O ZDZISŁAWIE STANKU I ZYGFRYDZIE DUDZIKU
- cząstki (jeszcze surowe) do kolejnej książki „Okno”, części druga.

 

Zdzisław Stanek

Cały tydzień maluje, rzeźbi, nie wychodzi z mieszkania, ale w piątek ma niedzielę. Idzie do klubu, pogadać z kolegami, popić. Wie, że przyjdzie po niego Władula, taksówką. I zabierze „słabego już” Zdzisia, do siebie, do ich pracowni, na ulicę Drzymały.

Kwartał temu otrzymał nagrodę IPKART, członkostwo Senatu Akademii Rzymskiej, dwa doktoraty h.c., wielki srebrny łańcuch. Wszystko to, dziś, wręczył mu Wilhelm Szewczyk przy okazji rozdania plakietek „Poglądów”. Nie pozwalają za bardzo Stankowi. Mocno zaistnieć. Zdzichu mając 16 lat był żołnierzem AK. Siedział prawie rok w zabrskim więzieniu obserwując przez okienko celi jak zabijają jego starszych kolegów. Czekał na śmierć w przerażającym strachu. W więzieniu poznał swoją przyszłą żonę – Władę. Milicjantkę. Młodziutka dziewczyna zaczęła mu przysyłać paczuszki z żywnością i ze swoimi zdjęciami. Dowiedziała się od koleżanek, że „tam siedzi, taki młody, ładny chłopak, którego lada dzień rozwalą”.

To co Stanek doświadczył „w Zabrzu”, ukształtowało w nim prawego Człowieka. Nie do kupienia.

(Klub Związków i Stowarzyszeń Twórczych. Katowice. Warszawska 37) Włada wyprowadza Zdzisia z „piwnicy”, już rano, Zdzisiu mnie, a ja Dudzika. Wychodzimy gęsiego trzymając się za ręce na ulicę Warszawską. Nieźle jest w naszym klubie. Można pyskować na rząd. Tu nasza wolność oprawiona w ramy.

(Klub) Przyszedł do klubu malarz Iks. Nienawidzi wszystkich kolegów. Za to kocha siebie. – Jestem artystą europejskim! No, polskim, śląskim – spuszcza trochę z tonu. Jeszcze pół godziny, a wejdzie w „Grupę Zagłębie”. – Tyle się teraz namnożyło malarzy – ścieka mu żółć z wargi. – I jeszcze przyjmują na podstawie prac – patrzy przez kieliszek z wściekłością na Zdzicha. I na mnie. Żółć na chudej brodzie. Nie widać już brody. Sama żółć. Pasuje mu do oczu. Przyszedł też rzeźbiarz Kubica. Fred jest jeszcze bardziej przykry po wódce. Ale tylko dla Iksów. Tępi „nienawidzących” Niestety, też się chwieje. Wydłubał z ucha okruch kamienia. – Kułem dzisiaj w piaskowcu – przewrócił się na nasz stolik. Przysiadło się kilka klubowych „panienek”. Dziewczyn na chwilę, na rano. – Jestem tu pierwszy raz. Przyprowadziła mnie koleżanka – przedstawia się śliczność. – Spłynę krwią ofiarną – przybrała pozycję swastyki. Zdzichu nigdy nie zdradził Włady, ale lubi popatrzeć. Zachwycić się „kompozycją figuralną”. Idziemy z panienkami na górę, na półpiętro, do sali bilardowej. Niestety, bilard zajęty. Reżyser Żytecki je na nim kurczaka, a Dudzik już kopuluje z jakąś panienką. Katowice mają swoją czakrę twórczości, seksu — klub. Panienki żyją tu krótko. Tydzień, kwartał, chyba, że obsługiwały też kierownika Klubu, Króla, Januszka. Te mają karty gościnne. Członkowie związków i stowarzyszeń nic nie mają. Wchodzimy „se”. Chyba, ze któryś ma zakaz wstępu, „szlaban” jak miły Rzeżucha, za wykopanie kolana portierce Cylii. Musi ją klub utrzymywać, choć już zdrowa zupełnie. – Ja was wszystkich narysuję – odgraża się Rzeżuch(a) pod masywnymi drzwiami.

