JACEK DURSKI VS ANNA FILIPCZAK
Słowa Ani pisane kursywą

Publikacja: sZAFa No. 36_37/2010

 

Śniłaś mi się dzisiaj. Naga. Z twarzą, ramionami we włosach.

Lubię słońce i ciepły wiatr. Przypływ natury. Fale świata. Zapisałam mój moment na Ziemi. Kilka zdjęć rymowanych sobą. Ja mgnienie. Dla kogoś?

Przypływ Kobiety-śnienia. Pragnień. Nie nękały od lat. A teraz znowu. Nawiedzenie pięknej. Chciałbym odgarnąć jej włosy, zobaczyć duszę w źrenicach. A potem wejść w ciało, poznawać ciemną esencję środka. Pić, jeść ten eliksir.

Chcę Ciebie, Twój kosmos, tak bardzo, że aż zakłuło mnie w skroniach. Błękitny promień. Śnisz mi się co noc. Wariuję nad ranem. Zamiast okien otwieram lustro. W lustrze lustra. Lecz nie ma nikogo. Dzień poety.

Noc w noc tapczan z kartkami. Lista długa do wszechświata.

Noc bez Ciebie, sen z Tobą. Nie odgarnąłem Ci włosów. Nie pozwoliłaś. Boisz się bliskości? Energii mężczyzny, purpurowej.

Upodobniłam się do brzozy w moim oknie. Stoi sama biało. Wiosną wystrojona w zieloność słońca.

W barwy Boga.

Moje barwy. Tylko zimą porzuca suknię gorącej zieleni. Kolor An. Czyżby pragnęła dotyku śniegu. Mroźnego, z niepokojem ptaków?

Znowu sen. I Ty. Zawsze naga. Błyski ud w mroku.

Nie mogłam spać. Dzień nocą.

Jesteś jakby w ciemnej mgle, nie-mgle. Zachwycająca lekkość. Piękno formy. Chcę to mieć. W rzeczywistym świecie. Mieć To – i Duszę Twoją.

Jestem w przeszłości. Noc nie pozwala mi spać. Dzień nie pozwala mi łkać.

Sięgałaś stopą, drobno, w kłębek świtu. Z mgły ciepłej, zielonej. Pochwycić przyszłość? Dlaczego nie rękami? Obejmowałam blask z okna. Drży sen. Drży mrok. Mam gorączkę 40˚C. Odchylił się równik na północ. Ledwo wystukałem: „Z biurka płomień”, a już stukam: „Ogień w ogniu. Pali słowa.”

Dosięgnę Ciebie nocotęsknotą.

Wyjdź ze snu. Stamtąd gdzie jesteś. Bądź ze mną tutaj. Na jawie. Muszę zobaczyć Twoją twarz. Tajemnicę. Wychodź! Inaczej zwariuję. Bóg kazał mi nieraz cierpieć. Lecz teraz niech obdarzy żarem i spokojem.

Tęsknię do miłości pisząc rymowanki o pragnieniach przyrody.

Pomóż mi uporządkować to Wszystko — przeszłość, dzisiaj. Mój kosmos wzburzony

pomieszanie światła i cieni

zamęt rzeźb trudnych

znowu anioł zabrał kawalet.

Maluję rymowanki z łąką, lasem…

Bądź sensem dobra i mądrości. Ja – dobro – potrafię okazywać poprzez pracę. Wznosić słowem, wieżą słów, wezbrać zdaniem artystycznym. 

Nucę rymy ziemi mojej, Wielkopolskiej, z wód popielewskich.

Muszę kochać aby pisać. Kobieta, książki. Nie wiem, które z tych dwóch pragnień postawić na pierwszym miejscu. Nie wiem. Chciałbym równocześnie.

Uplotłam rymowanki z oczeretów, żabieńców…Obraz wierszem…

Wiem, że w sposób dany Ci z Góry uruchomisz moje życie. Ducha, umysł, ciało. Ty – ja. Będzie to chwilami przerażające. Bo nie będziemy wiedzieć, ile szaleństwa z nas będzie, a ile od Boga. Nie chcę znać tych proporcji. Sił Naszych. Dość mam wiedzy wszelakiej. Teraz chcę kochać. Tylko kochać. Raz jeszcze. Ostatni raz.

i tańczę z namalowanym w tatarakach, koscańcach.

Bądź ze mną! Chociaż lękam się tej miłości. Czy nie wykorzystasz wielkiej? Nie zniszczysz mnie, wiedząc, że nie będę mógł już… bez Ciebie? Lecz przyjdź…

Wołasz mnie w śnieniu, w wyobraźni  Twojej. Przyjdź mgłą zieloną. Idę po łąkach z rymami.

