiedziałem głośno. – Bez pozwolenia.

– Jezu, Jacek mnie kopnął – zamamrotał Eisen spadając kamieni. – Twierdzi, że jest Chrystusem. Zamienił się w Chrystusa! – obudził śpiącą jaśnie.

– Za dużo pijesz. Lepiej wyprostuj horyzont. Góry się wznoszą. Horyzont prostuj, a nie zaskrońca – zasnęła głębiej.

Przyjechało MO. Ludzie rozeszli się w te pędy. W domach też można opowiadać o Honkisie, o Huczkowej.

– Rząd podjął kolejną uchwałę o walce z chrząszczem ziemniaczanym. Raz w tygodniu pogadanka, a raz w miesiącu wymarsz na stonkę w towarzystwie milicjantów – informuje przez megafony MO. W końcu ogląda Honkisa.

– On ma coś pod pachą. Narysowane. Jakieś zygzaki, poruczniku. Dwa – zauważył plutonowy. – Tutaj.

– Ale co to, kurwa, jest?

– Nie wiem, poruczniku.

– Jak nie wiecie, to po co, kurwa, to zauważyliście? Teraz muszę, to kurwa, opisać.

– To, to, to, to, to – zaśpiewałem – kurwa, kurwa.

– Toż to tatuaż SS – zasapał stary Pińcik. – Honkis był esesmanem. Dlatego nie ściągał nigdy koszuli. Nawet do koszenia. Dlatego…

– No to, kurwa, mamy sprawę. Polityczną! – wrzasnął porucznik w Beskidy. – Zabrać z denatem tego górala, który wie o tatuażu. I innych zabrać.

– Innych już nie ma poruczniku. Spierdolili na nasz widok – oddał honory podoficer.

– Salutujesz, kurwa, lewą ręką!? Skujcie denata z tym… z kosą. To są nasi główni podejrzani. – Do waszej lewizny. Będę miał was wszystkich na oku – A temu jak? Hula? Pawlusiak? – rozpiął spodnie, aby się odlać.

– Nazywam się chyba Pińcikiewicz – stękał żywy na zwłokach. – Ale mówią mi Pińcik. Bo przepisałem młodemu całe gospodarstwo. Teraz, to on Pińcikiewicz.

– To jak się, kurwa, nazywacie? – lał milicjant do studni. – Muszę o was napisać dla Stalinogrodu.

Wreszcie odjechało MO. Eisen z matką śpią w kamieniach. Zostałem sam z Chrystusem.

Pospacerujmy w Lepszym Świecie, zaproponował Syn. To blisko, bliżej, niż sądzisz. Za zielonym kołem, niebieskim, za czarnym, ustawił góry w krąg. Szliśmy przez skupienia ziemi i nieba, przez pustki kosmosu. Przestała krążyć czerwona tkanka. Czas się zatrzymał, więc prędko w przestrzeni.

– Chcę być przez chwilę człowiekiem, zwyczajnym – powiedział Chrystus. – Zaszyć sobie bok – zrywał z ciała podarki Huczkowej. Rzucił koralikiem i rozleciała się gwiazda. Chcę być dzisiaj nierzeźbiony, niemalowany, rozrzucał cudeńka. Płynęły w próżni, w Światło zielone, w zieloną Otchłań. Dużo ludzi tutaj, niewidzialnych. Biorąc zieleń oddają błękit. Faluje błękitny Duch. To widać. Omiata niewidzialne liście niewidzialnego ogrodu. Czuję poza zmysłami. Zanurzam się w Zieloność, głęboko. Poznaję ludzi, których kiedyś pokocham: Agatę, dzieci moje, Ewę Habrowską. Dobrą Ewunię najmocniej. Tutaj usta zlepione światłem – nie mówią. Tu, przekazuje się miłość bez słów. Otchłań zielonego Światła. Jestem wszędzie gdzie pomyślę. Z każdym człowiekiem. Mogę być z wieloma bez trudu. Wszyscy piękni.

– Tak będzie po Sądzie – oznajmił Chrystus. – Tak zadecydował Bóg. Nasz Ojciec. Jest tutaj Światłem. A twój przyjechał do Szczyrku. Z gorszą służącą – pokazał na Ziemię. Musimy tam wracać. Ja na krzyż, powiesić się za Honkisa, a ty na swój, z drewien matki i Eisena. Przyznam ci się, że wolę swoje cierpienie. Jestem chociaż sławny. Zeszliśmy do Szczyrku z Eisengraeberem i matką spojonymi smołą. Powrócił czas do przestrzeni. Ukrzyżował się Chrystus.

– Przyjechałem po was furmanką. Z Bukowej. W sześć koni przejedziemy Żylicę, nurt, a potem w autobus i do… – rozwzdychał się ojciec.

– A co ja będę państwu nosić jak wszystko się spaliło? – zapytała Gorsza. – Mogłam zostać w Katowicach. Obiad zrobić na kolację.

– Pan Jacenty przetentegował wakacje na nierobieniu niczego. Nie pomógł nawet matce przynieść ze sklepu zakupów. Musiała sama ze skrzynią. – Sama Zosia musiała, bo na mnie napadło kilku górników.

– Siedział tylko przed chałupą. Rysując, malując. Nie poczytał matce Dantego – skarżyli tak, i skarżyli.

Dobrze, że słyszę oddech Chrystusa.

– Odwracaj od Szczyrku pioruny, poprosiłem Przyjaciela.