(Lublin) Jedziemy do Lublina pracować w zespole Mariana Bogusza. Kilku malarzy, rzeźbiarzy ze Stankiem na czele. Z Katowic, i z Warszawy. Z Lublina w Lublinie nie będzie nikogo. Wszyscy „wycięli się”, tak bardzo starając.

(Lublin. Osiedle im. J. Słowackiego) Malujemy, rzeźbimy prześwity w budynkach i ściany szczytowe. Od rana do wieczora praca na rusztowaniach. Ciężka fizycznie i jeszcze „z myśleniem”. Marian Bogusz stworzył nam cudowną przestrzeń do realizacji naszych idei. Zapewnił zachodnie materiały i komfortowe mieszkanie, w „Almaturze”. W dzień robota, a w nocy jubel w hotelowej „dajni’. A potem w pokojach.

My to mamy zdrowie.

(Lublin) Grupa Szwedek, chichocząc, chce Zdzicha rozebrać do naga. Nas już rozebrały. Ale Zdzichu nie daje paska. – Nie zdradzę Właduli. Tego to nie... – wyrwał się z okrążenia. Jeździ do Katowic, co niedzielę. My do żon nie jeździmy. „Działamy” na miejscu. Póki co, używamy zachodu. No i spożywamy z Marianem spirytus. Gardło Bogusza nie przyjmuje ani wody, ani wódy.

(Z powrotem w Katowicach) Powiesił się Julek Kukurba. Chciał być poetą. Lecz jego ojciec zażyczył sobie syna inżyniera, budowlańca. Doprowadził Julka do ciemności z obojętnym Bogiem. Teraz stary przeklina poezję. Zniszczył wiersze syna. – A powinien siebie.

Czy to ja powiedziałem?. Czy Zdzichu?

(Władula) Od kilku tygodni szyje po nocach. Dorabia. Chce kupić Zdzichowi jeden z tomów encyklopedii brytyjskiej. W którym jest Zdzisiu! Jej Stanek. Tom kosztuje 150 dolarów, w czerwonej Polsce masa zielonych. – Szyć będę jeszcze pół roku – cieszy się depcząc. Mówi „deptając” .

(Klub) Idziemy z Władą do klubu. Zdzich z tomem pod pachą. – Pokażę portierowi Frankowi – maszeruje coraz szybciej Mariacką. – Przynajmniej raz będę od początku a nie na koniec – kręci „zrobioną” głową Władula. Za minutę będziemy w klubie przy barze, między czającą się do ostrej dyskusji Ewą Brablec, dyskusji na temat artykułów w „Dzienniku Zachodnim”, jej, i naczelnego, świetnych, i do tyłka, – a rozmawiającym z sobą Dudzikiem. – Musisz Władziu wypić zaraz „pięć szybkich”. – Żebyś mogła pogadać z dziennikarką i zrozumieć, o czym mówi Dudzik – żartujemy z Włady serdecznie. (Po kilku godzinach) – ...skończmy z PSP, z tym Birmanem, chałturą czerwoną – szepta Zdzichu w ramionach Włady. Znowu ten Iks. Jeden z kilku Iksów. Jest wszędzie, w wydziałach kultury, w kościele, a przede wszystkim w komisjach, gdzie koledzy oceniają kolegów. To lubi najwięcej. I jeszcze w klubie. Płynie z prądem do baru. A pod prąd, do Iksa pełznie pod barem rzeźbiarz Kubica. Zwymiotował Iksowi na spodnie. – No, to masz szlaban od jutra – wygięło Iksa z radości. Upił się kolorek szybciutko. Dzisiaj naprawdę się nażgał. Twierdzi, że jest najlepszym na Śląsku malarzem, bo trzyma w dłoni palec biskupa i dwa palce pierwszego sekretarza. Wróży mu barman z pustej butelki, sławę-nie-sławę. Po blacie idzie rus, radziecki? Przybyli też „najlepsi” pisarze. Drukują w „Trybunie Robotniczej”. Jeden to nawet wyjął nogę z grobu, żeby przyjść na Warszawską. – Nie widzę obrazu, jaki miałem pod powiekami. Już gotowy do namalowania – mamrocze Dudzik. – Za dużo pijemy i palimy – zasnął na Kubicy. Zdzichu jeszcze rozmawia. O mądrości natury. Wziął do ręki kawałek księżyca i analizuje.