Z trawy wiersz.

Szukam kamienia, głazu. Opoki. Szukam od lat. Jestem kamieniem. Tu, pod lasem Szymonek. Po śmierci Bliskich bez rysunku słońca. Usiądź tutaj. Ogrzej zimno moje. Smutek bezsilny.

Zamieniam się w motyla. Ciepło barw. W kamieniu kamyk z nie wyjętym niebem. Z metaforą niebieską. Dotknij go skrzydłami, czułkami. W głąb. Tyle uderzeń, drgań. Pył ze skały. Aż przeźroczysta. Widać serce. Pije własną sól. To moc natury. Moc nagromadzonych pragnień. Dotykam ciałem całym, oskórkiem zapachów.

W kamieniu motyl żłobi, pieści poemat.

 

 

***

Przejrzałam jego strony www. Wstydzę się za wszystkie kobiety, z którymi był. Dlaczego żyje w kilku wcieleniach!?

Jest na fotografii! Z twarzą. Wyszła ze śnieni. Boucheron w sypialni. Niestety ubrana. Ale mieszka blisko. Niedaleko Katowic. Pod Gdańskiem. Dobrze, że nie w mgławicy Andromedy. Musiałbym lecieć za długo. Piękna jak w snach. Kontur wypełniony ciałem słońca. Wybuchnie mi w sercu... lecz  zaraz, zaraz, co ona mi tu... „Dlaczego mistyk-filozof jest jeszcze dzieckiem?" ...napisała? Tak!? Zamiast podziwiać multimedialnego artystę. Zaproponować twórcy parasol.

„Dlaczego nie potrafi stać się Mężczyzną?"  No, tu już przesadziła. Jakaś nie stąd. „A reszta boli, boli." Tak do poety? Bęc z księżyca? Odkochałem się po pięciu linijkach.

Nie pojął, którą przeszłość chciałam w nim poruszyć, aby wzniosła się w kosmos, przestała ranić. Jednak po miesiącu przesłał mi zdjęcia, z Jutrosina: „On piszący w ogrodzie." A ja odpowiedziałam mu rymowanką: „Duszy Twojej nie uciszę, ku przeszłości zwrócona... brodą przykryta."

Po co uciszać? Żebym nie pisał książek!? Spokój bez pracy. Nuda od rana. Tego nie chcę! Wolę śmierć. Odpoczynek prawdziwy. Bez kobiet... i bez internetu.

Ręce Twoje spod których żarzy, czym umysł płonie. Duchy stołu czarne.

To o moich dłoniach. Nawet niezłe. Zaczyna rozumieć pisarza, jego wyjątkowość. Ten wybryk intelektu. Pojmie nowatorstwo przemyśleń, szczyt zadumy. Byle w tym kwartale, a nie za dwadzieścia lat. Muszę odpowiedzieć natychmiast! E-mail: „Ja na wczasach, mężczyzna-prozaik, potwór w agro, Bialy w zielonym. Jutrosin 2007.” I kilka załączników z  „ja”. Kilkadziesiąt. Ale nie tak od razu. Za tydzień. Pomyślałaby jeszcze, że zachwyciłem się jej zdaniem o mojej osobowości. Albo też, że ulegam pięknym kobietom, cokolwiek powiedzą. Albo, że ulegam im bez gadania, że w ogóle ulegam innym. A ja, o! Nikomu.

Przeniosłem fotel znad wody do wody, porozmawiać z bocianem o wyśnionej spod Gdańska. A może znad? Może to Anioł w kobiety wcieleniu?

– Trudno ci będzie z nią wytrzymać, bo jest wyjątkowo frr – połknął bocian cień żaby. – Zamiast chodzić, fruwa. Ale wytrzymasz z nią jakoś i to do końca, bo jest podobna do ciebie. Bez brody ale bardzo fyrnięta. Niech pisze. To jej „boli, boli" – zaklaskał skrzydłem. – Ona wysławia się tak dziwnie-dziwnie – podskoczył dwa razy za żabą-żabą. Gdyby nie to foto zmysłowej kobiety, dalej byłaby dla ciebie obiektem metafizycznym. A tak... Do dzisiaj myślałeś tylko o jej fizyczności, chcąc wierzyć, że istnieje naprawdę. A teraz chcesz ją z duszą, bez ducha. Nieważne. Nie dziwię ci się – oglądał foto. Włożył w dziób kolorowe i patrzył na Filipczak jak na bocianicę. Zazdrosny o ptaka?

Mocząc nogi, pluskając wodą pod wiatr po żółtym grążelu, po zielonych rozetach osoki zastanawiałem się, co robi An, jakie było jej życie? Obserwując boćka zgadywałem „ilu mężczyzn miała? Stu? Więcej?”, zezłościłem się na fantazje. Na szczęście deszcz. Wytłukł na stawie tysiąc atletów.