– Jestem „deformatorem”. A nieraz czystą abstrakcją. Tak mówi Zdzichu. Wierzę mu na slowo.

(Mariacka. Eksplozja gazu na Mariackiej) W tej kamienicy, tuż przy kościele. Jacyś rodzice patrzą na ściany podwórka. Na strzępy swoich dzieci. Stoją bez słowa. Stanek płacze. Coraz straszniej. Zaczyna się z nim coś dziać – złego. Jęczy, krzyczy, przeszkadza strażakom. Nie potrafi odejść od grozy. Nie może stać. – Widziałem już taką ścianę. W Zaa-brzu! – skanduje. A jeszcze kwadrans temu spokojnie wyjaśniał sztukę „to co zrobił Bóg”. Biorę Zdzicha na plecy i niosę go Władzie. Nie mam na taksówkę. Muszę go donieść na Drzymały. Muszę. Stał mi się tak bliski na rusztowaniach. Jest moim Przyjacielem. – Jest trzeźwy – powiedziałem Władzie. – Tylko bardzo wrażliwy. Tak bardzo kocha Sztukę, Boga w Sztuce, dobrych ludzi, a najbardziej ciebie Władula. Wszystko co najlepsze, Za dużo tego. Żaden mózg nie wytrzyma tak wielkiego kochania, pomyślałem. Pęknie.

Potem przyszła pierwsza „Solidarność”, i najechał kraj Jaruzelski. Podzieliło się towarzystwo w ZPAP. Jedni za orłem, drudzy za wroną. Sparaliżowany Zdzichu umierał. Mówił z trudnością. Włada już nie żyła. Odwiedzałem go w Krakowie. Bardzo lubił słuchać o Władzie.







Zygfryd Dudzik

– Ona naprawdę maluje – powiedział cicho Dudzik. – Baba a taka... – zakrztusił się myślami. – Nie chce mu „dobra” przejść przez gardło – uśmiechnąłem się do pani Eli Myrcik, magazynierki w BWA. A ona się roześmiała. – Pierwszy raz słyszę, że Dudzikowi coś się podoba. Oprócz jego prac. Oglądaliśmy obrazy Urszuli Broll, przestrzenne formy z mocnym kolorem w środku, grubo zawerniksowanym. Sedna czegoś, Kosmosu? Zupełnie inne rzeczy, niż na wystawach „soc”. Mała salka BWA (Dworcowa 13) doczekała się wreszcie sztuki, ducha na płótnie. – Idę malować – zawołał Dudzik. - Chyba przez rok nie wyjdę z pracowni. Papierosy i wódkę będzie mi przynosić Aniela.

– Nie widziałem Zygi już od miesiąca. A ty? – pytał Kubica. – Zamknął się w pracowni odpowiedziałem zza kawaletu. Maluje. Nie wpuszcza nikogo. Nawet Anieli. Chyba, że przyjdzie z nie tylko żarciem.

– Założyliśmy „Grupę Arkat” – kiwał się Dudzik przed jednym z barów na ulicy Mariackiej. – Nie masz na trzy setki? W knajpie utknął Poniewiera. Ludwik. Nie może wyjść na ulicę, w ten ruch. Bardzo dzisiaj zmęczony po tym zakładaniu... – Masz!? No to łykniemy i zobaczymy co dalej – zaśpiewał ze szczęścia. – Gdzieś krąży Nygus.

Wypiliśmy szybko. – Widzę Anielę! – zasyczał nagle Dudzik. Zsunął się pod stół i przykrył gazetami. Nie wiem jakimi, ale z mordą Breżniewa. – Leć Ludwik za Anielą i pożycz od niej jakieś pieniądze – syczał w mordziastych. Tylko nie mów, ze tu jestem, bo mnie zabierze do domu. Powiedz jej, że mnie szukasz – wysłał na ulicę Luisa. Obserwowaliśmy z „Pod Trójki”„co na chodniku?”. Aniela gestykulowała gwałtownie. – Ktoś już od niej pożyczył – rozpracował Zyga gesty dziewczyny. Rozdarł papier z czerwonym Azjatą. – Dopiero co spotkała Nygę – wrócił Ludwik z pustymi rękami. – Już nic nie ma. Nawet na tramwaj do Chorzowa – uwięził miasto w ciężkim oddechu. – Idziemy do Eli – wydostał się Dudzik spod stołu. - Myrcik to najlepsza kobieta na świecie. Zawsze mi pożyczy... – Bo zawsze oddaję za ciebie – wyprężyło Ludwika przez moment. Szliśmy na Dworcową 13. Jeszcze tylko kilka schodów, dla Poniewiery ostry stok ale do zdobycia, lecz dla Zygi zjeżdżalnia.

(Klub) Jeszcze pustawo. Tylko w kącie Morawski i Kendą. Czatują już na panienki. Dwóch, dobrze, że nie siedmiu. Bo my, co mielibyśmy? Tylko barmankę. A też chcemy świeżutkich dziewczyn, oprócz wódki i rozmów o sztuce. Kenda z Morawskim obiecują kontakty, „wejścia” .– Trudno im sprostać. Oni kłamią najlepiej – zmartwił się Zyga. – Tak. Mają chytrusy ambicje – podała barmanka „Żubrówkę”. – Chcą zostać największymi dupcynglami w klubie. Czyli w Katowicach. Chcą być artystami seksu – nalała z trawą. – Ale gdzie im do kierownika klubu – poderwał się Zyga z kieliszkiem – Janek Król jest jeszcze kierownikiem dwóch wielkich akademików. Oni przy nim, to zwykłe Onany – wypił Zyguś „dwa szybkie” za zdrowie Januszka. I jeszcze dwa kielichy z męskiej zazdrości. – Podobno Król miał już tysiąc panienek? Równą liczbę na Abrahama? – dołączył do nas, do wódki, Igor Neubauer. Jestem przy Królu takim małym Neubauerkiem, Igorkiem. Choć też się staram. – Wszyscy jesteście wielcy – golnęła z nami barmanka. Chciała pokazać jak. Weszła na bar i spadła. Wleciał do klubu Andrzej Urbanowicz, z brodą jak kometa. Rozejrzał się, „czy nie ma Wańka?” Nie było, wyleciał.

(Zyga) Dostał dwie pierwsze „okręgowe”, za obraz i rzeźbę. Olej namalował jednym tchnieniem, w nocy, średnio pijany. Przytargał na komisję jeszcze lepki – i dostał. – Zyga ty masz talent. Nie przepij go – zrobiła Myrcik Zygusiowi herbatę. Ale odjechał szybko od rzeczywistości. Potknął się o Pegaza. – Taki jesteś maleńki – całował konika. Chciał go zabrać do siebie, do pracowni... Też na ulicę Drzymały. Mieszka pod pierwszym numerem a Zdzichu pod trzecim.

(Chałtura) Robię z Zygą zieloną chałturę (dla Ośrodków Rolniczych w Złotym Potoku). Zastawione obrazy planszami. Pomaga nam jakaś panienka należąca do kilkunastu malarzy. Przyszła z dzieckiem w wózku. Nalewa do kieliszków, rozlewa. Dzisiaj, to chyba nie pochałturzymy. Na pewno. Przyjechał Ścierski z Wrocławia, z Teatru Grotowskiego. „Stanley”. W sam raz pijany. Bawi nasze dziecko i gra Akropolis. Panienka z pustym wózkiem pojechała do klubu po wódkę. I po koleżanki. Mają napalić nam w piecu. Za szybko przyszły. W drzwiach Aniela z Magdą. moją żoną. O cholera. Obie z tymi samymi pretensjami. – Dlaczego nie jesteś normalnym plastykiem? – Jak Hubicki? Dlaczego po odrobieniu zlecenia nie siedzisz z żoną przed telewizorem? Jak Hubicki? Panienki nie wiedzą jak się zachować „na tę okoliczność”. Rozbierają się i ubierają. „Stanley” śpi z dzieckiem. Który, to tak chrapie? Aniela i Magda zdążyły się polubić. Czytają nam długą listę rozkazów. Zyga położył na twarz obrusik. – Przygotowuję fizys do odlewu – powtarza po każdym rozkazie.