Jeśli nie zaznam teraz miłości, Kobiety, to świat ten stanie się dla mnie byle czym. Może grzeszę, tak myśląc ale wiem z całą pewnością, że takie byle-istnienie bez miłości, będzie nie-życiem. Czymś gorszym od śmierci. Żyć, nie kochając, nie być kochanym, to po prostu wstrętne. Fuj!

Płynę w fotelu na środek wody, stawu, w środek nieba na łąkę z gwiazd.

Później napisał: klekotałem o Tobie z bocianem na łące. Łąka niczym kochanka w kolorze nadziei, głośna w szeptach zielonych. Umówiliśmy się w środku Polski przy bocianim gnieździe.

„Żeby była taka jak w śnieniu, jak na zdjęciach. Nogi tak samo rzeźbione. Żeby z wdziękiem kopały powietrze. A ja żebym mógł i mógł – powtarzałem w pociągu jak mantrę. Żebym nie zdenerwował się czymś przed kochaniem”, na przykład... nie mogłem znaleźć przykładu. „Brakiem internetu w hotelowych apartamentach", wyszukałem za Łodzią Kaliską powód do niepowodzenia.

Wybrałam dla poety błękitny pokój może będzie chciał popisać". Akurat dzisiaj będę pisał. Dziś, kiedy myślę o twoim wnętrzu z mięśni gładkich. Tylko o nich. Już na stacji Katowice, wyjeżdżając, odłożyłem metafory.

Nie chciał popisać. Przy herbatach defilada zdań „kim kto jest!". Potem zwierzenia głębiej, głębiej, przerywając sobie nawzajem.

Pierwszy mężczyzna, z którym tak bardzo, od zaraz zbliżyłam się duchowo.

Czułam jak dużo zgromadziliśmy w życiu i z tym wielkim kufrem jesteśmy razem.  Opowiada prawdziwie. W oknie pochód księżyców.

Było to uczucie czystego ciepła. Od środka. Wyłączyło nasze umysły.

Naga w mgnieniu. Skrzypce w złotym futerale. W talii smyczek. Dla niej wyzwolę co najlepsze, parapet fortepianem. Zaistnieję w jej ciele, duszy, naprawdę .Zapragnąłem dać wszystko albo umrzeć. Nigdy czegoś takiego nie czułem. Do nikogo. Może to wytrzymam? Nie byliśmy sobą. Musiałam wtulić się w poetę, poczuć krzyk duszy. Przypływ świateł w ciało. Noce dniami a dnie nocami. Znów byłam sobą-z nim.

Zapytał: czy będziesz moją zawsze? Zabrałam te słowa do Gdańska  jako „zadanie domowe". Nie wiedząc, czy to tylko przygoda we wszystkich wymiarach jestestwa, czy też...

Mam problem. W Katowicach nie potrafię nie myśleć o Tobie. Wszedłem na drzewo w Parku Kościuszki i dalej o An. Czuję smak zdjęty wargami ze złotego biodra. Zapach eliksirów miłości. Dalej aura Twoja.

Moja brzoza za oknem zaczęła się złocić. Pomyślałam wówczas, że i ja mogę swoje życie... kobiety jesieni
Brak mi Jacka ręki. Wiem, że jest zajęta sztuką. Poczekam, a moja cierpliwość będzie w niej moim udziałem.

Zaczynam odczuwać szczęśliwość. Człowiek, który poznał drugiego. I wie, że Anna jest żywa. Lecz boi się...

 

 

***

Następne spotkania już w moim mieszkaniu. Sypialnia jadalnią, czytelnią. Znowu noce dniami.
Coraz silniejsze zatracenia duchowe.

Dusze pragną pożywienia.

Postanowiliśmy napisać o naszej miłości, o kochaniu.

Doznałem przemocy i wiem co to wolność.

Doznałem upokorzenia i wiem co godność.

Doznałem zła i wiem co to dobro.

Doznałem Ciebie i nie ma innej.

Twoje kapcie przy drzwiach jak dwa pieski. Czekają. Masz swoje miejsce przy stole, wspólne w łóżku. Wspólny zapach z twojego sklepienia. Lustra mojego domu z twoją obecnością.

Tańczysz rymowanki na podłogach z bursztynu. A poduszki kamieniami pragnień – łąk Ochodzy i Jutrosina. Miłowanie jest teraz naszym istnieniem. Zakochały się nasze dusze. Zakochały się nasze ciała. Chcę być z tobą, chcę być tobą.

Jacek Anna.