(Klub) Zajrzał do klubu reżyser Gogolewski. Od wczoraj dyrektor Wyspiańskiego. Rozszedł się po piwnicy w kilku wcieleniach. Przy barze jest amantem. Nagrzały się do białości panienki. Chodzą po taboretach. Poleca się któraś do teatru w Warszawie. Coraz więcej „Żubrówki”. Morawski z Kenda cierpią straszliwie. „Gogol” przebiera w ich panienkach. Chyba się zatruli. Wszędzie widzą amantów. – „Gogol” już wyszedł. Sam – uspokaja ich kierownik Januszek. Spadli na podłogę z malarzem Iksem. Oni z zadowolenia, a Iks z „nie”. Zyga też buchnął na posadzkę, lecz z innego powodu. Zobaczył Anioła. Maca podłogę, niebo? Koniec końcem leżę z Zygusiem. Obok stygną panienki. – Jak się nazywasz – pytam Dudzika.Też nie wie.

(Zyga) – Kto ciebie tak pobił? – wystraszyłem się jego twarzy. – To przez planszę z Leninem – ledwo otwierał usta. – Zrobiłem taką małą, tylko na dwa piętra, żeby mieć na wódkę. Ale pomyliłem kratki. Wiesz, byłem... I jak rozwinęli planszę, na budynku kolei, tym na Dworcowej, to ukazał się potwór. Lenin prawdziwy. Zaraz pełno gapiów. Nim ci od wieszania zwinęli, przyjechały trzy radiowozy. Wzięli mnie na Pocztową i tak...– żalił się jak dziecko. – Pomóż mi dojść do klubu. Muszę wypić. Za chwilę dostanę drgawek. Szliśmy Kochanowskiego w dół. – Dawniej chlałem z radochy – zaczął – że maluję, że tworzę. Każda chwila, trzeźwa czy pijana, była wielką frajdą. A teraz coś się skończyło. Przestałem się rozwijać. Nie potrafię więcej. A myślałem, że przewrócę Brzozowskiego, I... Że będę lepszy od znakomitych. A już nic nie mogę. Tylko piję. Zwiększyłem ciąg. Już się nie zatrzymam.

W klubie ktoś nam nalał wody do butelki. Może Aniela. Może Bóg?

Zamordowała Zygę milicja. Na ulicy Stanisława. Zrobiło się cicho. Ze strachu. Bezgłos wylęknionych. Tylko Piskor napisał o Dudziku. Niewiele. Ile było można. Tak mało. Zarząd ZPAP nie udzielił właściwego wsparcia rodzinie Zygi. Nie pomógł w ustanowieniu pełnomocnika procesowego. Chciałem nim być. Zabiegałem o to w Zarządzie, na piśmie. Zaproszono mnie na zebranie Zarządu, mówiąc, że „kiedyś, jak będą mogli, to upomną się o Dudzika”. Bla, bla kilku bardzo nieśmiałych. Nieraz myślę, tchórzy.



Strzałka świtu obraca się w oknie. Trwa rozkład czasu na świat zmarłych i żywych. Śmierć zabrała już wielu. Zostawiła nas, żebyśmy coś, wreszcie, zrobili w tym krótkim życiu. Przeleciał przez szybę Anioł. Podarował mi kawałek nieba. Niebieski. Mogę jeszcze malować, opisać. I pomyśleć czasem o zmarłych kolegach. Dotykać ich błękitu.